Logo Przewdonik Katolicki

Dorosły synek mamusi

Bogna Białecka
Rysunek Tomasz Majewski.

Młody dorosły, który nie potrafi wziąć odpowiedzialności za swoje życie, jest owocem wychowania w określony sposób. Gdzie jest granica między wspieraniem dorosłych dzieci a usprawiedliwianiem i naprawianiem ich błędów?

Jednym z coraz częstszych problemów współczesności jest tzw. bumerangowa młodzież, czyli młodzi dorośli, którzy po kilku latach mieszkania poza domem rodzinnym – np. ze względu na studia w innym mieście – wracają na garnuszek mamusi. Lub co gorsza, młodzi dorośli, którzy popełniwszy potężne błędy życiowe przychodzą do rodziców, by ich wyciągnęli z tarapatów.
 
Trzy scenariusze
Gdy Dennis Hensley, dziś autor wielu poradników dotyczących pisarstwa, ukończył szkołę średnią i poszedł na studia, ojciec wręczył mu szczególny zegar. Był on ustawiony na cztery lata i odmierzał czas wstecz. Rodzice powiedzieli: „Przez cztery lata masz zapewniony dach nad głową i wyżywienie, masz pełną swobodę nauki, to, co zarobisz, jest dla ciebie, jednak gdy zegar odliczy do zera, twój czas ochronny się kończy i wyprowadzasz się z domu”. Autor wspomina to jako pozytywną motywację i pomoc ze strony rodziców w przejściu do odpowiedzialnej dorosłości.
Pan Józef z dumą opowiada o swoim synu: „Usamodzielnił się, jest na swoim, co prawda rodziny nie chce zakładać, a chciałbym jednak doczekać się wnuków, ale ma dużo wydatków, więc wszystko w swoim czasie”. Dalsza rozmowa ujawnia, że „synek” ma 35 lat, „bycie na swoim” oznacza, że zajął piętro w willi rodziców i dobudował osobne wejście, a „dużo wydatków” to drogi samochód i wycieczki zagraniczne. Nie uczestniczy w kosztach utrzymania domu ponoszonych przez rodziców, a stołuje się zasadniczo u mamy.
Alisson Bottke, autorka bestselleru Setting Boundaries with Your Adult Children (Budowanie granic z dorosłymi dziećmi), zaczyna książkę od opisu własnego doświadczenia. Biegnie do mieszkania, które wynajęła na własne nazwisko, umeblowała i urządziła dorosłemu synowi tydzień wcześniej. Syn został właśnie zabrany przez policję. Mieszkanie jest w ruinie. Zbite naczynia leżą na podłodze wraz z resztkami wywleczonego z zaopatrzonej przez mamę lodówki gnijącego jedzenia. Na tym tle wyróżnia się zadbana potężna kolekcja nazistowskich publikacji, symboli, i innych „pamiątek” syna, o których mama nie miała pojęcia.
Historia Dennisa może wydawać nam się nieco obca kulturowo, w Polsce często warunki materialne wymuszają mieszkanie dorosłych dzieci z rodzicami. Historia trzecia z kolei jest zbyt przerażająca, może nam się wydawać, że dotyczy tylko rodzin patologicznych, które popełniły potworne błędy wychowawcze. Najczęstszy jest chyba model środkowy. Mimo to druga i trzecia historia mają więcej ze sobą wspólnego, niż może nam się wydawać.
 
