Logo Przewdonik Katolicki

Profilaktyka czy seksedukacja?

Dorota Niedźwiecka

Do sierpnia Ministerstwo Zdrowia zdecydowało stworzyć program dotyczący tzw. zdrowia prokreacyjnego. To krok, który daje możliwość wprowadzenia zachodnich modeli edukacji seksualnej do polskich liceów.

Zajęcia wychowania do życia w rodzinie, których program z dużą troską udało się wprowadzić kilkanaście lat temu środowiskom prorodzinnym, zapewniają zdrowe, pozbawione epatowania treściami pornograficznymi wychowanie naszych dzieci i młodzieży w szkołach. Projekty lekcji przygotowywano z dużą pieczołowitością: specjaliści pisali konspekty i z uważnością dyskutowali nad ich szczegółami. Zadbano o skonstruowanie prawa tak, by – gdyby prowadzący lekcję poprowadziłby ją w sposób epatujący erotycznymi treściami – w miarę łatwo można było zrezygnować z jego usług.
Rządzący właśnie wrócili do tematu. Tym razem nie w Ministerstwie Edukacji, lecz w Ministerstwie Zdrowia, które rozpisało „Konkurs ofert na organizację konferencji i spotkań edukacyjnych popularyzujących wiedzę na temat zdrowia prokreacyjnego – edukacja młodzieży w szkołach”, w wyniku którego w szkołach ponadgimnazjalnych ma pojawić się 30–40 dodatkowych lekcji. Program wzbudza niepokój organizacji prorodzinnych, ponieważ de facto będzie dotyczył wychowania seksualnego młodych ludzi i jest skonstruowany tak, że daje konkretne możliwości wprowadzania takiej edukacji seksualnej, która nie służy młodym ludziom.
 
Pranie mózgu
„Czy to możliwe, że Twoja heteroseksualność to tylko faza, którą uda Ci się przemóc?” – pytali autorzy ankiety, przeprowadzanej podczas zajęć w niemieckiej szkole. We wszystkich dwunastu pytaniach ankiety wyraźnie podważają naturalność związku kobiety i mężczyzny. Na Zachodzie od lat obserwujemy, jak dzieciom i młodzieży w szkołach prezentuje się instruktaże czynności seksualnych – na które ich psychika nie jest gotowa. Wykorzystuje się pluszowe modele narządów płciowych, by podczas zajęć zaprezentować szczegółowo, jak przebiega stosunek seksualny (np. w Kanadzie). Zachęca się dzieci do masturbacji (np. w Niemczech). Traktuje się seksualność człowieka jako obszar zabawy i eksperymentu.
– Prezentowanie instruktaży, na które psychika młodego człowieka nie jest gotowa, bardzo szkodzi – mówi dr Leszek Putyński, psycholog kliniczny i rzeczoznawca MEN w zakresie przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie”. –  Treści z pogranicza pornografii są imprintowane, czyli wdrukowywane do jego mózgu wraz z ujęciem, w którym je poznał: czy to pełnym szacunku, czy wulgarnym, prostackim, rozrywkowym. Tak będzie je kojarzył w życiu dorosłym. A to utrudni lub nawet uniemożliwi podejmowanie ról małżonka czy rodzica.
 
Rama do treści
– Według wytycznych Ministerstwa Zdrowia każdy, kto ma wiedzę o zdrowiu prokreacyjnym, może ją młodzieży przekazywać – kontynuuje dr Putyński. Bez określenia wartości, strony merytorycznej, zasad zdroworozsądkowych. Już to przechodziliśmy. I były w polskiej szkole zajęcia prowadzone przez osoby homoseksualne – parę lat temu w Krakowie. I było naciąganie prezerwatywy na fantomy członka – jakiś czas temu w Łodzi.
Wytyczne projektu Ministerstwa Zdrowia bardzo niepokoją także Pawła Kwaśniaka, prezesa Fundacji Centrum Inicjatyw dla Życia i Rodziny, i Magdalenę Trojanowską, prezes Stowarzyszenia Rodzice Chronią Dzieci i współinicjatorkę społecznego ruchu rodziców „Stop seksualizacji naszych dzieci”. Są napisane z wykorzystaniem tak nieprecyzyjnych pojęć – że wykonujący zlecenie może go wypełnić dowolnymi treściami: od sprzyjających dojrzewaniu do życia w rodzinie po uniemożliwiające je.  
– Liczyliśmy, że obecna władza podejmie zdecydowane działania chroniące dzieci i młodzież przed seksualizacją, a także zrezygnuje z politycznie poprawnej nowomowy, stosowanej przez środowiska lewicowo-liberalne i feministyczne – mówi Paweł Kwaśniak, który przez wiele lat działał czynnie w polityce, zajmując się m.in. promocją rodzin, a prywatnie jest ojcem trzech córek. – Tymczasem wchodzi ona w narrację, stosowaną przez środowiska deprawujące dzieci i młodzież.
 
Rozwiązanie już jest
– Temat zdrowia prokreacyjnego jest wyraźnie zaakcentowany w programie i podręcznikach do wychowania do życia w rodzinie (WDŻ) – mówi Teresa Król, wykładowca, konsultant i wychowania do życia w rodzinie, która od 30 lat zajmuje się szkoleniem nauczycieli tego przedmiotu. Nie rozumie ona, dlaczego wprowadza się kolejne lekcje. Pani Król w zeszłym roku była konsultantem w zespole ds. zdrowia prokreacyjnego przy ministrze zdrowia. – Jeśli ministerstwo uważa, że dodatkowe treści są potrzebne młodzieży, mogłoby je wprowadzić efektywniej. Zamiast tworzyć nowe zajęcia za niebagatelną sumę 9 mln zł na trzy lata, mogłoby przekazać odpowiednie pomoce multimedialne i materiały nauczycielom WDŻ, którzy wykorzystaliby je na swoich lekcjach.
W takim wypadku mielibyśmy niemal pewność, że są one realizowane w sposób fachowy i służący młodemu człowiekowi. Nauczyciele WDŻ mają od 250 do 350 godzin studiów podyplomowych dotyczących wychowywania prorodzinnego i seksualnego w nurcie światopoglądowym, który integruje seksualność życiem małżeńskim i rodzinnym. W Polsce funkcjonują jasno sprecyzowane przepisy dotyczące nauczycieli WDŻ, dające rodzicom prawo poznania programów i podręczników tego przedmiotu. Rodzice mają możliwość rezygnacji, gdyby nauczyciel przekazywał treści szkodzące uczniom. Powierzenie przez Ministerstwo Zdrowia nauczycielom WDŻ prowadzenia zajęć gwarantowałoby, że ktoś z zewnątrz (projekt przewiduje do realizacji „tutorów” o nieokreślonym nurcie światopoglądowym) nie zmieni założeń wychowawczych, wypracowanych przez środowiska prorodzinne w ciągu ostatnich dwudziestu lat.
 
Niedoinformowanie
Projekt jest organizowany na dużą skalę: obecnie w Polsce działa ponad 6 tys. szkół ponadgimnazjalnych, a 30–40 lekcji zaplanowano w każdej z nich. Potrzeba więc będzie co najmniej 4 tys. osób, które ten program zrealizują. W Polsce nie ma organizacji współpracującej z tak dużą liczbą sprawdzonych specjalistów od zagadnień prokreacyjno-wychowawczych. Stąd przewidywanie, że przynajmniej część stanowisk zostanie obsadzona osobami niekompetentnymi lub niesprawdzonymi.
Uzasadnione wątpliwości wzbudzają krótkie terminy realizacji i sposób organizacji  konkursu. – Wdrożenie dodatkowych zajęć nie było konsultowane ani z rodzicami, ani z nauczycielami WDŻ, dyrektorami szkół czy resortem MEN – mówi Magdalena Trojanowska, prezes stowarzyszenia, które od kilku lat monitoruje działania organizacji światowych i władz polskich m.in. w obszarze edukacji seksualnej.
Scenariusze zajęć ma przygotować zaledwie od dwóch lat istniejący na rynku podmiot – Fundacja Instytut Rozwoju Nauk o Zdrowiu i Usług Medycznych „Pro Longa Vita” do początku kwietnia. Dostała bardzo krótki termin.
– Również do początku kwietnia swoje oferty składają organizacje, które chcą wprowadzać program w szkołach – wyjaśnia Teresa Król, zwracając uwagę na kolejny problem. – Dochodzi do sytuacji, w której realizator zadania nie wie, co będzie realizował: czy scenariusze będą promowały podejście prorodzinne czy seksualizujące, in vitro czy naprotechnologię, czy mówiąc o niepłodności, będą mówić otwarcie np. o tym, że w 30 proc. przypadków powoduje ją aborcja pierwszej ciąży? Ponadto konkurs jest tak sformułowany, że z usług wygrywającego oferenta nie będzie można zrezygnować.
 
Otwarta furtka
– To, co osiągnęliśmy, sprzeciwiając się PO, która chciała stworzyć program tzw. alternatywnej edukacji seksualnej, może być wprowadzone teraz, za rządów PiS, pod szyldem rozpoczętego w 2016 r. Narodowego Programu Zdrowia – uczula Magdalena Trojanowska. – Na Zachodzie tego typu programy są wykorzystywane do promowania homoseksualizmu. Zajęcia z przeciwdziałania HIV, antykoncepcji, zdrowia reprodukcyjnego są tymi, na których dzieci w bezpruderyjny sposób są „uświadamiane” i podczas których przekazuje im się swobodnie spojrzenie ideologiczne na seksualność człowieka, którego byśmy sobie nie życzyli.
Gdy weźmiemy pod uwagę, w jaki sposób w Europie były wprowadzane prawa dotyczące np. małżeństw homoseksualnych i jak wykorzystywane były do tego precedensy, nasuwa się dość nieprzyjemny wniosek: poprzez omawiany projekt tworzy się precedens wchodzenia na teren placówki edukacyjnej organizacji, z pominięciem wszelkich zabezpieczających interesy dzieci i rodziców procedur. Precedens będzie polegał na wpuszczeniu do szkół poza kontrolą Ministerstwa Edukacji organizacji z zajęciami, które nie przeszły żadnego procesu ewaluacyjnego, których treści nie znamy ani nie wiemy, jaki światopogląd będą prezentowały. Przyjmując, że partia rządząca obecnie, decydując się na takie rozpisanie konkursu, ma czyste intencje – i tak konkurs podobny jest do otwartej dla niepożądanych gości furtki. Stwarza realną możliwość, że kolejne partie rządzące wykorzystają go do wypełnienia przez własne, seksualizujące dzieci i młodzież treści.



Co może robić rodzic, aby zapewnić dziecku bezpieczeństwo w wychowaniu seksualnym?
– złożyć u wychowawcy klasy oświadczenie, że nie życzy sobie, by dziecko uczestniczyło w jakichkolwiek nieuzgodnionych z nim zajęciach dodatkowych. Wzór na www.stop-seksualizacji.pl w zakładce „do pobrania”.
– zaangażować się w radę rodziców i w niej kontrolować programy i scenariusze zajęć, które są prowadzone szkole;
– zaskarżyć niepożądane działanie nauczyciela do dyrektora, dyrektora do kuratora
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki