Bóg nie jest własnością narodu. Papieski gest wobec Ameryki w 250-lecie niepodległości

Tytułowy zwrot z roty wierności amerykańskiej fladze zna każdy. Był odpowiedzią na próbę zjednoczenia tworzących Stany Zjednoczone migrantów i przybyszów z różnych stron świata i różnej religii. W 250-lecie USA pytanie jednak, o jakim Bogu mowa, nabiera szczególnego znaczenia.
Czyta się kilka minut
Modlitwa na National Mall w Waszyngtonie podczas emisji nagranego przemówienia Donalda Trumpa. Religijno-patriotyczne zgromadzenie „Rededicate 250” zorganizowano w ramach obchodów 250-lecia niepodległości Stanów Zjednoczonych, USA, 17 maja 2026 r. | fot. Rod Lamkey/AP/East News
Modlitwa na National Mall w Waszyngtonie podczas emisji nagranego przemówienia Donalda Trumpa. Religijno-patriotyczne zgromadzenie „Rededicate 250” zorganizowano w ramach obchodów 250-lecia niepodległości Stanów Zjednoczonych, USA, 17 maja 2026 r. | fot. Rod Lamkey/AP/East News

Zapowiedziana na 4 lipca 2026 roku wizyta papieża Leona XIV na Lampedusie, w dniu amerykańskiego Święta Niepodległości i zarazem w roku 250-lecia Stanów Zjednoczonych, nie jest jedynie duszpasterskim wyjazdem na śródziemnomorską wyspę, nie jest tylko kontynuacją gestu Franciszka z 2013 roku, nie jest nawet wyłącznie przypomnieniem o dramacie migracji, będąc, tak samo jak zdanie w rocie wierności amerykańskiej fladze, deklaracją.

Urodziny na Lampedusie

Pierwszy amerykański papież w historii Kościoła, urodzony w Chicago, wychowany w kulturze, w której religia, patriotyzm, konstytucyjna wolność i publiczny język wiary „od zawsze” pozostają ze sobą w napiętym splocie, 4 lipca nie odwiedzi USA, wybierając miejsce, które stało się jednym z najbardziej bolesnych symboli współczesnej Europy: bramą nadziei dla jednych, grobem dla innych, granicą cywilizacyjnego samozadowolenia Zachodu, przestrzenią w końcu, w której pytanie o człowieka przestaje być abstrakcją, ponieważ przybiera twarz rozbitka, migranta, matki, dziecka, ciała wyłowionego z morza. Watykański program wizyty przewiduje m.in. modlitwę na cmentarzu, złożenie kwiatów na grobach, zatrzymanie przy „Porta d’Europa”, spotkanie z migrantami i mszę świętą. I jest to gest o szczególnej sile właśnie dlatego, że dokonuje się 4 lipca. Tego dnia Ameryka świętuje swoją wolność, swoją konstytucyjną legendę, opowieść o narodzinach nowoczesnej demokracji, a w 2026 roku także ćwierć tysiąclecia własnej państwowości. 

Leon XIV nie neguje tej opowieści, ani nie odmawia wartości doświadczeniu amerykańskiej wolności religijnej, które pozostaje jednym z najcenniejszych wkładów amerykańskiego eksperymentu w historię polityczną Zachodu. Ale właśnie dlatego, że zna tę opowieść od środka, przesuwa akcent tak samo, jak przesuwa językowe granice Watykanu, coraz częściej i chętniej mówiąc oficjalnie po angielsku, pokazując tym samym, że wolność nie może świętować samej siebie, jeśli jednocześnie nie patrzy na tych, którzy są jej pozbawieni. 

Naród nie może dziękować Bogu za własną historię, jeśli nie pyta, co robi z człowiekiem przychodzącym do jego bram, a religijny język demokracji staje się po prostu pusty, jeśli nie prowadzi do miłosierdzia, sprawiedliwości i odpowiedzialności.

 Papież jasno podkreślił to w przesłaniu do rocznika 2026 swojej alma mater Villanowa University pod koniec maja.

Religia obywatelska

To napięcie stało się jednak szczególnie widoczne podczas wydarzenia „Rededicate 250: National Jubilee of Prayer, Praise & Thanksgiving”, zorganizowanego 17 maja 2026 roku w Waszyngtonie w ramach obchodów 250-lecia Stanów Zjednoczonych. Według Agencji Reutersa było to dziewięciogodzinne spotkanie religijno-patriotyczne, wspierane przez administrację prezydenta Donalda Trumpa i przygotowane przez Freedom 250, publiczno-prywatne partnerstwo powołane przy Białym Domu do koordynowania rocznicowych celebracji. W programie wystąpili przede wszystkim liderzy ewangelikalni i konserwatywni katolicy, a w nagraniach wideo pojawili się m.in. wiceprezydent JD Vance, sekretarz stanu Marco Rubio, sekretarz obrony Pete Hegseth i dyrektor wywiadu narodowego Tulsi Gabbard. Krytycy zwracali uwagę, że wydarzenie przedstawiane jako narodowe miało w istocie bardzo określony profil religijno-polityczny i nie obejmowało wielu wspólnot składających się na rzeczywisty krajobraz religijny USA, który jest niezwykle zdywersyfikowany. Nie chodzi jednak o to, by z europejską wyższością pouczać Amerykę, że religia powinna milczeć w przestrzeni publicznej; to byłoby nie tylko intelektualnie płytkie, lecz także niekatolickie. Chrześcijaństwo nie jest prywatnym sentymentem, który można zamknąć w sferze domowej, w niedzielnej liturgii lub w osobistym doświadczeniu duchowym, nie dopuszczając go do rozmowy o prawie, ekonomii, migracji, edukacji, wojnie, pokoju i sprawiedliwości. Katolicka Nauka Społeczna określa dokładne ramy tej dyskusji, a nawet właściwe argumenty. Wiara, jeśli jest prawdziwa, zawsze ma konsekwencje publiczne, ponieważ dotyczy człowieka, a człowiek żyje we wspólnocie. Także wspomniana katolicka nauka społeczna nie powstała po to, by Kościół wycofał się z polityki, lecz, by przypominał polityce, że nie jest absolutem.

Problem zaczyna się tam, gdzie modlitwa przestaje być modlitwą za naród, a zaczyna brzmieć jak liturgia plemienia; gdzie dziękczynienie za historię wspólnoty politycznej zostaje wpisane w logikę partyjnej mobilizacji, a chrześcijaństwo, zamiast oczyszczać politykę z pychy, samo zostaje wciągnięte w mechanikę politycznej identyfikacji. 

Tak jak ma to miejsce w przypadku administracji prezydenta Donalda Trumpa. Wtedy religia nie zostaje wygnana z przestrzeni publicznej, ale – wprost przeciwnie – zostaje do niej wprowadzona z honorami, tyle że w roli, która ją degraduje, bo przestaje już być sumieniem władzy, tylko sztuczną aureolą. Dlatego właśnie niepokój budzi nie sama modlitwa na National Mall, nie pieśni uwielbienia, nie obecność biskupa Roberta Barrona, rabina Meira Soloveichika czy liderów ewangelikalnych, ale polityczna rama wydarzenia, w której religijna symbolika została wpisana w oficjalną celebrację państwową, w zasadzie w kontrze do amerykańskiej Pierwszej Poprawki, a zarazem w ideowy świat jednej tylko strony amerykańskiego konfliktu. Sama Ameryka jest religijnie znacznie bardziej złożona, niż sugerowałby obraz jednolitego chrześcijańskiego narodu, odnawiającego swoje przymierze z Bogiem na starotestamentowy wzór. Według najnowszego Religious Landscape Study Pew Research Center chrześcijanie stanowią 62% dorosłych Amerykanów, co oznacza wyraźny spadek wobec 78% w 2007 roku i 71% w 2014 roku; ewangelikalni protestanci to 23% dorosłej populacji, katolicy 19%, a protestanci głównego nurtu 11%. Ponad jedna czwarta dorosłych Amerykanów nie identyfikuje się dziś z żadną religią, co nie znaczy, że Ameryka stała się krajem bez pytań metafizycznych; oznacza to, że opowieść o niej jako jednorodnym chrześcijańskim organizmie politycznym jest bardziej mitem mobilizacyjnym niż opisem rzeczywistości.

Plemienność kontra powszechność

Właśnie dlatego papież, wybierając Lampedusę na dzień 4 lipca, nie przeciwstawia religii polityce, lecz przeciwstawia Ewangelię jej politycznemu udomowieniu, nie mówiąc, że wiara ma zamilknąć w przestrzeni publicznej, ale raczej, że ma przemawiać tam, gdzie jej głos jest najbardziej niewygodny. Czasem mogą być to gabinety najważniejszych polityków świata, ale zazwyczaj będą to jednak miejsca, w których są potrzebujący i zmarginalizowani. Nie unieważnia tym samym patriotyzmu, lecz przypomina, że patriotyzm bez miłosierdzia łatwo staje się religią samego siebie.

To jedna z najważniejszych lekcji tego pontyfikatu. W epoce, w której jedni chcą wyrzucić Boga z życia publicznego, a drudzy chcą Go zapisać do własnego obozu politycznego, Leon XIV pokazuje trzecią drogę: obecność religii jako wolnego, prorockiego i moralnie zobowiązującego świadectwa w przestrzeni publicznej. 

Bo największym dramatem religii politycznie zinstrumentalizowanej nie jest to, że pomaga politykom, tylko to, że przestaje pomagać ludziom wierzyć. Religijne spotkania w Waszyngtonie służą temu pierwszemu, Lampedusa zaś przypomina, że Ewangelia nie potrzebuje sztandaru, aby być publiczna, chcąc człowieka, któremu opatruje się rany, i odwagi, by powiedzieć każdej wspólnocie politycznej: Bóg nie jest własnością żadnego narodu, żadnego prezydenta, żadnej partii ani nawet najpiękniejszego sztandaru.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 22/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jeden naród pod Bożą opieką