Logo Przewdonik Katolicki

Ile może Prezydent

Marcin Skobrtal
FOT. STANISŁAW KOWALCZUK/EAST NEWS

Zamieszanie wokół zakupu fregat potwierdziło, że z pozycją prezydenta mamy w Polsce problem. Dlatego szkoda, że wraz z odrzuceniem przez Senat wniosku Andrzeja Dudy o referendum, straciliśmy szansę, by na poważnie zastanowić się nad jego rolą.

W tegoroczne wakacje byliśmy świadkami ciekawego politycznego spektaklu z udziałem prezydenta, rządu i parlamentu. Składał się on z trzech aktów, przypominających grę
w ping-ponga. Zaczęło się od Andrzeja Dudy i jego inicjatywy przeprowadzenia referendum konstytucyjnego, która jednak nie została poparta przez Senat i przez to upadła. Następnie doszło do zawetowania przez prezydenta projektu zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Na końcu zaś premier Mateusz Morawiecki anulował zakup australijskich fregat, co było jednym z głównych punktów podróży pary prezydenckiej na antypody.
 
Kłopotliwy kompromis
Przyczyną niejasnej pozycji prezydenta są kompromisowe zapisy konstytucji z 1997 r., gdzie próbowano połączyć różne modele ustrojowe: prawica postulowała silną prezydenturę na wzór francuski, lewicy i liberałom odpowiadał model z ceremonialną i reprezentacyjną rolą głowy państwa.
Jaki jest tego efekt? Prezydent RP jest wybierany w wyborach powszechnych, tak jak parlament, co powoduje, że ma taką samą legitymizację, a więc prawo do rządzenia. Teoretycznie prawo to powinno być zatem dość szerokie, jednak tak do końca nie jest. Prezydent może co prawda złożyć własny projekt ustawy (bez gwarancji jej uchwalenia), zawetować ją (ale weto Sejm może odrzucić), zarządzić referendum (za zgodą Senatu), skrócić kadencję Sejmu i Senatu (ale tylko w dwóch ściśle określonych przypadkach), powołać premiera (który musi mieć poparcie większości parlamentarnej), zwołać Radę Gabinetową (czyli posiedzenie rządu ze swoim udziałem, jednak jedynie w charakterze konsultacyjnym) czy zwrócić się z wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zgodności ustawy z konstytucją. Jak widać, jego władza za każdym razem jest w jakiś sposób ograniczona, najczęściej przez Sejm.
Najwięcej ma do powiedzenia w procesie stanowienia prawa, gdzie jego największym orężem jest weto, za pomocą którego może storpedować inicjatywy rządu i parlamentu. Ponieważ do jego odrzucenia jest potrzebna większość trzech piątych (której dotąd żadne ugrupowanie ani koalicja w Polsce nie miały), to w praktyce oznacza ono albo wyrzucenie ustawy do kosza bądź konieczność zawarcia przez większość rządzącą doraźnego porozumienia z opozycją lub przynajmniej neutralną partią.
Ponadto prezydent jest organem władzy wykonawczej, którą dzieli z rządem, ale to na Radzie Ministrów spoczywa faktycznie rządzenie państwem. Polem do działania prezydenta jest polityka zagraniczna i obrona – głowa państwa jest reprezentantem państwa i najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Jednak i w tych dziedzinach widać pewne ograniczenia, bo konstytucja nakazuje współpracę z odpowiednimi ministrami. Nie zawsze jest to łatwe, zwłaszcza gdy dochodzi do kohabitacji, a więc sytuacji gdy prezydent i rząd są z różnych opcji politycznych, co przy różnej długości kadencjach jest często możliwe.
Obok zapisów konstytucji jest też pewna tradycja i kultura polityczna – silna legitymizacja prezydenta każe dopominać się o realną władzę, a społeczne postrzeganie prezydentury czyni z głowy państwa ważnego i rozpoznawalnego polityka, a nie jedynie „króla malowanego”. Wystarczy spojrzeć na rankingi zaufania, w których zazwyczaj prezydenci przodują. Te uwarunkowania w połączeniu z osobistymi ambicjami bardzo często zastępują pożądane współdziałanie rywalizacją.
 
Trudna relacja
Przykładem takiej konfrontacji był spór Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska o prawo do reprezentowania i formułowania stanowiska Polski na szczytach Rady Europejskiej. Ostatecznie spór rozsądził w 2009 r. Trybunał Konstytucyjny, orzekając, że takowe stanowisko określa Rada Ministrów.
Pierwsza kohabitacja w III RP miała miejsce za czasów Lecha Wałęsy i postkomunistycznego rządu SLD–PSL. Wówczas prezydent miał jeszcze prawo wpływać na obsadę niektórych ministerstw, co prowokowało liczne konflikty właśnie o stanowiska w rządzie. Od czasu uchwalenia obecnie obowiązującej konstytucji mieliśmy więcej przypadków napięć. W latach 1997–2001 współistniały prawicowy rząd Jerzego Buzka i lewicowy prezydent Aleksander Kwaśniewski, który z uwagi na dużą popularność i niezależność od własnego środowiska mógł z wprawą żonglować swoimi uprawnieniami. Krótkotrwałym epizodem były rząd mniejszościowy PiS pod prezydenturą Kwaśniewskiego w 2005 r. czy też kilka miesięcy trudnych relacji między Andrzejem Dudą i premier Ewą Kopacz, zakończony sporem o lot na Maltę, gdzie ani prezydent, ani premier nie chcieli być z uwagi na pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu.
Konflikty mogą pojawiać się nawet w obrębie własnego obozu politycznego, czego dowodem była słynna szorstka przyjaźń między Aleksandrem Kwaśniewskim i Leszkiem Millerem, gdzie obaj panowie nie szczędzili sobie uszczypliwości, a ich powodem były duże ambicje każdego z nich. Innym przykładem był niedawny spór o kontrolę nad armią na linii Andrzej Duda–Antoni Macierewicz.
Nieprecyzyjny zapis konstytucyjny, który pozwala na dość szeroką interpretację, zwłaszcza w sytuacji rozbieżnych ambicji głowy państwa i szefa rządu, jest powodem najczęstszej krytyki konstytucji. Co zatem można z tym zrobić?
 
Zmienić konstytucję?
Sytuacja może ewoluować w zależności od relacji Andrzeja Dudy z jego obozem politycznym. Chcąc uzyskać poparcie w kolejnych wyborach, musi z nim współpracować, co oznacza dostosowanie się do decyzji partyjnego kierownictwa, klubu parlamentarnego oraz rządu (warto tu zwrócić uwagę, że obecny premier Mateusz Morawiecki nie jest liderem rządzącej partii, choć niektórzy go na takiego typują, co powoduje, że i jego pozycja jest osłabiona w stosunku do parlamentu). Niezależność działania głowy państwa wymaga przede wszystkim własnego zaplecza politycznego, czego Andrzejowi Dudzie w chwili obecnej brakuje, zatem wszelkie próby własnego kreowania polityki są ograniczone jedynie do grona najbliższych współpracowników. Teoretycznie może on startować w wyborach za dwa lata jako kandydat niezależny, jednak nie miałby wsparcia finansowego i organizacyjnego PiS, przez co zwycięstwo mogłoby się okazać wówczas o wiele trudniejsze.
Próbą rozwiązania tego konstytucyjnego pata były postulaty zmiany konstytucji. W czasie swoich rządów Platforma Obywatelska, a szczególnie jej lider Donald Tusk, wielokrotnie opowiadała się za modelem kanclerskim z bardzo ograniczoną rolą prezydenta (w relacji Tusk–Komorowski ton zdecydowanie nadawał ten pierwszy). W tym samym czasie, w lansowanej przez PiS koncepcji IV RP, postulowano system semiprezydencki na wzór francuski, gdzie rola głowy państwa jest znacznie większa niż dzisiaj i gdzie współuczestniczy on w kreowaniu polityki, szczególnie zagranicznej i obronnej, mając też szerokie kompetencje względem rządu czy parlamentu. Co ciekawe, w 2017 r. PiS po przeprowadzonej przez siebie ankiecie konstytucyjnej zaczął opowiadać się jednak za klasycznym modelem parlamentarno-gabinetowym, gdzie decydującą rolę odgrywa rząd. Miało to zapewne związek z wcześniejszymi napięciami z Pałacem Prezydenckim.
W proponowanym przez Andrzeja Dudę referendum konstytucyjnym znajdowało się również pytanie o system rządów – obywatele mieli sami określić, komu chcą dać większą władzę: rządowi czy prezydentowi. Na razie to pytanie pozostało w zawieszeniu.
 
Idea a rzeczywistość
Przyjęty w Polsce model prezydentury polega na arbitrażu i mediacji w sporach politycznych. Teoretycznie zatem powinien on być jakby ponad bieżącą polityką, ingerując jedynie w przypadku, gdy jest to potrzebne (przykładem może być weto lub powołanie premiera, gdy Sejm nie jest w stanie dokonać jego wyboru) lub też gdy istnieje potrzeba korekt (np. wnioski do TK). Konstytucja nie daje prezydentowi kierownictwa nad państwem, nakazuje współpracę z rządem (może temu służyć Rada Gabinetowa, a więc posiedzenia Rady Ministrów pod przewodnictwem prezydenta RP).
Tyle teorii, praktyka pokazuje, że prezydenci włączają się w debatę polityczną, starając się stać trzecim, obok parlamentu i gabinetu, ośrodkiem władzy. Podejmują własne inicjatywy ustawodawcze, zarządzają lub próbują zarządzić referendum, często starają się podkreślić swoją niezależność w podejmowaniu decyzji. Różnie im to wychodzi, bo o ile Aleksander Kwaśniewski zdołał wypracować sobie silną i niezależną pozycję, o tyle już Lech Kaczyński najpierw tworzył jedną linię polityczną ze swoim bratem, a po zmianie rządów przeszedł do próby sił. Bronisław Komorowski stał w cieniu Donalda Tuska, Andrzej Duda od roku próbuje pokazać swoje znaczenie. Ta rozbieżność między teorią a praktyką jest przyczyną ciągłych dyskusji na temat „ile może prezydent?”.
Pytanie o pozycję prezydenta dotyczy umiejscowienia faktycznego ośrodka władzy. Może być nim prezydent, wybierany przez naród. Może być nim premier, powoływany przez prezydenta, ale przy aprobacie parlamentu, a więc reprezentanta narodu. Utrzymanie status quo wymagałoby współpracy, co często kłóci się z ambicjami polityków. Dlatego wciąż wydaje się aktualna potrzeba wykonania jakiegoś ruchu. Tylko w którą stronę?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki