Leon XIV na Lampedusie: Bliźnimi się stajemy

Obecność Leona XIV na Lampedusie była symboliczna i wyrażała to, co napisał w adhortacji o ubogich Dilexi te oraz encyklice Magnifica humanitas – potrzebujący nie jest problemem do rozwiązania, ale człowiekiem obdarzonym godnością jak każdy z nas.
z Lampedusy
Czyta się kilka minut
Papież Leon XIV spotyka się z rodziną migrantów przy symbolicznej Bramie Europy (Porta d’Europa) autorstwa włoskiego artysty Mimmo Paladino podczas jednodniowej wizyty na Lampedusie, 4 lipca 2026 r. | Fot. Tiziana FABI/AFP/East News
Papież Leon XIV spotyka się z rodziną migrantów przy symbolicznej Bramie Europy (Porta d’Europa) autorstwa włoskiego artysty Mimmo Paladino podczas jednodniowej wizyty na Lampedusie, 4 lipca 2026 r. | Fot. Tiziana FABI/AFP/East News

Lampedusa zaczyna się od morza. Od jego koloru, który rano potrafi być jeszcze chłodny i stalowy, a po chwili staje się jasny, niemal przezroczysty. Od zapachu soli, który jest tu wszędzie: na ubraniu, na kamieniach, na łodziach, na małych ulicach prowadzących z portu ku miasteczku. I od szumu fal, który na tej wyspie nie jest tłem, ale pierwszym językiem. Bo morze tu nie jest krajobrazem, ale jest wszystkim, także pamięcią, pracą i domem. I obietnicą, choć bywa także grobem.

Ziemia pośrodku błękitu

Lampedusa nie jest zwykłą wyspą. Widać to, jeszcze zanim człowiek postawi na niej stopę, już w drodze do małego samolotu, do którego wsiada się z lekko drżącymi nogami. W kolejce do wejścia stoją ludzie z różnych części świata. Włosi lecący na wakacje albo do pracy, turyści z plecakami. Ale także wielu ludzi z Afryki, dla których Lampedusa nie jest wakacyjną pocztówką, lecz pierwszym skrawkiem Europy. Wracają na nią, bo w przepełnionym ośrodku przy Contrada Imbriacola wciąż mieszkają ich najbliżsi.

Wyspa jest więc jednym wielkim paradoksem. Z jednej strony: hotele, plaże, ośrodki wypoczynkowe, turystyczny rytm południa Włoch; z drugiej: jeden z najważniejszych i największych w tej części Europy ośrodek dla migrantów, ludzi uratowanych na Morzu Śródziemnym, spośród tych, którym udało się dopłynąć. To też miejsce, w którym spotyka się pamięć o tych, którzy nigdy nie dotarli do brzegu z obietnicą lepszej przyszłości, z tymi, którym się to udało. To tutaj w 2013 roku przyjechał papież Franciszek, zwracając uwagę świata na niewielki skrawek lądu na Morzu Śródziemnym i gdzie trzynaście lat później przyleciał Leon XIV, już nie tylko śladami poprzednika, ale z własnym pytaniem o wolność, odpowiedzialność i granice Europy i świata Zachodu.

Morze granicą i grobem

Na Lampedusie morze jest historią każdej rodziny i każdego człowieka, który na tę wyspę przybył albo który stąd wypłynął. Rybacy znają je inaczej niż turyści, a ci inaczej niż żołnierze, lekarze, wolontariusze i funkcjonariusze Straży Przybrzeżnej. Jeszcze inaczej znają je ci, którzy przez Morze Śródziemne płynęli nocą, w łodziach zbyt małych, słabych i zbyt pełnych, by mogły unieść całą nadzieję, którą im powierzono. W rzeczywistości jest więc Lampedusa jednym z tych miejsc na ziemi, w których historia nagle gęstnieje. To miejsce, gdzie Europa pokazuje jednocześnie swoją obietnicę, granicę i swoje zmęczenie. Pod eleganckimi uśmiechami mieszkańców często bowiem kryje się ukryta frustracja i pytanie: „Ile jeszcze?”.

Program papieskiej wizyty był krótki, ale ułożony z niezwykłą precyzją. Papież przybył na lotnisko Lampedusy, potem udał się na cmentarz, by złożyć kwiaty na grobach migrantów. Następnie zatrzymał się przy Porta d’Europa – Bramie Europy, jednym z najbardziej symbolicznych miejsc wyspy. Pojechał na molo Favaloro, gdzie pobłogosławił tablicę nadającą temu miejscu imię papieża Franciszka i spotkał się z grupą migrantów. Wreszcie odprawił mszę św. na boisku sportowym Arena w lokalizacji Salina; przy ołtarzu ustawiono obraz Madonny z Porto Salvo, patronki Lampedusy; ludzie nie mieścili się na murawie trochę większej niż znane nam z Polski orliki.

Te trzy papieskie godziny na wyspie były jednak bardziej drogą niż ceremonią. Cmentarz, brama, molo, twarze ludzi, Eucharystia. Watykan rozumie siłę znaków. Lampedusa jest miejscem, w którym trzeba stanąć i zobaczyć to wszystko, co się na nią składa. Leon XIV powiedział to zresztą wprost w odpowiedzi na powitanie burmistrza. To jeden z najważniejszych kluczy tej wizyty: „Nie przyszedłem wygłaszać przemówień, ale celebrować Eucharystię”. I dodał, że jest to miejsce, w którym „bardziej niż słowa mówią gesty”.

Papież nie przyjechał na wyspę po to, by dołożyć kolejny komentarz do debaty o migracji ani po to, by zastąpić polityków w ich odpowiedzialności. Stając 4 lipca na krańcu Europy, przypomniał, że chrześcijaństwo nie zaczyna się od abstrakcji, ale od konkretu: twarzy, rany, chleba i obecności. A może przede wszystkim – od decyzji. W homilii Leon XIV sięgnął bowiem po przypowieść o dobrym Samarytaninie. Papież powiedział, że Lampedusa i pobliska, znacznie mniejsza wyspa Linosa, leżą dziś na drodze równie niebezpiecznej jak ta, która schodziła z Jerozolimy do Jerycha. Tam, w Ewangelii, człowiek został napadnięty, pobity, ogołocony i zostawiony półżywy. Tu, na Morzu Śródziemnym, takich ludzi są i były tysiące. Jedni dotarli do brzegu. Innych, mówił papież, „przyjęło morze”. To drugie mocne zdanie tej pielgrzymki: zanim pojawi się jakakolwiek ideologia, jakakolwiek analiza, jakiekolwiek stanowisko polityczne, spotkanie z człowiekiem ogołoconym ze wszystkiego „wzywa do bliskości”. Papież przypomniał istotę przypowieści: „bliźnimi się stajemy”. Dla chrześcijaństwa nie ma przecież drugiego takiego miejsca, jak Morze Śródziemne; tu zaczęło się w końcu spotkanie świata z Bogiem, który stał się człowiekiem, i Jego nauką. W tym miejscu stajemy się bliźnimi nie tylko z innymi, ale także ze Stwórcą.

Papieskie zadanie dla Europy

To zdanie nie pozwala uciec w wygodne formuły. Nie mówi: problemu nie ma, polityka nie jest potrzebna czy granice są nieważne. Zanim bowiem zaczniemy liczyć, porządkować, regulować i spierać się o rozwiązania, nie wolno przestać widzieć człowieka. Migrant nie jest najpierw kategorią administracyjną, ale człowiekiem z krwi i kości, historii oraz imienia.

Lampedusa bardzo dobrze pokazuje dramat współczesnej Europy, bo jest miejscem, w którym nie da się oddzielić geografii od moralności. Można na nią przylecieć na wakacje i patrzeć na morze, myśląc tylko o plaży, odpoczynku, świetle i obiedzie w porcie. I byłoby w tym coś prawdziwego, bo Lampedusa jest po prostu piękna. Ale jednocześnie ta sama wyspa pamięta łodzie, krzyk, ciszę po katastrofach, koce termiczne, twarze ludzi, którzy stracili wszystko, oraz tych, którzy nigdy nie dotarli na brzeg, jak kilkumiesięczny Yusuf, przy grobie którego modlił się papież. I właśnie ten paradoks Leon XIV nazwał bardzo precyzyjnie. Mówił, że kultura gościnności na Lampedusie ma wymiar turystyczny, ale może czuć się zagrożona przez szlaki migracyjne. Dla wielu wakacje są tylko rozrywką, lekkością i beztroską. Wtedy – ostrzegał papież – pojawia się pokusa, by wznieść „niewidzialny mur” między morzem rozbitków a morzem wczasowiczów. A w końcu to jedno i to samo morze.

Papież powiedział, że prawdziwy odpoczynek istnieje tam, gdzie odnajduje się sens życia, a prawdziwy dobrobyt tam, gdzie gospodarka jest sprawiedliwa i braterska. Trudno nie wyczuć tu nawiązania do amerykańskiego święta. Czwarty lipca na tę wizytę nie został w końcu wybrany przypadkiem. Tego dnia Ameryka świętowała 250 lat swojej niepodległości i pierwszy papież z USA mógłby w tym czasie stać w centrum własnej ojczyzny, wśród flag, historii, demokracji i wielkiej opowieści o wolności w Chicago czy Nowym Jorku. Tymczasem wybrał peryferie i wyspę, na której wolność przestaje być wielkim słowem, a zaczyna być pytaniem o decyzję. W homilii papież podkreślił, że miłość zawsze jest związana z wolnością, a wolność realizuje się w decyzjach. Są tacy, którzy wybierają, by stać się bliźnimi, ale są też tacy, którzy wybierają, by bliźnimi się nie stać. I są tacy, którzy wybierają brak decyzji. Papież powiedział mocno, że zmarli w tym morzu są ofiarami zarówno decyzji podjętych, jak i decyzji zaniechanych. Nie ma różnicy.

Katolicka nauka społeczna w praktyce

Leon XIV nie zwolnił z odpowiedzialności ani krajów pochodzenia, ani przemytników, ani instytucji europejskich, ani społeczeństw, które zbyt łatwo chcą „przejść dalej”. Nie oskarżał, wskazując jedynie na skalę problemu. Papieska homilia była raczej próbą przestawienia spojrzenia. Papież dziękował mieszkańcom Lampedusy, wolontariuszom, lekarzom, psychologom, wychowawcom, prezbiterom, siostrom zakonnym, Straży Przybrzeżnej, instytucjom i wszystkim, którzy – wierzący i niewierzący – „wybrali, by kochać razem”. Powiedział o nich, że na Lampedusie „miłość się zorganizowała”; miłość nie jako emocja, slogan, nie jako wzruszenie przed ekranem telewizora. Tylko miłość, która ma dyżury, procedury, telefony, apteczki, koce, posiłki, tłumaczy, lekarzy, miejsce w samochodzie, cierpliwość i zmęczenie, taka miłość, która staje się pracą. I może właśnie ona jest najlepszą, choć i najtrudniejszą odpowiedzią na współczesną dehumanizację?

W najdziwniejszym miejscu z możliwych papież przypomniał też „cywilizację miłości”. Przywołał świętych poprzedników: Jana XXIII, Pawła VI i Jana Pawła II. Przypomniał, że wobec otchłani ludzkiego serca i okropności wojny tylko miłosierdzie potrafi otwierać nowe początki, a cywilizacja miłości nie rodzi się z jednego spektakularnego gestu, ale z sumy małych i wytrwałych wierności, które stawiają tamę odczłowieczeniu. W stylu Leona XIV wizyta na Lampedusie nie była więc wielką manifestacją polityczną a lekcją małych wierności. Papież nie chciał przykryć Lampedusy własną osobą, tylko wydobyć z niej sens.

W tym sensie była to także mocna wizyta europejska. Leon XIV powiedział, że właśnie z tego skrajnego punktu Europy na Morzu Śródziemnym lepiej widać epokowe wezwanie, jakie zjawisko migracji kieruje do społeczeństw europejskich. Europa – mówił – ma wyjątkowy potencjał wynikający z historii, kultury, geografii i instytucji, a więc ma też odpowiedzialność. Powinna łączyć pierwszy ratunek z długofalowym planem: przyjmować, chronić, promować i integrować migrantów, a jednocześnie pracować na rzecz rozwoju, by nikt nie był zmuszony do emigracji. Nie, nie jest to język naiwności. Pomoc doraźna i polityka długiego trwania, godność człowieka i odpowiedzialność instytucji, nawet serce i rozum w tym miejscu po prostu idą w parze.

Koniec i początek

Kiedy opuszcza się Lampedusę, zostaje w człowieku przede wszystkim morze. To samo morze, które rano jest piękne, po południu turkusowe, wieczorem ciemne, nad którym robi się zdjęcia i które karmi tę wyspę. Morze, które przynosi i odbiera życie.

4 lipca 2026 roku, w 250. rocznicę powstania Stanów Zjednoczonych i trzynaście lat po swoim poprzedniku Leon XIV przyjechał na Lampedusę, by powiedzieć, że wolność bez odpowiedzialności staje się pusta, a odpowiedzialność bez miłosierdzia – zimna. Przypominając, że Europa nie zaczyna się ani od tego morza, ani od procedur, choć ich potrzebuje, ani od granic, choć musi o nich myśleć. Kontynent, który dla tak wielu jest wymarzoną przyszłością, zaczyna się bowiem od pytania, które Samarytanin zadał nie słowami, ale gestem: czy potrafię zatrzymać się przy człowieku, który leży przy drodze? Na Lampedusie tą drogą jest morze. Ale Lampedusa na morzu się nie kończy, granicą tej wyspy jest bowiem pytanie o serce.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Bliźnimi się stajemy