Logo Przewdonik Katolicki

Brawo ja

Bogna Białecka

„Uwierz w siebie, zaufaj sobie, pokochaj siebie” – to jedne z najczęstszych rad psychologicznych poradników. Problem polega na tym, że opacznie zrozumiane zaprowadzą nas donikąd.

Jednym z problemów osób uzależnionych, a także doświadczających różnych zaburzeń psychicznych jest głęboko zakorzenione poczucie, że są bezwartościowe i niezdolne do pokonywania przeciwności życiowych. Przy czym ważna uwaga: nie mówimy tutaj o ciężkiej depresji bezwarunkowo wymagającej leczenia. Z obserwacji tych problemów ujawniających się w dorosłości bierze się zalecenie, by kształtować w dzieciach poczucie własnej wartości, wiarę we własne siły itp. Co to konkretnie znaczy?
 
Jestem, jaki jestem
Od czego zależy poczucie własnej wartości? Wydawałoby się, że to proste. Chodzi o poczucie: jestem wartościowy taki, jaki jestem. Jednak skąd to przekonanie się bierze? Podstawowy przekaz skierowany do rodziców jest następujący: jeśli dziecko doświadcza bezwarunkowej miłości, będzie miało w dorosłości dobrze ukształtowane poczucie własnej wartości. To jest niestety uproszczenie. Gdyby tak było, mielibyśmy świat składający się z samych wspaniałych, emanujących pewnością siebie ludzi, właśnie dlatego, że poza sytuacjami patologicznymi rodzice kochają swoje dzieci i okazują tę miłość. Na fundament miłości rodzicielskiej nakłada się wiele czynników, które kształtują dorosły obraz samego siebie. Nie wystarcza powiedzenie sobie: jestem wspaniały taki, jaki jestem, bo konfrontacja z rzeczywistością modyfikuje to przekonanie.
Po pierwsze – to sprawa stosunków społecznych: jakie są moje relacje z innymi osobami? Czy mam przyjaciół, którzy mnie akceptują z moimi wadami i zaletami? Czy mam w otoczeniu osoby, które zwyczajnie mnie lubią, szanują lub przynajmniej uznają moje kompetencje? To ważny sygnał, przy czym obowiązuje tu zasada złotego środka. Istnieją osoby w ogóle niewiążące przekonania o własnej wartości z jakością relacji z innymi ludźmi. Jest to zaburzenie zwane psychopatią. Dla psychopaty nie jest istotne, co myślą, czują inne osoby, traktuje innych ludzi przedmiotowo, do zaspokojenia własnych potrzeb. Drugą skrajnością jest opieranie poczucia własnej wartości całkowicie na zdaniu innych osób. Łączą się z tym nierealistyczne oczekiwania, by wszyscy ludzie nas lubili, wręcz kochali. Większość działań opiera się więc na próbach uzyskania cudzej akceptacji. To też patologia.
Drugi czynnik kształtujący obraz samego siebie to własne kompetencje – zwłaszcza poczucie, że mam wpływ na swój los. Opisuje to szczegółowo wypracowana już ponad 50 lat temu koncepcja wyuczonej bezradności. Zajmowali się nią tacy badacze, jak np. Martin Seligman. Odkrył on, że w sytuacji gdy ktoś przez długi czas narażony jest na szkodliwe, nieprzyjemne sytuacje, w których nie ma możliwości ucieczki lub których nie da się uniknąć, zaczyna mieć poczucie zewnątrzsterowności – czyli przekonania, że obojętnie co zrobi, nie ma wpływu na własny los.
Gdy człowiek (szczególnie w okresie dorastania) z jednej strony ma słabe wsparcie społeczne, a z drugiej strony często znajduje się w sytuacji trudnej, z którą nie potrafi sobie poradzić, bardzo często zaczyna sięgać po używki dające chwilową ulgę w napięciu. To z kolei prowadzi do uzależnień, a w rezultacie wzmacnia poczucie: „Jestem do niczego” – właśnie przez to, że jakiekolwiek próby spięcia siły woli i oderwania się od uzależnienia spełzają na niczym.
 
Talent czy praca?
Jeżeli chodzi o wychowywanie dzieci, to poza rzeczą oczywistą – czyli częstym okazywaniem miłości – powinniśmy pomagać dziecku budować siłę charakteru. Aby poradzić sobie z trudnymi sytuacjami, potrzebne mu będą z jednej strony umiejętności zdrowego rozładowywania stresów i napięć: sport, wysiłek fizyczny, rozmowy, relaks, sen itp. Z drugiej strony niezbędne jest ćwiczenie wytrwałości. Oznacza to na przykład uczenie realizowania zadań do końca (oczywiście odpowiednich do wieku). Dzieci mają tendencję, by porzucać jakieś zadanie, jeśli nie potrafią go wykonać natychmiast i łatwo. Dopiero muszą się nauczyć zasady, że trening czyni mistrza, że zmaganie się z własną słabością, lenistwem czy niewiarą w swe siły są konieczne, by odnieść sukces. Doskonale to widać przy nauce gry na instrumencie. Pierwsza fascynacja wywołana wydawaniem dźwięków zmienia się w frustrację spowodowaną tym, że gra nie wychodzi, a na końcu odkryciem, że regularne ćwiczenie daje efekt w postaci płynnego wykonywania utworu.
Duże znaczenie ma tutaj sposób formułowania pochwał. Gdy chwalimy dziecko za talenty czy cechy – np. „Masz talent muzyczny, ślicznie grasz” lub „Jesteś taka inteligentna” – dziecko porażkę uznaje za dowód na swój brak wartości. Gdy chwalimy za włożoną pracę, wysiłek: „Pięknie wykonujesz ten utwór, widzę, że dużo ćwiczyłeś” lub „Widzę, że opanowałaś doskonale materiał, nie popełniłaś żadnego błędu” – uczymy dziecko wiązania sukcesu ze swoim sposobem działania. Co ciekawe, pozytywny wpływ chwalenia dziecka za wysiłek i rezultaty zamiast „za talent” jest potwierdzony badaniami naukowymi. Zatem: jeśli chcemy w dziecku budować poczucie własnej wartości, okazujmy miłość, stawiajmy wymagania, chwalmy za włożony wysiłek oraz wytrwałość.
 
Krok w dobrym kierunku
Gdy wiemy, skąd się wziął w dorosłym życiu brak poczucia wartości, staje się oczywiste, że większość oferowanych „cudownych sposobów” nie będzie działać. Przykładem jest koncepcja myślenia pozytywnego, czyli założenie, że sposób myślenia kształtuje rzeczywistość. Nawet jeśli będziesz powtarzać co dzień setki autoafirmacji: „Jestem cudowny, jestem genialny” itp., to w głębi duszy i tak wiesz, że to nieprawda. Niestety, jedynym sposobem na to jest ciężka praca – odkrycie, skąd ten brak wiary we własną wartość się wziął, zaakceptowanie rzeczywistości, przebaczenie osobom, które się do tego przyczyniły, i praca nad sobą. Najczęściej wymaga to pomocy terapeuty.
W sytuacji gdy niskie poczucie własnej wartości jest umiarkowane, nie doskwiera na tyle, by podejmować terapię, pomóc może zmiana punktu koncentracji uwagi. Badania Martina Seligmana pokazały na przykład, że gdy człowiek przestaje koncentrować się na tym, czego mu brakuje, a poświęca codziennie dłuższą chwilę na wyrażanie wdzięczności za dobre rzeczy, których tego dnia doświadczył – poprawia się jego poczucie szczęścia.
Poczucie zadowolenia z życia, z samego siebie zwiększa się też, gdy przestajemy się koncentrować na sobie, a w zamian zaczynamy czynić dobro. Innymi słowy – to kwestia zaakceptowania rzeczywistości: faktu, że nie jestem doskonałością, jednak mogę zrobić coś dobrego. Oczywiście nie chodzi tu o próbę uszczęśliwiania innych na siłę, by sobie poprawić samoocenę.
Ostatni istotny element to uświadomienie sobie konieczności pracy nad sobą. Zbyt często próba akceptacji siebie w formule: jestem super taki, jaki jestem, w rezultacie powoduje narcystyczną koncentrację na samym sobie i rezygnację z pracy nad sobą. A przecież tak naprawdę chodzi o to, by stawać się coraz lepszym człowiekiem, niezależnie od początkowego obrazu samego siebie. W gruncie rzeczy najzdrowszy obraz samego siebie daje nam chrześcijaństwo. Moja wartość wynika z bycia stworzonym na obraz i podobieństwo Boga. Ta doskonała natura została skażona skutkami grzechu pierworodnego w postaci podatności do czynienia zła, jednak dzięki łasce uświęcającej, łasce uczynkowej i pracy nad sobą mogę tę naturę prowadzić w kierunku świętości. I tego dla mnie pragnie Bóg. Cóż może bardziej nas podbudowywać niż świadomość, że sam Pan Bóg nas kocha?
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki