Logo Przewdonik Katolicki

Ryzykowne praktyki

Bogna Białecka

Ostrzegając nastolatka przez niebezpieczeństwami, lepiej pokazywać to co dobre, budować na wartościach. Wbrew pozorom młodzi ludzie zadają sobie pytania o cel i sens życia.

Każdy rodzic z niepokojem obserwuje swoje nastoletnie dziecko. Zdajemy sobie sprawę, że nastolatki mają tendencję do podejmowania pochopnych decyzji, które potem mają wpływ na resztę ich życia. Czy nasze dziecko nie zrobi za namową kolegów głupoty? Może zacznie sięgać po alkohol, papierosy, narkotyki lub dopalacze? Te obawy są zrozumiałe, biorąc pod uwagę dostępność szkodliwych substancji. Pytanie brzmi: jak pomóc dzieciom się przed tym uchronić? Czasem jednak chęć ochrony dziecka może niestety przybrać formę karykaturalną i przynoszącą odwrotny skutek.
 
Rodzic jak helikopter                                                       
Rodzice powinni bronić się przed skrajnościami. Pierwszą z nich jest nadopiekuńczość. Amerykanie używają określenia „helikopterowi rodzice”. Metafora ma początek w książce dr. Haima Ginotta Between Parent & Teenager („Matka unosi się nade mną niczym helikopter”). Jest to sytuacja, gdy rodzice ingerują właściwie w każde działanie dziecka. Nastolatek jest wyręczany w wielu zadaniach, z którymi spokojnie byłby sobie w stanie poradzić, a jego czas wypełniony jest wieloma zajęciami dodatkowymi. Dziecko jest też nieustannie kontrolowane, monitorowane za pomocą, jak to określił prof. Richard Mullendore, „najdłuższej pępowiny świata”, czyli telefonu komórkowego.  Podstawowym celem „helikopterowych” rodziców jest zapewnienie maksymalnie dobrych warunków do rozwoju dziecka, a jednocześnie kontrola, czy ktoś nie ma na nie złego wpływu. Dorastające dzieci odbierają to jak przebywanie w złotej klatce. Czują się skrępowane jedwabnymi kajdanami i właśnie tym chętniej w sekrecie sięgają np. po niedozwolone substancje – by zyskać poczucie decyzyjności („mam coś własnego, co jest sekretem przed rodzicami”). Nadmierna opiekuńczość nie musi być wynikiem obsesji rodziców czy despotyzmu. Najczęściej wypływa z autentycznej miłości i pragnienia jak najlepszej przyszłości dla dzieci, podsycanego lękami, często pochodzącymi z lektury sensacyjnych doniesień prasowych.
Druga skrajność to chowanie głowy w piasek. Rodzic generalnie unika informacji o tym, co się dzieje z dzieckiem – czy to w szkole, czy w gronie przyjaciół. Poprzestaje na zdawkowych zapewnieniach, że wszystko jest OK. W sytuacji konfrontacji z wychowawcami, gdy nastoletnie dziecko zrobi coś złego, upiera się: „Znam swojego syna, ufam mu, wiem że to nieprawda”.
Podstawowym zadaniem rodziców jest zatem znalezienie złotego środka, recepty na to, jak mieć wpływ na decyzje dziecka, lecz bez wywoływania poczucia, że siedzi mu się na plecach i obserwuje każdy jego ruch.
 
Z dźwignią łatwiej
Jedną z przyczyn porażek „helikopterowych” rodziców jest fakt, że tak naprawdę nikt z nas nie jest w stanie w stu procentach kontrolować drugiej osoby. Dzieci nadopiekuńczych rodziców i tak znajdują lukę w sieci kontroli. Dlatego potrzebne są nam optymalne metody wychowawcze, innymi słowy dźwignie. Zasada dźwigni mówi, że o ile znajdziemy odpowiedni punkt podparcia, niewielką siłą można unieść nawet bardzo duży ciężar – taki, który bez dźwigni byłby niemożliwy do udźwignięcia.
Z jakich dźwigni możemy korzystać? Badania prowadzone w Polsce przez Instytut Profilaktyki Zintegrowanej dają nam doskonałe wskazówki. Opublikowane niedawno „Vademecum skutecznej profilaktyki problemów młodzieży” skierowane jest co prawda głównie do wychowawców i samorządów, jednak zawiera cenne wskazówki także dla rodziców nastolatków. Badania pokazują przede wszystkim, że zachowania ryzykowne „chodzą stadami”. Nie jest tak, że ktoś pali papierosy, nigdy nie sięgnie po alkohol, narkotyki, dopalacze itp. Czasami programy przeciwdziałania jakiemuś uzależnieniu mogą wręcz dziecko zachęcić do eksperymentów z innymi substancjami. Na przykład akcja antynarkotykowa może mieć niezamierzony skutek polegający na tym, że dziecko sięgnie po dopalacze („bo to przecież nie narkotyk”). Teoretycznie trzeba by dzieci wyedukować co do szkodliwości wszystkich zachowań ryzykownych. Jednak wtedy zaczynamy przekazywać im wizję rzeczywistości ciemnej i ponurej, w której czyhają same zagrożenia.
Dlatego podstawową dźwignią jest kierowanie uwagi nastolatków na to, co dobre, budowanie na wartościach i marzeniach młodzieży. W okresie dojrzewania, u progu podróży w dorosłość, nastolatkowie zadają sobie pytanie o cel i sens życia. Mają marzenia, głęboko zakorzenione pragnienia, w których potrafią znaleźć źródło bardzo silnych, pozytywnych motywacji, dających energię do rozwoju, nauki, przezwyciężania przeszkód.
 
Budujmy na marzeniach
Wnioski Instytutu Profilaktyki Zintegrowanej są jednoznaczne: podstawą efektywnego przeciwdziałania zachowaniom ryzykownym jest odwołanie do dążeń serca, dziedzictwa duchowego. Nastolatek potrzebuje odpowiedzieć sobie na pytania, jako kto podróżuje przez życie (poziom tożsamości, godności, przynależności), a także co jest dobre i co jest ważne (poziom wartości i sumienia). Dopiero na tym budowane są przekonania, odczucia (poziom uczuć). Zwieńczeniem piramidy jest poziom wiedzy i umiejętności (wiedza o szkodliwości substancji psychoaktywnych i umiejętność odmowy). Sama wiedza np. o szkodliwości papierosów i przećwiczenie umiejętności mówienia „nie” nic nie da, jeśli palenie papierosa daje młodemu człowiekowi poczucie niezależności (poziom uczuć) lub wręcz jest związane z wizją siebie jako osoby twardej i silnej (poziom tożsamości).
W tym momencie dochodzimy do miejsca, gdzie ponoszą klęskę rodzice „helikopterowi”. Dla przykładu: Zosia ma 15 lat. Po szkole chodzi na naukę gry na pianinie, balet oraz dodatkowe lekcje angielskiego i hiszpańskiego. W przerwach między zajęciami za kieszonkowe kupuje papierosy, które nałogowo pali. Oliwia też ma 15 lat, a po szkole chodzi na naukę japońskiego i kurs nurkowy. Dodatkowo prowadzi bloga poświęconego kulturze Japonii. Nie ma żadnych problemów z uzależnieniami. Dlaczego? Zosia spełnia marzenia rodziców, a Oliwia swoje. Obie poświęcają mnóstwo czasu i energii na zajęcia dodatkowe, jednak Oliwia ma marzenie wyprawy do Japonii (i przy okazji poznawania egzotycznych stworzeń mórz i oceanów). Zosia robi, co każą rodzice.
Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie dzieci mają sprecyzowane marzenia, niektóre wręcz mówią, że nic ich specjalnie nie interesuje. Tym można rzeczywiście pomóc w odnalezieniu swojej pasji, czasem to kwestia znalezienia przyjaciół zafascynowanych jakąś sprawą, jednak te marzenia są kluczowe.
Pielęgnowanie pasji nie zabezpiecza oczywiście przed głupawymi eksperymentami. Sucha wiedza o szkodliwości różnych zachowań jest potrzebna, jednak aby nastolatki tę wiedzę „kupiły”, niezbędne jest odpowiednie odwołanie do uczuć i wyznawanych wartości. Co tłumaczy na przykład sukces, jaki kiedyś odniosła dr Wanda Półtawska podczas spotkania z młodzieżą. Opowiedziała historię, jak to będąc harcerką w czasie okupacji, podkochiwała się w pewnym młodym pułkowniku. Gdy zaczęły się aresztowania, po pewnym czasie trafiła do więzienia, gdzie zobaczyła swego ukochanego. Tak to opisuje: „Wychudzony, ale trzymał się prosto. Z boku stał SS-man w czarnych lśniących butach z cholewami, z pejczem w ręku i… palił papierosa. Smużka dymu i rozjarzony koniuszek. W pewnym momencie rzucił niedopałek na ziemię i wtedy… mężczyźni rzucili się żeby podnieść ten szczątek i mój pułkownik także, a SS-man, śmiejąc się walił ich pejczem gdzie popadło. No i właśnie wtedy zniknął mój podziw dla mego bohatera…” (Dr Wanda Półtawska, Zwycięstwo, „Służba życiu” 1/2001). Możemy wykorzystać tę anegdotę do rozmowy o tym, co nam odbierają uzależnienia. Warto poszukać jeszcze innych podobnych historii, by mieć jakiś punkt zaczepienia.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki