Logo Przewdonik Katolicki

O nic nie poproszę

Krzysztof Głowacki
ILUSTRACJA LIDIA SIERADZKA

Czasem nie tylko nie mamy odwagi o coś prosić, ale nawet sama myśl o tym, że mielibyśmy zwrócić się do kogoś z prośbą o przysługę wywołuje w nas dyskomfort. Czy da się coś z tym zrobić?

Padła. Wpisuję adres strony internetowej, a tu nic. Laptop, telefon, komputer znajomych – na żadnym z urządzeń nic nie działa. Byłem zły, bo pracowałem nad tą stroną przez dłuższy czas – a teraz cały wysiłek poszedł na marne. Następne kilka nocy spędziłem na próbach napraw, a ponieważ nie jest to dziedzina, na której się znam, robiłem to po omacku metodą prób i błędów. W końcu skapitulowałem. Napisałem do znajomej specjalistki. Po piętnastu minutach odpisała, że wszystko zrobione. Po chwili dodała: „A dlaczego nie spytałeś wcześniej?”. No właśnie. Dlaczego proszenie o pomoc czy przysługę jest czasem dla nas tak trudne? Oto kilka możliwych odpowiedzi na to pytanie.
 
Tylko słabi proszą
„Sam sobie poradzę”, „Jeszcze nie jest ze mną tak źle, żebym musiał korzystać z pomocy innych”. Czasem prośba o pomoc może być dla nas pośrednim przyznaniem się do tego, że sami sobie nie radzimy. Prosząc o pomoc, przyznajemy się do słabości, a ponieważ nie chcemy się tak czuć, to zagryzamy zęby i idziemy dalej. Nie mamy sił dalej iść? Padamy na kolana i czołgamy się, ale za nic w świecie nie chcemy się przyznać, że pomocne ramię sprawiłoby, że nasza wędrówka byłaby łatwiejsza. Choć na pewno by była.
Dlaczego mamy tak wielki problem z pozwoleniem sobie na słabość? Być może dlatego, że od dziecka byliśmy karmieni słowami, które nie pozwalały nam się do tej słabości przyznać. Gdy upadaliśmy i coś nas bolało, słyszeliśmy: „wstawaj, nie maż się”, lub „przecież nie boli”. Być może nosimy w sobie wewnętrzny nakaz mówiący nam: musisz być silny, bo jeśli taki nie będziesz, to otaczający cię zły świat pozbawi cię tego, co masz lub co chcesz mieć. Być może boimy się zależności – jeśli pozwolimy sobie na słabość, spytamy o pomoc, to stracimy swoje poczucie niezależności, będziemy komuś coś winni, a ta osoba będzie mogła to wykorzystać.
 
Lęk przed odrzuceniem
Jedynym skutecznym sposobem by sprawić, że nie będziemy czuć dyskomfortu związanego z usłyszeniem „nie” na naszą prośbę jest niewypowiadanie słowa „proszę”. Jeśli nie prosimy, to nie usłyszymy odmowy. A to właśnie tej odmowy najbardziej się boimy, ponieważ utożsamiamy „nie” dla naszej prośby z „nie” dla nas samych. I tak odmowę pomocy w przeprowadzce będziemy interpretować jako odrzucenie nas samych, a brak odpowiedzi na umieszczony na Facebooku post z prośbą o zajęcie się naszym psem przez weekend będzie dla nas znakiem, że nie jesteśmy dla nikogo ważni.
W rzeczywistości jednak najczęściej dzieje się to tylko w naszych głowach, w których interpretujemy słowa i fakty. Robimy to według własnych założeń, a te często są niekorzystne dla innych. Dodatkowo często popełniamy tzw. podstawowy błąd atrybucji. Polega on na tym, że w przypadku niekorzystnych zachowań innych osób jesteśmy skłonni przypisywać im odpowiedzialność za nie, natomiast gdy te same rzeczy robimy my, to winę zrzucamy na okoliczności. Zatem jeśli ktoś nam odmawia pomocy, to dlatego, że nie chce nam pomóc. Jeśli zaś my odmawiamy – to na przykład ze względu na inne plany.
 
Do czego mam prawo?
Amerykański psychoterapeuta Herbert Fensterheim stworzył listę pięciu praw asertywności. Prawa te przyznajemy sobie sami, uznając, że pewne zachowania są dla nas dobre i pozwalamy sobie na to, by tak właśnie postępować. Jednym z praw, które wymienia, jest właśnie prawo do proszenia: „Masz prawo do przedstawiania innym swoich próśb dopóty, dopóki uznajesz, że druga osoba ma prawo odmówić”.
Świadomie możemy przyznawać temu rację, lecz jeśli naszemu proszeniu towarzyszy emocjonalny dyskomfort (poczucie winy czy niezręczności), to może być dla nas znak, że jednak tego prawa sobie nie dajemy. Możemy wówczas sądzić, że nie jesteśmy wystarczająco godni, ważni czy po prostu nie zasługujemy na pomoc. Dlaczego właściwie mielibyśmy tak myśleć? Przyczyną może być po prostu to, że taki przekaz od najwcześniejszych lat słyszeliśmy w domu, przedszkolu czy szkole: „ustąp bratu, bo jest młodszy”, „zobacz, jak to dziecko płacze, oddaj mu swoją zabawkę”. Choć dorośli mają poczucie, że w ten sposób uczą dzieci dzielenia się, to tak naprawdę wysyłają im jeszcze jeden komunikat: twoje potrzeby nie są ważne, ważniejsze od nich są potrzeby innych. Za tym idzie silniejszy przekaz: jesteś mniej ważny od innych dzieci w piaskownicy. Małe dziecko chłonie go i z nim wzrasta, a konsekwencje nosi jeszcze w dorosłości.
 
Słabość jako dar
W podejściu do proszenia zadziwiające jest to, że zazwyczaj nie mamy problemu z tym, by samemu komuś tę pomoc ofiarować. Jeśli nie jesteśmy do tego przymuszeni, to chętnie dzielimy się z innymi naszym czasem, siłami czy posiadanymi środkami. Daje nam to poczucie sensu i sprawia, że nasze życie staje się wartościowsze. Zazwyczaj też nie patrzymy na innych jako na słabszych, czy mniej wartościowych od siebie. Po prostu w ich przypadku mamy świadomość, że każdy może być w sytuacji, w której potrzebuje pomocy.
Jak zatem przełamać niemoc proszenia? Warto przyjrzeć się swoim przekonaniom na temat bycia słabym i doświadczania zależności. Stephen Covey, autor bardzo cenionej w dziedzinie własnej efektywności książki 7 nawyków skutecznego działania mówi o tym, że naturalną koleją rozwoju człowieka jest przejście od dziecięcej zależności, poprzez staranie się o niezależność do dostrzeżenia, że tak naprawdę jesteśmy od siebie współzależni. Najbardziej szczęśliwi jesteśmy wtedy, gdy wzajemnie na sobie polegamy. Możemy wtedy postrzegać nasze potrzeby i słabości jako coś naturalnego. Możemy też przyjąć, że są one darem dla innych. Darem, który pozwala im na to, by czuć się szczęśliwymi, gdy dają nam to, czego potrzebujemy.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki