Logo Przewdonik Katolicki

Po drugiej stronie sceny

Natalia Budzyńska
fot. materiały prasowe

Jeszcze dekadę temu lubiliśmy oglądać filmy o gwiazdach estrady, bo pokazywały lepsze życie. O takim marzył każdy tak zwany szary człowiek. Dzisiaj zaglądamy na drugą stronę scenicznego lustra, pod warstwy szminki i przypudrowane uśmiechy.

Komik Robin Williams – depresja i samobójstwo, Dolores O’Riordan – choroba dwubiegunowa i prawdopodobne samobójstwo, Kurt Cobain – przedawkowanie i samobójstwo, Amy Winehouse – wycieńczenie spowodowane alkoholem i narkotykami, Chester Bennington z zespołu Linkin Park – samobójstwo, Anthony Bourdain, słynny autor programów kulinarnych – samobójstwo, Avicii, młodziutki słynny DJ – samobójstwo, Whitney Houston – śmierć spowodowana przez uzależnienie. Można wymieniać jeszcze długo, sięgając wstecz. Można powiedzieć tak: sami tego chcieli, wszystko przez alkohol i narkotyki oraz rozwiązłe życie. W głowie im się poprzewracało. Przecież mieli wszystko. Ale to będzie oczywista nieprawda. Film Whitney, tak jak Amy sprzed kilku lat, pokazuje ludzi utalentowanych i wrażliwych, ale także wykorzystywanych bez opamiętania. Pokazuje świat show biznesu, w którym trudno przetrwać, nie spełniając oczekiwań. I pokazuje nas samych, bezlitosnych konsumentów i moralistów, używających sobie na ludzkich tragediach.

Przymus niezwykłości
Jak to jest, gdy wszyscy cię oklaskują? Gdy widzisz przed sobą tłumy ludzi, a każdy z nich patrzy na ciebie z uwielbieniem, spija z twoich ust słowa, zamyka oczy w uniesieniu, gdy śpiewasz, albo krzyczy w emocjach, bo czuje się szczęśliwy, że może na ciebie patrzeć, doświadczać twojej obecności i twojego talentu? Gdy miliony osób kupują twoje płyty? Gdy zna cię cały świat? Pewnie niejeden z nas się nad tym zastanawiał w którymś momencie życia, patrząc na zdjęcie „swojej” gwiazdy, marząc o lepszym życiu, w świetle reflektorów. Śnił o życiu ciekawym, rozrywkowym, bogatym. No właśnie – bogatym. Za sławą zawsze podążają pieniądze, a im większa sława, tym i one są większe. Co jeszcze podąża za sławą? Ludzie, i to najczęściej ci, którzy w blasku tej sławy chcą się ogrzać. To takie banały, a jednak chętnie o nich zapominamy, bo kto by nie chciał choć przez krótki czas nie myśleć np. o czynszu za przyszły miesiąc. Gwiazdy i ich menadżerowie zawsze dbali o wizerunek. Nie ma się co dziwić, przecież taka właśnie jest ich rola. Wizerunek gwiazdy musi być nieskalany, lekkie skoki w bok są tolerowane, szary człowiek takie rzeczy wybacza, w końcu to gwiazda, ma swoje prawa. Ale poważniejsze rzeczy, takie jak depresja, narkotyki, choroby – nigdy. Gwiazda ma być ucieleśnieniem marzeń klasy średniej. Mamy dość swoich problemów, dosyć słuchania kłótni sąsiadów i problemów z dziećmi. Chcemy patrzeć na piękne twarze, wierzyć w lepsze życie, usłane różami, chcemy wreszcie uwierzyć w to, że ktoś piękny i utalentowany jest wiecznie szczęśliwy.

Bez litości
Filmy dokumentalne o gwiazdach estrady z lat 70., a nawet 90. pokazywały właśnie to, co widz chciał zobaczyć. Długie trasy koncertowe, podczas których na stołach stoi tylko zmrożony szampan i kawior. Wszyscy są zadowoleni, łącznie z głównym bohaterem. Oto ciężka praca, która jednak przynosi wymierne efekty: sławę, uwielbienie i pieniądze. Wszyscy są zadowoleni, a trochę ekstrawagancji nikomu nie przeszkadza, w końcu to artysta, niech mu będzie, dzięki temu życie jest ciekawsze, bardziej kolorowe niż ta nasza bura codzienność. Ale gdy tylko dochodzą do nas sygnały, że tej ekstrawagancji jest za dużo, gdy paparazzi uchwycą gwiazdę słaniającą się na nogach, zażywającą kokainę lub popełniającą przestępstwo – nie znamy litości. Wystarczy tylko, że nasza idealna lalka Barbie i lalka Ken zaczyna nam przypominać nasze otoczenie, zwykłe ludzkie upadki, które obserwujemy u siebie lub sąsiada, brudy szarego życia. Wtedy powinien być przygotowany na nią lincz: medialny i towarzyski. Nikt nie zada sobie pytania dlaczego. No jak to dlaczego? Za dużo pieniędzy, to i się miesza dobro ze złem. Czasami, gdy twarz jest ładniejsza i młoda, jesteśmy w stanie zrzucić winę na kogoś innego, czyli: wszystko przez towarzystwo, które wokół się kręciło. To wina męża lub żony, którzy wpędzili naszego idola w narkotyki. Na przykład: za uzależnieniem Kurta Cobaina stoi Courtney Love, w przypadku Amy Winehouse jest to jej mąż Blake, a jeśli chodzi o Whitney Houston, to oczywiście Bobby Brown. Jakie to proste.

Przede wszystkim pieniądze
Film Whitney Kevina MacDonalda mówi właściwie to samo co Amy Asifa Kapadia sprzed trzech lat. A gdyby ktoś nie wiedział, to od kilku miesięcy na platformie Netflix można obejrzeć jeszcze jeden dokument o Whitney Houston zatytułowany Whitney: Can I Be Me Nicka Broomfielda i Rudi Dolezala. Oba są świetne, uzupełniają się i każdy pokazuje, co się stało z piękną utalentowaną dziewczyną z getta, która trafiła na sceny całego świata. A więc zakłamanie. Niby idealna chrześcijańska rodzina, w której rodzice zdradzali się, a w końcu rozwiedli, co nie przeszkadzało im udawać przed innymi kochającego małżeństwa. Wymagająca matka, która nie potrafiła okazywać uczuć, przerzucająca na córkę spełnienie swoich marzeń o sławie (Cissy Houston śpiewała gospel nie tylko w chórze kościelnym, ale także w chórkach np. u boku Elvisa Presleya czy Arethy Franklin). Ukochany ojciec, bo ciągle go było za mało, rozpieszczający córkę, a potem wystawiający jej rachunek na wiele milionów dolarów (relacja Whitney z ojcem bardzo przypominała zresztą tę z życia Amy Winehouse). Ojciec, który chętnie kieruje karierą córki, czerpiąc z niej profity nie tylko finansowe, ale i towarzyskie oczywiście. W uzależnieniu córki widzący nie zagrożenie dla jej życia, ale dla płynności finansowej rodzinnej firmy. Bo Whitney opłacała całą rodzinę, wszyscy dla niej pracowali, albo przynajmniej byli obok niej. Dzieliła się setkami milionów z rodzicami, braćmi, szwagierkami. Wszyscy z niej żyli. Nie mogli sobie pozwolić na to, żeby trafiła na kilkumiesięczny odwyk. Były ochroniarz Whitney (ten, który był pierwowzorem Franka Farmera (Kevin Costner) z filmu Bodyguard) mówi do kamery w filmie Whitney: Can I Be Me, że po kilku latach pracy napisał raport, w którym opisał, co dzieje się podczas tras koncertowych, że Whitney jest uzależniona od kokainy i cracku, że biorą wszyscy wokół niej, że nie dba o siebie i że trzeba ją ratować. Raport otrzymało kilka najważniejszych i najbliższych jej osób. Efekt był taki, że go zwolniono, a raport wyrzucono do kosza. Na ten pierwszy odwyk nie poszła, bo jej ojciec przekonał wszystkich, że nie jest tak źle. Prawda jest taka, że brała od 16. roku życia, a presja sprawiła, że narkotyków było jeszcze więcej, coraz więcej i coraz częściej.

Ciężar
Pod koniec życia Amy Winehouse miliony oglądały na YouTubie, jak zatacza się na scenie, jak nie potrafi wydobyć z siebie głosu, jak chodzi nocami naćpana po ulicach Londynu. A potem telewizyjni komicy używali sobie z niej, okrutnie żartując. Podobnie było z Whitney. Człowiek umiera, cały świat jest tego świadkiem, ale my mamy z tego ubaw i pogardę. Ten artykuł mógłby być dwa razy dłuższy, bo chciałabym nami potrząsnąć. Chciałabym też zaproponować obejrzenie dokumentów o innych artystach, którzy swoje życiowe dramaty topili w alkoholu i narkotykach, którzy wystawieni na widok publiczny nie mieli w sobie tyle siły, by wszystkim dogodzić. Wielu z nich miało ciężkie dzieciństwo, cierpieli z powodu odrzucenia czy molestowania. Zostali obdarzenie większą niż my wrażliwością i talentem. Mówi się potem, że go zmarnowali. Współczesne filmy pokazują ich jako ludzi bardzo podobnych do nas, tyle że od nich wymaga się więcej: udawania szczęśliwego i bezproblemowego życia. Przyklejonego uśmiechu. Stuprocentowej gotowości. Bo w końcu dostają za to pieniądze, o jakich nam się nie śniło. No proszę, a jednak te pieniądze to nie wszystko.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki