Logo Przewdonik Katolicki

Herezje wiecznie żywe?

Ks. prof. Henryk Seweryniak, dr Monika Białkowska
FOT. ROBERT WOŹNIAK, AGNIESZKA KURASIŃSKA/PK

Monika Białkowska: Myśli Ksiądz, że żyją jakieś jeszcze? Wiadomo, że herezje to nic dobrego, ale lubię tych pierwszych heretyków. Oni wcale nie byli złymi ludźmi! Ich błędy wyrastały z gorliwości, z pragnienia szukania, nazwania. Nie udało im się. Pomylili się. Każdemu się zdarza źle coś zrozumieć. A co dopiero, kiedy zrozumieć trzeba Boga!

Ks. Henryk Seweryniak: Herezje były drogą wyznawania wiary w Jezusa, choć na specyficzny i odrzucony później sposób. Najbardziej bolesny w nich jest upór. Gdy nie jestem gotowy na korektę ze strony Kościoła, moje poglądy stają się źródłem wiary innych, rodzi się społeczność ludzi, którzy w tej myśli wzrastają i cała rzecz staje się trudna do „odkręcenia”. To jest „bólów ból” herezji – wtedy i dzisiaj. Początkowo powstawały, gdy wiarę chrześcijańską próbowano mieszać z judaizmem. Taki na przykład doketyzm: najstarsza herezja, o której pisze już św. Jan. Pamiętasz?
 
M.B.: Z wykładów pamiętam tyle, że dokeo znaczy „wydawać się”.
 
H.S.: Mnie dokładnie tak samo uczono, zobacz, jak skutecznie! Doketyści twierdzili, że Syn Boży wprawdzie przyszedł na ziemię, ale przecież odwieczny, niematerialny Duch Boży nie mógł mieć ludzkiego ciała! Bo jakże to: Bóg i czynności fizjologiczne! Jezus nie miał ciała, to ciało wszystkim się tylko wydawało – tak twierdzili.
 
M.B.: To chyba tu się pojawiło też, że nie mógł cierpieć – że za Niego cierpiał na przykład Szymon Cyrenejczyk?
 
H.S.: I ciekawe jest, jak to wraca w islamie. Islam też nie chce przyjąć, że Jezus mógł cierpieć. Też powtarza, że to się Żydom tylko wydawało albo ktoś inny Go w cierpieniu wyręczył. Ale czy dzisiaj coś z tej herezji jeszcze jest żywe?
 
M.B.: A to nie stąd wzięło się przekonanie, które się wciąż od Kościoła nie może odczepić – że materia jest brudna, obrzydliwa, dlatego my też musimy się od niej wyzwalać?
 
H.S.: Początki tego potępienia cielesności są raczej w manicheizmie, perskim ruchu religijnym z III w. Ostro przeciwstawiano w nim ducha i materię, duszę i ciało. Ale przecież dzisiaj jest odwrotnie, dzisiaj mamy wręcz uwielbienie dla ciała i materii!
 
M.B.: Ale Kościołowi niechęć wobec ciała nadal się przypisuje! Niech Ksiądz zapyta na ulicach: ludzie postrzegają nas, jakbyśmy byli doketystami albo manichejczykami!
 
H.S.: To jest ciekawe, takie trwanie mitu. Przecież Kościół już dawno tak nie uczy. Od ilu lat mówimy, że wyrażanie miłości erotycznej jest czymś pięknym i dobrym, że współżycie małżeńskie buduje małżeńską relację? A tu wciąż słyszeć będziemy, że Kościół boi się seksu i ciała. Rzeczywiście chyba widać w tym jakieś trwanie tendencji manichejskich.
 
M.B.: To następny w kolejce heretyków był Ariusz…
 
H.S.: Ciekawa postać! Libijczyk, prezbiter w Aleksandrii, który uważał, że prawdziwym Bogiem jest tylko Ojciec. Chrystus Bogiem nie był: był pierwszym i najdoskonalszym stworzeniem Boga. To przeciwko niemu sobór nicejski formułuje naukę, którą wyznajemy podczas Mszy: „Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego”. Arianizm w zbliżonej formie powraca dzisiaj w sekcie świadków Jehowy, dla których Chrystus jest tylko „pierwszym stworzeniem Bożym”.
 
M.B.: Arianizm mocno zwalczał Nestoriusz, mnich i patriarcha Konstantynopola. Zwalczał go tak zaciekle, że sam zabrnął w herezję… Uważał, że Jezus był prawdziwie człowiekiem i prawdziwie Bogiem – ale że te dwie natury pozostają od siebie zupełnie odrębne. Że powinniśmy wyraźnie rozdzielać to, co mówimy o Jezusie jako człowieku, od tego, co mówimy o Chrystusie jako Bogu.
 
H.S.: Przekonywał też, że nie można o Maryi mówić „Theotokos”, Boża Rodzicielka – bo ona jest co najwyżej „Christotokos” – Rodzicielką Chrystusa. Bóg zrodzony jest przed wiekami, a nie urodzony z Maryi.
 
M.B.: Z Nestoriuszem poradził sobie sobór w Efezie w 431 r. „Różne natury spotkały się w jedności prawdziwej i z dwóch jest wyłącznie jeden Chrystus, jeden Syn” – orzekli ojcowie soborowi.
 
H.S.: A ile tam się działo poza obradami! Przekupki na straganach kłóciły się, czy Maryja jest Matką Boga. Strasznie ubogi w porównaniu z tamtym jest nasz świat. Nie chcę powiedzieć, że brakuje w nim dziwacznych poglądów, ale że dla tamtych ludzi wiara była naprawdę czymś ważnym. Kto dzisiaj wykłóca się o niuanse teologii? Dzisiaj wiemy dużo i o modzie, i o polityce, i o drużynach piłkarskich. O to najczęściej się spieramy, a nie o to, czy Bóg jest. Jeśli stał się człowiekiem, to jak to zrobił? Kim jest Maryja, a czym Kościół? To jest ważne!
 
M.B.: Żyjemy 1500 lat później. O co tu się jeszcze spierać, skoro wszystko pozamykane jest w dogmatach? W tym czasie pojawiło się tyle formalizmu, że chyba sobie odpuściliśmy. Skoro można nie wychodzić poza formuły: przychodzić na Mszę św., przyjmować sakramenty, przestrzegać przykazań – i spokojnie mieścić się w Kościele, to po co się wysilać na jakieś pytania?
 
H.S.: Mnie chodzi o poziom rozmów. Jeśli ktoś zna się na protonach i neutronach, to jest ciekawy i mądry. A gdy mówimy o Bogu, o Jego naturze, o woli, to są nieciekawe spekulacje. Ja to właściwie nawet z mamą czy z moją siostrą karmelitanką nie rozmawiam o Bogu. Ponarzekałem sobie, wystarczy! Ale gdyby myśleć, które herezje dziś żyją, to jeszcze chyba pelagianizm wraca. Pelagiusz mówił: „Masz wolną wolę, odpowiadasz za swoje życie, nie jest ci potrzebny Jezus Zbawiciel. Grzech pierworodny cię nie dotyka, nie zniszczył twojej natury: jest tylko pewnym wzorcem, którego możesz nie powtarzać”.
 
M.B.: Własnymi siłami możesz wyjść z grzechu? Owszem, to wciąż żyje!
 
H.S.: Ilu z nas tak naprawdę modli się o zbawienie? Każda prawie modlitwa w Mszale kończy się prośbą, żebyśmy doszli do życia wiecznego. Ale my, pośród codzienności? Wierzymy w miłosierdzie, ale o zbawienie chyba jakoś przestaliśmy wołać. Albo się nam ono niemal należy, albo już nie ma wielkiego znaczenia.
 
M.B.: O herezjach dotyczących Jezusa zdążyliśmy powiedzieć – a nic o Kościele…
 
H.S.: Oj, jak mi na przykład pachnie herezją mówienie, że „Kościół jest Bosko-ludzki”! To ma niby oznaczać, że jest w nim element ludzki, więc są upadki i słabości. Ale mimo to Kościół jest wielki, bo jest w nim Bóg. To prawda, ale ta pseudonaukowa zbitka, która niby wszystko ma tłumaczyć, jakoś mnie męczy. Także dlatego, że przecież w tym, co ludzkie, jest nie tylko słabość, ale też wielkość, heroizm, piękno, świętość. Nie zgubmy tego!
 


 
Ks. prof. Henryk Seweryniak prof. dr hab. teologii fundamentalnej, przewodniczący Stowarzyszenia Teologów Fundamentalnych w Polsce.
Dr Monika Białkowska doktor teologii fundamentalnej, dziennikarka Przewodnika Katolickiego

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki