Urok blokowiska

Jestem niestety blokerką. Uwielbiam alienować się z tego stanu, ale to niestety prawda, a na dodatek jestem nią od urodzenia i niemal non stop – z dwuletnią przerwą na warszawską Starówkę.
Czyta się kilka minut
FOT. UNSPLASH
FOT. UNSPLASH

Nie znoszę blokowisk, małych pokojów, niskich sufitów, mikroskopijnych korytarzy, nieustawnych łazienek. Za oknem mam na szczęście wielką lipę i dziki bez, które przez pół roku dają złudzenie mieszkania gdzieś w parku lub pod lasem. Kiedy opadną liście, boleśnie dociera do mnie wciąż ta sama prawda: jestem blokerką. Znajoma, która mieszka w górach, w domu, a wokół niego łąki, mówi mi, że ona – wychowana w kamienicy – zazdrościła innym dzieciakom blokowej przytulności. U nas wysokie sufity, ciemne kąty i zimno, a u moich koleżanek zawsze za ciepło, ale za to jasno, przytulnie i milutko – mówi.
Przewracam oczami i mam ochotę powiedzieć: kobieto, o czym ty mówisz? Ale na szczęście przypominam sobie dzieciństwo i wykluczone z blokowiskowych band koleżanki mieszkające w domkach jednorodzinnych. Bo na dzieciństwo blokowiskowe nie mogę narzekać. Wszyscy trzymaliśmy się razem, a byłam dzieckiem z kluczem na szyi, i nigdy nie było nudno ani samotnie. Przed blokiem numer 15 grało się w linkę, przed blokiem nr 7 w korale, a przed blokiem nr 4 była baza w krzakach. Kiedy myślę o dzieciństwie, widzę przedblokowe podwórka, zarośla, drabinki i tajemne przejścia między blokami. Gdy już wyrosłam z dzieciństwa, to zaczęło się przesiadywanie na ławkach. No i wszędzie było blisko, do każdej koleżanki można było szybko i znienacka wpaść, wywołać przez okno. No właśnie: okno. Jak ono jest ważne, doświadczyłam znacznie później, kiedy już byłam matką, a moje dzieci przebywały przez pół dnia na podwórku przed blokiem. Bo zawsze miałam je na oku. Okno w bloku to w ogóle ważna rzecz: wołania przez okno na obiad, spojrzenia, czy ktoś jest na dworze, żeby zaraz wyjść, te wszystkie okrzyki: zaraz będę, wracaj, do domu, mamo mogę jeszcze? 
Pominęłam jeszcze jeden etap blokowiskowy: młoda matka z wózkiem. A raczej: załoga młodych mam z wózkami. Doskonała recepta na samotność świeżo upieczonej matki, młodej dziewczyny w nowej roli, której mąż cały dzień spędza w pracy. Skupiałyśmy się razem i chodziłyśmy na wspólne spacery, wspólne szczepienia, wspólne wizyty kontrolne u pediatry, wspólne plotki, zbiorowe psychoterapie na ławkach w piaskownicy.
Ostatni etap jeszcze wciąż przede mną, ale moja mama (też blokerka) mówi: dziecko, mi tu dobrze, wszystko mam pod nosem: lekarza, sklepy, kilka aptek, bibliotekę i tramwaj do centrum.
No a ja wciąż jednak marzę o domu z ogrodem pod lasem. 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 4/2018