Rodzic wspierający czy usprawiedliwiający?
W języku angielskim istnieje precyzyjne rozróżnienie „helper – enabler”. „Helper” to osoba, która pomaga, wspiera. Rodzic wspierający stawia wyraźne granice: nazywa dobro dobrem, zło złem, a gdy dziecko zachowuje się źle, pozwala mu doświadczać negatywnych konsekwencji i egzekwuje zadośćuczynienie za wyrządzone zło. Czyni to wszystko z miłością, pomaga dziecku w staniu się osobą odpowiedzialną.
„Enabler” z kolei to osoba, która ułatwia życie swojemu dziecku. Rodzic usprawiedliwiający wychodzi z założenia, że „moje dobre dziecko” jest niezdolne do czynienia zła, w związku z czym nie ponosi odpowiedzialności za swoje czyny. „Moje dobre dziecko” pobiło kolegę. Najwyraźniej kolega go sprowokował, a może mój synek był akurat zmęczony, a może jakieś jego potrzeby były niezaspokojone. „Enabler” będzie starać się uchronić dziecko przed negatywnymi konsekwencjami jego decyzji. Co prawda synek pobił kolegę i dostał naganę, ale usprawiedliwiająca mama będzie zła na system szkolny wymierzający kary i z pewnością synkowi wynagrodzi to „brutalne” potraktowanie przez szkołę. „Enabler” nie wychowuje dziecka, daje mu za to wsparcie emocjonalne. Wychodzi z założenia, że jeśli będzie dziecko kochać wystarczająco mocno, samo wyrośnie na odpowiedzialnego, dorosłego człowieka.
Mówimy tu cały czas o relacji rodzic – osoba nieletnia, jednak młody dorosły nie zmienia się nagle z momentem ukończenia 18. roku życia, lecz jest owocem wychowania w określony sposób.
 
Gdzie jest granica?
Alisson Bottke proponuje takie rozróżnienie: jeśli zdarzyło ci się ratować dziecko z trudnej sytuacji, jednak potem prowadziliście rozmowy i podjęło ono skuteczne kroki, by zapobiec popełnieniu tego samego błędu w przyszłości – możesz być spokojny. Jeśli natomiast dziecko często pakuje się w kłopoty, świadome, że rodzice uchronią je przed konsekwencjami – jesteś rodzicem usprawiedliwiającym. Alisson analizuje to na przykładzie swojego syna: do któregoś momentu wciąż go usprawiedliwiała. Zaczął brać narkotyki, a mimo terapii do nich wrócił – najwyraźniej potrzebny był inny, bardziej skuteczny program walki z uzależnieniami. A mama wierzyła, że skoro wysprząta mu mieszkanie i stworzy warunki do nowego startu, na pewno mu się tym razem uda.
W przypadku dorosłego dziecka mieszkającego z rodzicami granica leży w wyznaczeniu konkretnych zasad. Dorosłe dziecko ponosi proporcjonalne koszty utrzymania domu oraz wnosi swój wkład w prace domowe. Gdy bezrobotny młody dorosły szukający pracy korzysta przez pewien czas z pomocy rodziców w zakresie podstawowym, jest to w porządku. Gdy odrzuca kolejne propozycje pracy „bo są poniżej moich możliwości” czy „nieadekwatne do zainteresowań”, jest to już żerowanie na rodzicach. Warto zawsze zastanowić się na zimno, co by się stało, gdyby wycofać swoje wsparcie. W przypadku np. 35-letniego syna pana Józefa wycofanie finansowania oznaczałoby, że po prostu zaczyna płacić za swoje utrzymanie i przestaje go być stać na zachcianki. Nic strasznego.
 
Leczenie własnych ran
Alisson Bottke uważa, że najtrudniejszym momentem dla rodzica dorosłego, dysfunkcjonalnego dziecka jest przyjęcie odpowiedzialności za powstanie problemu. Wiele osób ma poczucie, że nie ma sobie nic do zarzucenia: „Starałam się być jak najlepszą mamą, całe moje serce włożyłam, by moje dziecko miało jak najlepszy start w życiu, lecz okoliczności je zniszczyły”.
Nawet gdy czujemy, że nie popełniliśmy żadnego błędu i nie wiemy, co się wydarzyło z naszym dobrym dzieckiem, potrzebujemy zrobić porządny rachunek sumienia. Bardzo często „usprawiedliwiaczami” stają się osoby, które przez wychowywanie dziecka starały się uleczyć własne rany, zaspokoić (z reguły nieświadomie) własne potrzeby. To postawa, której towarzyszą  motta życiowe typu: „Nie będę jak mój ojciec, moja matka” czy: „Moje dzieci są dla mnie najważniejsze, zrobię dla nich wszystko”. To poświęcanie się dla dzieci (kosztem własnym albo  relacji małżeńskiej), staranie by „miały jak najlepiej, inaczej niż ja w dzieciństwie” to próba uleczenia własnej rany. Zamiast celu – wychowania dziecka na odpowiedzialnego, samodzielnego dorosłego, pojawia się cel bycia „dobrym rodzicem”. Wyjście z matni związane jest z wzięciem innego rodzaju odpowiedzialności – zamiast myślenia „tylko ode mnie zależy uratowanie mojego dziecka, jestem za to odpowiedzialna, to dobre dziecko, na pewno się zmieni, jak mu się zapewni odpowiednie warunki” potrzebne jest przyznanie: „Popełniłam błędy, jednak jest to do naprawienia, jeśli przestanę ratować swoje dorosłe dziecko i pozwolę mu doświadczyć pełni negatywnych konsekwencji swych działań”.
 
Jak zawczasu budować zdrowe granice?
Wychowując dziecko, pamiętajmy, że dobra relacja nie zastąpi wychowania. Relacja miłości jest podstawą, na której budujemy zdolność dziecka do odróżniania dobra i zła. Oznacza to niezmienne od wieków zasady: to jest dobro, to jest zło. Jeśli postąpiłeś źle, doświadczysz konsekwencji, nikt cię nie uchroni, nie usprawiedliwi. Uciekłeś z lekcji? Masz nieusprawiedliwione godziny. Dostajesz kieszonkowe – i ma ono wystarczyć też na bułkę w szkole. Jeśli wydałeś wszystko na słodycze – trudno, zabraknie ci na bułkę. To przykłady kształtowania w dzieciach poczucia odpowiedzialności za swoje czyny. Gdy dziecko staje się dorosłe, warto być wsparciem, w  nieszczęściach losowych pomocą, jednak nie osobą utrzymującą młodego dorosłego i ratującą go przed konsekwencjami jego wyborów.
 
Prawdziwa pomoc
Alisson opisuje kolejne kroki niezbędne do tego, by wydobyć się z trudnej sytuacji. Na początku trzeba przestać powtarzać ten sam schemat ratowania dorosłego dziecka. Drugi element to zebranie wsparcia ze strony innych osób mogących w tej sytuacji pomóc: rodziny, przyjaciół (a w poważniejszych przypadkach prawnika, terapeuty). Potrzebne jest też porzucenie usprawiedliwiania się, stanięcie w prawdzie o sobie. Kolejny krok to utworzenie, najlepiej ze wsparciem innych osób, zestawu zasad, do których przestrzegania zobowiązujemy i siebie, i swoje dorosłe dziecko. Muszą tu zostać ujęte punkty dotyczące finansów, np. „nie płacę twoich długów, nie pożyczam, nie żyruję”. Stosowanie tych zasad może być szczególnie trudne, bo będą powracać stare myśli: „Przecież rodzice są od tego, żeby pomagać, przecież widzę, że jest skruszony, na pewno tym razem gdy pomogę, uda się”. Prawdziwa pomoc oznacza pozwolenie, by wreszcie twoje dorosłe dziecko wzięło odpowiedzialność za siebie. To ty potrzebujesz wsparcia i pomocy ze strony osób bliskich, które powiedzą ci w tych trudnych momentach: „To dobra decyzja. Tak trzymaj”. Alisson dodaje też punkt wieńczący całą tę trudną sytuację. Mówi: „powierz to wszystko Bogu”. Bywa tak, że sprawy po ludzku nierozwiązywalne dzięki Bożej pomocy znajdują pozytywny finał, a tak czy inaczej modlitwa pomaga. Pamiętajmy, że dla Alisson Bottke to nie są teoretyczne, akademickie rozważania, lecz jej osobiste doświadczenie i płynące stąd praktyczne wskazówki.
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki