Muzyka niewygładzona

Suka biłgorajska to instrument brzmiący niemal jak legenda. Przez długi czas pozostawał właściwie martwy, dziś kojarzony jest głównie z działalnością Marii Pomianowskiej, która umiejętnie tworzy pomost między tym, co było, a tym, co jest.
Czyta się kilka minut
fot. Materiały prasowe
fot. Materiały prasowe

Muzyka ludowa przez długi czas funkcjonowała na marginesie tego, co przywykliśmy nazywać „kulturą wysoką” – elitarną, pozłacaną, zrozumiałą tylko dla wybranych. Była zbyt surowa, zbyt blisko ziemi. Oczywiście w żadnym stopniu nie pozbawia to jej wartości. Chodzi mi raczej o nakreślenie jej miejsca i wskazanie, że tam, gdzie naturalnie występowała, docierało niewielu, choć w moim odczuciu – trafić powinni tam wszyscy, bo tam właśnie wszystko się zaczęło. Muzyka bliska codzienności, a co tym idzie – autentyczności, za którą w dzisiejszych czasach pogoń zdaje się nie ustawać. Nie ustają też pytania o to, czym ona tak naprawdę jest, co znaczy? Celem tych rozważań jest dotarcie do źródła, a źródłem – folklor. Nie ten rozpatrywany w kategoriach muzealnego eksponatu, który podziwiać należy w zadumie, ciszy i bawełnianych kapciach, ale ten, który jest wciąż żywy, i który odtwarzany i przetwarzany staje się połączeniem między tym, co było, a tym, co jest. Trudno znaleźć w Polsce artystkę, która od lat tworzyłaby te połączenia z większą konsekwencją, niż robi to Maria Pomianowska.

Cierpliwość wobec dźwięku

Wiolonczelistka z klasycznym wykształceniem, doktorka sztuk muzycznych, badaczka tradycji muzycznych Azji i Europy, uczennica mistrzów hindustańskiej muzyki, założycielka zespołów Raga Sangit i Zespół Polski oraz pedagożka krakowskiej Akademii Muzycznej. Od lat obraca się w tej przestrzeni polskiej kultury, która wydarza się gdzieś pomiędzy rekonstrukcją a ponownym wymyślaniem tradycji. Nie interesuje jej jednak ludowość „cepeliowa”, zamknięta w estetycznym kostiumie, który chowa się na dnie drewnianego kufra z ciężkim wiekiem. Znacznie bliżej jej do myślenia o muzyce tradycyjnej jako o żywym organizmie i czymś, co można rozwijać, przepuszczać przez własną wrażliwość i konfrontować z innymi kulturami świata.

Jest w jej działalności coś, co niełatwo dziś spotkać nawet w świecie muzyki klasycznej – pewien rodzaj… cierpliwości wobec dźwięku. W epoce natychmiastowej gratyfikacji i ułamków sekund, które decydują o tym, co jest dla nas interesujące, Pomianowska robi coś odwrotnego: zwalnia i uważnie słucha, słucha bez pośpiechu i słucha długo. Szuka źródeł, porównuje techniki wykonawcze, rekonstruuje zapomniane sposoby gry, nie zamykając się jednocześnie w sterylnym, etnograficznym laboratorium. Równie dużo uwagi poświęca tradycjom polskim, co muzyce Indii, Japonii, Korei czy Bliskiego Wschodu. Nie kolekcjonuje i nie „podbiera” brzmienia z innych kultur, ale podejmuje próby odnalezienia wspólnego języka emocji, ukrytego w różnych tradycjach muzycznych świata.

Instrument jak legenda

W centrum tej opowieści od lat znajduje się suka biłgorajska – instrument brzmiący niemal jak legenda. Dziś kojarzony głównie z działalnością Pomianowskiej, przez długi czas pozostawał właściwie martwy: zachowały się pojedyncze opisy, ikonografia i wspomnienia etnografów. W 1994 roku artystka wraz z prof. Ewą Dahlig-Turek (w której zajęciach miałam ogromną przyjemność brać udział, studiując muzykologię na poznańskim UAM) i lutnikiem Andrzejem Kuczkowskim podjęła próbę rekonstrukcji suki biłgorajskiej oraz fideli płockiej i właśnie słowo „próba” wydaje się tutaj najważniejsze. Bo Pomianowska nigdy nie obiecywała, że da radę odtworzyć dawny świat dźwiękowy. Jak sama powtarza: „mamy dziś inne drewno, inne powietrze, inne oczekiwania ludzi” i być może właśnie dlatego jej działalność jest czymś znacznie ciekawszym niż rekonstrukcja historyczna. To raczej tworzenie alternatywnej historii polskiej muzyki – takiej, w której kultura ludowa nie stoi w opozycji, ale niemal równolegle, ramię w ramię.

Sama suka biłgorajska brzmi zresztą niezwykle – słuchali jej kiedyś Państwo? Surowo, chropowato, momentami niemal zawodząco, a jednocześnie niesamowicie… kojąco, ciepło, czule. Gra się na niej techniką paznokciową, dotykając strun nie opuszkami palców, ale paznokciami właśnie, co nadaje dźwiękowi charakterystyczną szorstkość i napięcie. Jest w tym brzmieniu coś archaicznego i współczesnego jednocześnie, coś, co wprawia nas w trans i sprawia, że nie chcemy, by kiedykolwiek dobiegł końca. Trans to zresztą utwór otwierający płytę Solo Suka, która ukazała się 14 kwietnia tego roku i stała się przyczynkiem do tego tekstu. Całość znajdą Państwo na jednym z najbardziej popularnych serwisów streamingowych i bardzo, bardzo polecam spotkać się choć z kilkoma wybranymi utworami. Nie ma tu monumentalnych aranżacji, etnicznego przepychu ani folklorystycznej dekoracyjności, z którą często kojarzy się muzykę inspirowaną tradycją. Już same zwięzłe tytuły utworów – Dotyk, Nadzieja, Przemijanie, Modlitwa czy Tęsknota sugerują, że mamy do czynienia raczej z intymnym dziennikiem niż kolekcją efektownych miniatur.

Zmysłowe i ludzkie

Kiedy już się człowiek w nią wsłucha, zrozumie, dlaczego instrument ten przez lata budził tak duże zainteresowanie badaczy i muzyków. W jego brzmieniu nie ma nic z elegancji skrzypiec, do których przywykło nasze stroniące od dyskomfortu, współczesne ucho. Suka nie prowadzi melodii w sposób gładki i nieskazitelny, jej dźwięk jest szorstki, chwilami płaczliwy, pełen mikrodrgań i napięć. A jednak właśnie ta niedoskonałość okazała się – przynajmniej dla mnie – najbardziej fascynująca. Słuchając jej, można odnieść wrażenie obcowania z muzyką bardziej pierwotną – taką, która nie została jeszcze wygładzona przez koncertowe sale i akademickie normy wykonawcze. Artystka rozumiejąc doskonale istotę tego potencjału, pozwala wybrzmieć temu, co w tym instrumencie najbardziej surowe, niepokojące i co za tym idzie – ludzkie.

Pomianowska pozwala temu instrumentowi mówić. Czasem szeptem, czasem agresywnym szarpnięciem smyczka, a czasem dźwiękiem tak cienkim i napiętym, jakby każda ze strun miała za chwilę pęknąć. Myślę, że między innymi właśnie dzięki temu Solo Suka jest płytą bardzo zakorzenioną w zmysłowym odbieraniu świata – słychać i czuć w niej drewno, struny, oddech, ruch ręki. Muzyka nie brzmi tutaj jak obiekt poddany konserwacji, ale jak coś kruchego, podatnego na dotyk, węch i smak. Niektóre frazy brzmią niemal minimalistycznie, inne przywołują skojarzenia z muzyką improwizowaną i ambientową. Myślę, że dzięki temu album może zadziałać również i na tych ze słuchaczy, którzy z muzyką tradycyjną nie mieli wcześniej niemal żadnego kontaktu. Nie wymaga kompetencji etnografa, muzykologa ani innego wysmakowanego w niuansach melomana – wymaga jedynie gotowości do otworzenia się na dźwięk, który nie zawsze chce być „ładny”.

Album Pomianowskiej przypomina, że tradycja nie musi być pomnikiem zamkniętym za kuloodpornym szkłem i opatrzonym hermetycznym, akademickim komentarzem. Może być doświadczeniem żywym, intymnym i głęboko ludzkim. Czy od muzyki potrzebujemy czegoś więcej?

 

Solo Suka

Maria Pomianowska

Soliton 2026

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 22/2026