Logo Przewdonik Katolicki

Razem dla Aleppo

Dorota Niedźwiecka
FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Urzędnicy, biznesmeni i społecznicy pracowali ramię w ramię. Policjanci i pracownicy ZUS-u zaprosili do akcji swoich bliskich. Efekt zaskakuje: zniszczony podczas wojny szpital w Aleppo może już dzięki Dolnoślązakom zakupić potrzebny sprzęt.

Na początku akcji „Dar dla Aleppo”, gdy przedstawiciele wrocławskich władz i kościołów podpisywali porozumienie o współpracy, towarzyszyła mi obawa i niedowierzanie. „Mamy tak wiele możliwości, by pomagać innym. Zbierzemy więc może 1/3 potrzebnej kwoty”, myślałem. Udało się zebrać niemal całość! – cieszy się Łukasz Ludwina, dziennikarz Radia Rodzina i jeden z głównych koordynatorów akcji. – Dziesiątki tysięcy Dolnoślązaków zaangażowało się dla ludzi, których nigdy w życiu nie zobaczą, i zebrali dla nich 1,1 mln zł.
 
Współpraca, która jednoczy
W marcu i kwietniu, w pierwszych tygodniach po podpisaniu porozumień, na Dolnym Śląsku zrobiło się gorąco. W Urzędzie Wojewódzkim, Urzędzie Miejskim, w zoo i dziesiątkach innych instytucji stanęły skarbony na odbudowę i wyposażenia szpitala św. Ludwika w Aleppo. Potrzeba była pilna: wielu powracających do domów mieszkańców tego miasta ciężko ucierpiało podczas bombardowań czy walk. Aby wrócić do normalności, potrzebują zaawansowanej pomocy medycznej i rehabilitacji.
Dolnoślązacy włączali się w akcję z ochotą. Małe tekturowe skarbonki krążyły w Izbie Skarbowej, ZUS-ie, wśród radnych miejskich i radnych sejmiku dolnośląskiego. Pracownicy brali je do domów i organizowali zbiórki wśród rodziny i sąsiadów. Harcerze obstawiali parafie w Wielką Sobotę. Biznesmeni dyskretnie przynosili pokaźne kwoty.
Mniejsze grupy organizowały festyny i koncerty. Grupa młodych wolontariuszy z II LO w Brzegu sprzedawała ciasta upieczone przez ich koleżanki. To oni otrzymali najwyższą w historii „Daru dla Aleppo” darowiznę za kawę: jedna z uczennic postanowiła zapłacić za nią 100 zł. – Był to dla nas okres wytężonej pracy. Dzięki niej młodzi scalili się i dziś działają jako grupa wolontariacka „Niezapomniani” w wielu innych akcjach – mówi z dumą dyrektor szkoły Leszek Lipiński.
 
Z okolic frontu
Organizatorzy na bieżąco otrzymywali informacje o sytuacji w stolicy Syrii od pracowników Pomocy Kościołowi w Potrzebie, którzy regularnie odwiedzali Aleppo. Słuchali o znajdującym się tuż za miastem froncie i kanonadach, których odgłosy do dziś docierają do mieszkańców kilka razy na dzień. Dowiadywali się, że sytuacja w mieście jest dość stabilna. Do fabryk, z których część udało się uruchomić, i do mieszkań coraz częściej docierał prąd: najpierw przez godzinę, potem kilka godzin, teraz już niemal przez cały dzień. Sklepikarze pootwierali pierwsze sklepy. W dzielnicach przemysłowych rozpoczęto produkcję, co oznacza, że część ludzi ma już miejsca pracy, chociaż aby się utrzymać, trzeba pracować na dwóch etatach.
– Parafie stały się swoistymi centrami zarządzającymi rozlokowaniem ludzi. Proboszczowie podostawali klucze do mieszkań od tych parafian, którzy nie wrócili jeszcze do Aleppo, i za ich zgodą udostępniają je sąsiadom, których domy uległy zniszczeniu – mówi Łukasz Ludwina. – W ten sposób nawzajem świadczą sobie sąsiedzką pomoc: zapobiegając także rozszabrowaniu opuszczonych mieszkań.
Dolnoślązacy angażowali się w najróżniejsze sposoby. Jeden z proboszczów z własnej inicjatywy wymienił bilon na banknoty. Ułatwił pracę siostrom karmelitankom, które wzięły na siebie ciężar liczenia zbiórek. Ciężar dosłowny: bo pod workami wypełnionymi bilonem, które panowie nosili do wrocławskiego Karmelu, uginali się nawet najsilniejsi wolontariusze.
– Towarzyszyła nam otwartość i życzliwość, a w całej akcji miał miejsce tylko jeden nieprzyjemny incydent – mówi Łukasz Ludwina. – Z ustawionej we wrocławskiej katedrze skarbony dwukrotnie zauważono kradzież banknotów. Organizatorzy poradzili sobie i z tym: wybierając banknoty częściej niż w innych miejscach.
 
Powrót do normalności
W ciągu trzech tygodni od rozpoczęcia akcji efekty były zaskakujące: na koncie zebrano 300 tys. złotych. Przez następnych kilka miesięcy, do czerwca – 600 tysięcy. Potem wskaźnik jakby się zatrzymał. W końcu sierpnia, gdy inicjatywy publiczne dobiegały końca, ruszył na nowo.
W listopadzie do Wrocławia przyjechał biskup Aleppo Georgez Abou Khazen, by osobiście podziękować za dar. Mówił, że także dzięki tej zbiórce Syryjczycy czują się częścią wielkiej rodziny. Opowiadał, że doskwiera im bezrobocie, inflacja i sankcje gospodarcze. Że stanęli przed wyzwaniem opieki nad milionami dzieci, które pozostają bez najbliższych. Nawiązując do tego, jak wiele Polska robi dla mieszkańców stref konfliktów, bp Khazen zwrócił uwagę i na działania polskiego rządu, i na ogromne wsparcie, udzielane przez Pomoc Kościołowi w Potrzebie. Dzięki niemu kupują żywność, leki i mleko dla tysięcy osób. – Teraz potrzebujemy, by młodzi ludzie wracali do Syrii, by w pokoju odbudowywać kraj – podkreślał.
Syria przypomina człowieka, który wpadł do dołu. Potrzebuje pomocy, by się z niego wydostać. Gdy ją otrzyma będzie mógł dalej iść, już na własnych nogach. Taką pomocą była akcja „Dar dla Aleppo”. Ludzie, którzy dzięki Dolnoślązakom podreperują swoje zdrowie w szpitalu św. Ludwika, będą mogli podjąć pracę zarobkową i rozpocząć normalne życie.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki