Logo Przewdonik Katolicki

Ocalił ich piec i Antoni

Monika Białkowska
Fot. Archiwum prywatne

Gdy Niemcy likwidowali getto, Sonensonowie ukryli się na strychu. Niemowlę płakało, mogło zdradzić ich wszystkich: lepiej, żeby jeden umarł za wielu. Kilka miesięcy później bez Antoniego Gawryłkiewicza umarliby wszyscy.

Było późne popołudnie. Antoni musiał się zagapić, nie zauważył, że jadą szaulisi, Litwini kolaborujący z Niemcami. Wyciągnęli go przed dom. – Mów, gdzie oni są! Niemcy się wycofują, ale my się jeszcze z wami rozliczymy za przechowywanie Żydów!
– Żydów? Jakich Żydów? Przecież nie jestem głupi, żeby się tak narażać!
– Mów, gdzie oni są! Wszyscy w okolicy wiedzą, że ich ukrywasz!
Wyciągnęli z domu ojca Antoniego i przyłożyli mu do skroni lufę karabinu.
– Mów, inaczej on zginie!
Antoni milczał. Rozległ się strzał. Ojciec padł na ziemię. Jako drugiego wyciągnęli z domu Zenka, brata Antoniego.
– Mówisz, czy jego też mamy zabić?
Antoni dalej milczał. Kolejny strzał. Kolejny trup. Ktoś przystawił karabin i jemu do głowy, ale dowódca strącił go ręką.
– Zostaw. On nic nie wie. Kto by wytrzymał śmierć ojca i brata?
Szaulisi odeszli. Ukryci pod podłogą w domu Antoniego Cipora i Mosze Sonensonowie z córką Sonią i synem Ickiem zapewne odetchnęliby z ulgą, ale gruba warstwa ziemi nad ich głową skutecznie tłumiła wszystkie głosy z zewnątrz.
O tym, jak umarł jego ojciec i brat Antoni Gawryłkiewicz, opowiedział synowi Janowi dopiero pięćdziesiąt lat później, w samolocie do Tel Awiwu, gdy leciał odebrać odznaczenie Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Nie ma jej w jego zeznaniu-świadectwie, które składał w instytucie Yad Vashem. Nigdy więcej do tej historii nie wracał. Jego syn przez pół wieku nie wiedział nawet, gdzie pochowany jest jego dziadek.
 
Niespokojny
– Ojciec wyjechał z okolic Ejszyszek (dawniej w Polsce, dziś na Litwie, przy granicy z Białorusią) jednym z ostatnich transportów w 1957 r. – wspomina syn Antoniego Gawryłkiewicza, Jan. – Długo nie mógł się zdecydować na opuszczenie tych swoich kilku hektarów, wciąż chyba liczył, że wróci tam Polska. W końcu jednak uznał, że trzeba jechać. Ale był krnąbrny i nie lubił poddawać się nakazom. Władza kazała mu jechać na Mazury, w okolice Morąga, tam ich wywieziono. Wytrzymał kilka dni, potem wsiadł w pociąg do Warszawy. Miał już żonę, miał kilkumiesięczne dziecko, szukał pracy. Dotarł pod Grodzisk Mazowiecki, w okolice Błonia. Tam gmina przyznała mu mały pokoik na poddaszu walącej się chałupinki.
I tam długo nie wytrzymał. Ktoś mu powiedział, że w Płocku będzie petrochemia, potężny zakład, że teraz tam wszyscy ciągną za pracę. Praca w odlewni w Grodzisku była ciężka, mieszkanie mizerne, więc nie było trudno zdecydować o kolejnym wyjeździe. Jan Gawryłkiewicz był maleństwem w pieluszkach, gdy wraz z rodzicami zamieszkał w Płocku przy ulicy Grodzkiej, w niedużym mieszkaniu w oficynie, ogrzewanym węglowym piecem.
– Jako młody chłopak nie wiedziałem, dlaczego ojciec taki jest: wycofany, zalękniony, ciągle rozglądający się dookoła – wspomina Jan Gawryłkiewicz. – Zachowywał się tak, jakby cały czas ktoś mu zagrażał. I był poszukującą duszą, taką niespokojną. Wciąż chciał więcej, lepiej, dalej, mocniej. W pracy też ciągle zmieniał stanowiska, brał wszystko, co się trafiało, pracował nawet jako konwojent na poczcie. Musiały minąć lata, zanim oswoił się z myślą, że w Płocku zostanie jednak na stałe, że już nie musi uciekać ani się ukrywać. Ale dopiero po latach zrozumiałem, dlaczego tak specyficznie się zachowywał.
 
Dziewczynka z kurami
Przed wojną w Ejszyszkach mieszkała rodzina Sonensonów: Mosze z żoną Ciporą, synem Ickiem i córką Sonią. Najmłodszy Shaul urodził się później, gdy wojna już trwała.
Antoni Gawryłkiewcz nie przyjaźnił się z nimi, ale znał ich z widzenia. On był pastuchem i parobkiem u pana Kazimierza Korkucia herbu Nałęcz, właściciela Korkucian. Oni byli zamożnymi Żydami z solidnym domem, fabryką wosku, garbarnią i zakładem fotograficznym. Dziś po wszystkim zostały już tylko fotografie. Na jednej z nich pięcioletnia Sonia w kraciastej sukience, roześmiana od ucha do ucha, karmi kury. Zdjęcie zrobiła jej babcia, świadoma zapewne, że za chwilę może zrobić się gorąco. Bo cóż z tego, że front przeszedł, jeśli Niemcy zarządzili spis ludności? Takiego spisu nie robi się dla przyjemności.
Z meldunku niemieckiego dowódcy wynika, że we wrześniu 1941 r. w okolicach Ejszyszek wymordowano 989 Żydów, 1836 Żydówek i 821 żydowskich dzieci, w sumie ponad 3,6 tys. osób. Sonensonowie przeżyli masakrę. Następnym ich przystankiem stało się getto w Raduniu: wraz z dwoma tysiącami innych Żydów, przesiedleńców i uciekinierów, żyli w obrębie jednej ulicy, zmuszani do ciężkiej pracy, bez przydziałów żywności. Gdy 8 maja 1942 r. Niemcy likwidowali getto, Sonensonowie ukryli się na strychu. Tam zostawili na zawsze najmłodszego Shaula. Niemowlę płakało, mogło zdradzić ich wszystkich. Lepiej, żeby jeden umarł za wielu.
 
Tajemnica w kuchni
– Ojciec opowiadał, że Sonensonowie przyszli któregoś dnia do pana Korkucia. Wiedzieli, że pomaga Żydom – mówi Jan Gawryłkiewicz. – Udało im się uciec z Radunia, ukrywali się w lesie. Twierdzili, że niewiele im brakuje, żeby przedostać się za granicę, że mają swoje kanały przerzutu, ale muszą jeszcze trochę przeczekać. Może kilka dni, może dłużej.
Kazimierz Korkuć bać się już nie musiał. W swoich majątkach ukrywał około siedemdziesięciu osób. Kilka więcej czy kilka mniej, jaka to różnica, za ilu Żydów dostanie się kulką w łeb? Problem był jeden: zwyczajnie nie miał już miejsca. Ci, których przechowywał, siedzieli już jeden na drugim. Nie było szans wcisnąć nawet szpilki.
Ale pomóc chciał: poprosił więc Antoniego Gawryłkiewicza na dyskretną rozmowę.
– To musi zostać między nami – powiedział. – Jeśli się nie dogadamy, tej rozmowy nie było. Jeśli ty nie pomożesz, będę musiał im odmówić. Sam już nie dam rady.
Dogadali się. Antoni wymyślił, żeby pod jedną z drewnianych chałupek w majątku wykopać schron: rodzaj bunkra z tunelem, prowadzącym do sadu, pod jabłonkę. Przez kilka nocy wybierał ziemię spod domu, tunelem wynosił ją na furmankę, a potem wywoził do stawu. Pod główną izbą domu powstało spore pomieszczenie, około dwunastu metrów kwadratowych z szalunkiem z młodych sosen, od góry chronione grubą, 70-centymetrową warstwą ziemi. Ziemia nie tylko tłumiła wszystkie dźwięki, ale również chroniła życie ukrywających się, gdy Niemcy lub szaulisi urządzali swoją ulubioną zabawę – strzelanie w podłogę.
 
Kugel z jabłkiem
Wyjście pod jabłonką było przykryte darnią i awaryjne. Na co dzień Sonensonowie wchodzili do swojego schronu przez kuchenny piec.
– Trzeba było podnieść fajerki, wysunąć cały ruszt i dopiero wtedy widać było otwór, przez który mogli wskoczyć na dół – tłumaczy Jan Gawryłkiewicz. – Na fajerkach zawsze stał garnek z jakąś zupą, pod którą szybko rozpalało się ogień, gry rozlegał się ryk niemieckich albo ukraińskich silników.
Oprócz Sonensonów schronienie u Antoniego Gawryłkiewicza znaleźli między innymi Kabacznikowie z dwoma synami i dwudziestoletnią Miriam. Antoni podkochiwał się w niej i nazywał Mirusią. Żydzi nie siedzieli cały czas pod podłogą. Zdarzało im się żyć normalnie, jak dużej rodzinie. Antoni przywoził wtedy z miasta mąkę i ziemniaki, a Cipora przygotowywała kugel, babkę ziemniaczaną. Dla niego specjalnie robiła z jabłkiem, bo taką lubił najbardziej. Czasem siadał i opowiadał sześcioletniej Soni historie o zwierzętach i o dobrych ludziach. Obiecywał, że nie musi się bać, że ją uratuje. Od normalnego życia różniło ich tylko to, że zawsze dwie osoby stały przy oknie na czatach. Może jeszcze sąsiedzi donoszący, że przecież Antoniego nie stać na mąkę i ziemniaki, więc na pewno Żydów ukrywa. I jeszcze te powtarzające się naloty, kiedy tamci musieli wskakiwać do pieca i znów rozpalało się ogień pod dyżurną zupą.
W sumie Antoni Gawryłkiewicz uratował życie szesnastu osobom.
 
Sens
– Ojciec zawsze chętnie wracał w tamte okolice – wspomina Jan Gawryłkiewicz. – W każde wakacje jechaliśmy do Wilna, najpierw pomodlić się w Ostrej Bramie, a potem dalej, do rodziny, do Ejszyszek czy Koleśnik oraz okolicznych wiosek. Nigdy jednak ani słowem nie wspomniał o tamtym majątku. Nigdy tam nie poszliśmy, choć to było pewnie z półtora kilometra przez łąki. Chodził tylko po targu i po ulicach, szukał znajomych i próbował się od nich dowiedzieć, co dzieje się z Kazimierzem Korkuciem. Ciągle gdzieś przewijało się jego nazwisko, wyraźnie szukał z nim kontaktu, nawet przez Czerwony Krzyż. Któregoś dnia dowiedział się, że Korkuć żyje. Wrócił do domu wyjątkowo zadowolony, wyciągnął swój szesnastokartkowy zeszyt, w którym notował wszystkie istotne adresy, i zobaczyłem, że pisze: „Kazimierz Korkuć, Kamienna Góra…”. Natychmiast chciał wracać do Płocka, bo z dawnego ZSRR nawet zadzwonić się nie dawało. Po powrocie nawiązał z Korkuciem kontakt, pojechał do niego na kilka dni. Dowiedział się, że „jego” Żydzi żyją, że mieszkają w Stanach Zjednoczonych, w Brazylii, w Izraelu. Wrócił podekscytowany. Widziałem wtedy, że stał się weselszy, przestał się nerwowo rozglądać. Chyba poczuł wreszcie, że to, co robił, miało sens. Że śmierć jego ojca i brata też nie była bez sensu. Poznałem innego człowieka, jakby wyszedł ze skorupy.
 
Listy piszą
Jakiś czas potem do drzwi Gawryłkiewiczów zapukała nieznajoma kobieta. Mówiła, że jest przejazdem, że ktoś z Nowego Jorku prosił o przekazanie listu. Antoni usiadł w fotelu, przeczytał, a potem odłożył list do kredensu. Młody Jan podejrzał potem jego treść. Pisała Sonia Sonenson: że cieszy się, że Antoni żyje, że oni też żyją, że ona w Nowym Jorku, że Icek w Hajfie...
Sonia Sonenson to nikt inny jak znana profesor Jaffa Eliach – jedna z inicjatorek powstania Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, autorka i kuratorka wystawy „Tower of Life” z tysiącami zdjęć pomordowanych Żydów. Postać kontrowersyjna, bo o masowe mordy na Żydach na Kresach oskarżająca żołnierzy Armii Krajowej.
List Soni rozpoczął długą korespondencję między Antonim i ludźmi, których uratował. Icek jako pierwszy napisał o możliwości przyznania mu tytułu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata i o tym, że musi tylko opisać swoją historię.
– Ojciec rzucił ten list w kąt – wspomina Jan Gawryłkiewicz. – Mówił, że niczego nie będzie pisać. Tłumaczyłem wtedy: „Nie rób tak. Usiądź. Napisz. Po kolei, swoimi słowami, po prostu”. Nic nie powiedział. Ale któregoś dnia, gdy przyszedłem go odwiedził, podał mi dwie czy trzy stroniczki, nasmarowane trzęsącą się dłonią starszego człowieka. – Masz, czytaj!
Zaadresowałem kopertę, wysłałem list do Yad Vashem. Po kilku tygodniach przyszedł list z zaproszeniem na uroczystości do Jerozolimy. Pojechałem z ojcem. Wziąłem ze sobą kamerę, ale ledwo zdążyłem ją włączyć, kiedy na lotnisku wpadli sobie z Ickiem w ramiona. To było ich pierwsze spotkanie po latach – dwóch starszych panów, siwych jak gołąbki.
 
To tu!
Z Sonią – Jaffą Antoni spotkał się wcześniej w Ejszyszkach. Pojechał tam, gdy ona robiła tam film dokumentalny o historii miejscowych Żydów.
– Przypominał trochę filmowego Pawlaka – śmieje się Jan Gawryłkiewicz. – Słomkowy kapelusz, neseser z najważniejszymi dokumentami i w drogę!
Kilka lat po odznaczeniu Jan Gawryłkiewicz uznał, że czas zrobić o ojcu film. Wtedy postanowił raz jeszcze zabrać go na Kresy: tym razem w to miejsce, które dotąd starannie omijali. Związek Radziecki już nie istniał, Ejszyszki i Raduń rozdzielone były granicą litewsko-białoruską. Stając na drodze wylotowej z Ejszyszek widzieli zabudowania dawnego zaścianka Korkuciany – ale jechać musieli dookoła, wykupiwszy najpierw wizy.
– Zbliżaliśmy się do łąki, jakieś zboże gdzieś rosło, wszystko pokryte rosą, bo było wcześnie rano – wspomina Jan Gawryłkiewicz. – Ojciec nagle mówi: „Zatrzymaj się!” i wyskakuje z samochodu, biegnąc w kierunku zabudowań. Pobiegłem za nim, krzycząc, żeby uważał, że zaraz się przewrócimy. Dotarliśmy do skupiska starych lip. Ojciec zwolnił i mówi: „Tak, to tu. Teraz jestem pewien”. I wszedł między stare, omszałe budynki, uszczelniane mchem, i pokazywał, co gdzie było… Weszliśmy też do dawnej chałupinki, obecny gospodarz miał tam swoją rupieciarnię. Gliniane klepisko, pojedyncza żarówka pod sufitem i ten sam kuchenny piec. Ten, w którym kiedyś trzeba było podnieść fajerki i wysunąć ruszt, żeby uratować ludziom życie.
 ---
Antoni Gawryłkiewicz odznaczenie Sprawiedliwy wśród Narodów Świata otrzymał w 1999 r. Zmarł w 2007 r. w Płocku.
Kazimierz Korkuć zmarł w 1996 r.
Sonia Sonenson – Jaffa Eliach zmarła w listopadzie 2016 r. w Nowym Jorku.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki