Logo Przewdonik Katolicki

Warto czytać apokryfy?

Ks. prof. Henryk Seweryniak, Dr Monika Białkowska
FOT. ROBERT WOŹNIAK, AGNIESZKA KURASIŃSKA/PK

Monika Białkowska: W zasadzie są znane od wieków, ale raz na jakiś czas któryś z nich wypływa w mediach z sensacyjnym nagłówkiem: „Przełomowe odkrycie”, „Chcieli ukryć prawdę o Jezusie. Prawda wyszła na jaw!”, „Będzie przewrót w chrześcijaństwie?”. Przewrotu nie będzie, bo apokryfy są często równie stare jak Ewangelie i nikt nigdy z ich istnienia nie robił tajemnicy. Uznano po prostu, że są niewiarygodne.

Ks. Henryk Seweryniak: Ale są też ciekawe, sensacyjne, dużo jest w nich cudów. I przede wszystkim są inne, co dobrze znamy, od tekstów kanonicznych.
 
M.B.: Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z apokryfami. Lata temu byłam we włoskiej Maceracie. Znajduje się tam Muzeum Żłóbka: najróżniejsze szopki z różnych krańców świata i z różnych czasów. Oprócz przedstawień tradycyjnych były też zupełnie inne: małego Jezusa, który lepi z gliny ptaszki, dmucha w nie, a one ożywają i odlatują, albo takiego, który przywraca do życia chłopca, który spadł z dachu. Zaczęłam się interesować, co to w ogóle jest.
 
H.S.: Apokryfy rodziły się z różnych powodów. Najpierw po to, żeby wypełnić luki w Ewangeliach. O większości życia Jezusa nie wiemy przecież nic! Nie mamy ani słowa o tym, co robił między 12. rokiem życia a pierwszym publicznym wystąpieniem, kiedy miał lat 30. Żył wtedy w ciszy w Nazarecie. To zresztą jest głębokie w chrześcijaństwie – ukrycie, milczenie, dowartościowanie zwykłej, ludzkiej pracy, życia rodzinnego.
 
M.B.: Ale ludzie są ciekawi, więc tę lukę zapełniali. W zasadzie trudno im się dziwić.
 
H.S.: Byli też i tacy, którym życie Jezusa wydawało się zbyt zwyczajne. Chcieli pokazać je jako bardziej wzniosłe, spektakularne. To już jest bardziej niebezpieczne, bo za tym kryje się jakiś program.
 
M.B.: Ktoś próbuje w ten sposób przekonać nas do swojego pomysłu na Jezusa.
 
H.S.: I trzeci motyw, kiedy ktoś pisząc je, chciał uzasadnić swoje poglądy, różne od poglądów powszechnego Kościoła. Gdy na przykład Kościół w Edessie chciał pokazać swoją ważność, stworzył korespondencję między Jezusem a królem Edessy, Abgarem. Najbardziej jednak służyły one społecznościom gnostyków, które powstawały w II–III w. Ich członkowie nie zadowalali się wiarą Ewangelii, tylko szukali tajemnego poznania, po grecku „gnozy”.
 
M.B.: Jezus w apokryfach nie jest miłym chłopcem… Jego kolega za wypuszczenie wody z kałuży sam pada uschnięty. Dziecko, które biegnąc uderzyło Go w ramię, umiera. Martwy padał też nauczyciel w szkole, który się na Niego rozgniewał. Grupa dzieci zostaje przez niego zamieniona w świnie.
 
H.S.: To z Ewangelii Dzieciństwa Tomasza, niegdyś dość popularnej. Średniowiecze lubiło też Protoewangelię Jakuba, która mówi o narodzinach i młodości Maryi oraz o dzieciństwie Jezusa. Bardzo stara Ewangelia Piotra, gdzieś ze 150 roku, ma opis powstawania Jezusa z grobu i ten motyw powracał na obrazkach, kartkach wielkanocnych. Ludzie opowiadali sobie te historie, niektóre ich elementy wchodziły wprost do pobożności. Skąd na przykład znamy imiona rodziców Maryi?
 
M.B.: W Ewangeliach ich nie ma.
 
H.S.: Za to Joachim i Anna pojawiają się w apokryfach, choćby w Protoewangelii Jakuba z końca II w. Z apokryfów zaczerpnięta jest też modlitwa „Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci”. Po apokryficzne opowieści sięgnie też islam: chcąc pokazać Jezusa jako nadzwyczajnego proroka, zapisze w Koranie wszystkie te historie o fruwających ptaszkach z gliny albo o tym, że Jezus już w kołysce mówił jak dorosły mężczyzna.
 
M.B.: To wszystko jest ciekawe. Ale najciekawsze jest chyba to, że ktoś kiedyś musiał zdecydować: to jest pismo natchnione, mówiące prawdę potrzebną do zbawienia, więc włączamy je do kanonu Pisma Świętego – a tu autor przesadził, nie mówi o prawdziwym Jezusie, więc to jako Kościół odrzucamy.
 
H.S.: Kościół długo zastanawiał się, co należy do kanonu Pisma Świętego, jakie pisma czytać podczas liturgii. Chrześcijanie widzieli, że żydzi mają swój kanon: księgi, które uznają za natchnione. Oni też je przyjęli, ale chcieli dołączyć także te, opowiadające o Jezusie. To dołączanie było długim, niełatwym procesem. W starych zbiorach ksiąg, uważanych za natchnione, pojawiał się na przykład 1. List Klemensa Rzymskiego do Koryntian. Były za to duże wątpliwości, czy za natchnioną można uznać Apokalipsę.
 
M.B.: Najstarsza lista ksiąg natchnionych, tak zwany Kanon Muratoriego, pochodzi ze 180 r. Nie ma w nim Listu do Hebrajczyków, nie ma Listu Jakuba, dwóch Listów Piotra i Trzeciego Listu Jana.
 
H.S.: Pierwszą regułą włączenia danego pisma do kanonu było jego pochodzenie, albo bezpośrednio od apostołów, albo od świadka związanego z apostołami. W jednym z pism Orygenes, zmarły w 254 r.,  naśmiewał się, że „również Bazylides ośmielił się napisać ewangelię i zatytułował ją swoim imieniem”. Bazylides był aleksandryjskim gnostykiem i można się domyślić, że współcześni raczej nie uważali go za godnego zaufania. Drugą zasadą było trzymanie się reguł wiary, wypływających z czterech kanonicznych Ewangelii: tego, że nieprzyjaciołom należy przebaczać, że Chrystus nie był mściwy, że nie nosił broni, bronił biednych, umarł za nas na krzyżu.
 
M.B.: Nauka Jezusa była spójna, więc taka sama musiała być nauka o Nim. Jasne jest, że to, co znajduje się w Ewangeliach, jest prawdą o Jezusie. W apokryfach jest mnóstwo fantazji albo śmieszności. Ale nie można powiedzieć, że wszystko w apokryfach jest nieprawdą! Mogły się tam zachować jakieś okruchy prawdy.
 
H.S.: Owszem, mogły się zachować. Skąd wiemy, co robiła Maryja, zanim stała się Matką Zbawiciela? Dogmat o Niepokalanym Poczęciu ogłoszono dopiero w 1854 r. Ale Kościół od początku wierzył, że Maryja była kobietą szczególną. I opowiadał w apokryfie o tym, że była służebnicą przy świątyni w Jerozolimie, że tkała zasłony świątynne… I to wcale nie jest wykluczone!
 
M.B.: Ale to są – z całym szacunkiem dla Maryi! – po prostu ładne obrazki. A co ze słowami Jezusa?
 
H.S.: Ewangelia Tomasza to ciekawy zbiór 114 logiów Jezusa, czyli czegoś w rodzaju aforyzmów, cytatów. Wiele z nich znamy z Ewangelii. Ale inne? Najsłynniejszy brzmi: „Dam wam to, czego oko nie widziało i czego ucho nie słyszało, i czego ręka nie dotknęła, i co nie weszło do serca człowieka”. Te słowa niemal powtarza św. Paweł w jednym z listów, choć nie zaznacza, że to cytat z Jezusa! Jest więc mocno prawdopodobne, że Jezus rzeczywiście je powiedział.
 
M.B.: Ja najbardziej lubię: „Bądźcie tymi, którzy przechodzą mimo”. Cokolwiek to znaczy. Kiedyś apokryfy traktowano z lekceważeniem, również od strony naukowej. Dziś to się zmieniło.
 
H.S.: Apokryfy niosły ze sobą wielkie zamieszanie, więc w którymś momencie je niszczyliśmy. I dziś tego mocno żałujemy. Wprawdzie niewiele w nich prawdy o Jezusie, ale dużo o tamtym świecie. Ludzie, którzy je pisali, nawet jeśli byli gnostykami, jeśli próbowali historię Jezusa wykorzystać dla własnych interesów, to jednak czuli się jakoś z Chrystusem związani. A jeśli o mnie chodzi, to najbliższe jest mi: „Kto jest blisko mnie, blisko jest ognia, a kto jest daleko ode mnie, daleko jest od królestwa”. To też jest w Apokryfie Tomasza. Ale ja znam je od Orygenesa. A on na pewno nie z apokryfów, bo ich nie trawił. Więc skąd?
 
Ks. prof. Henryk Seweryniak prof. dr hab. teologii fundamentalnej, przewodniczący Stowarzyszenia Teologów Fundamentalnych w Polsce
Dr Monika Białkowska doktor teologii fundamentalnej, dziennikarka Przewodnika Katolickiego

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki