Logo Przewdonik Katolicki

Więcej niż furtka, dużo mniej niż autostrada

Zbigniew Nosowski

W roku 1981 Jan Paweł II zachęcił duszpasterzy do podejmowania starań o to, by rozwiedzeni „nie czuli się (…) odłączeni od Kościoła, skoro mogą, owszem, jako ochrzczeni, powinni uczestniczyć w jego życiu”. Jak dziś wygląda realizacja tego wezwania?

Pisząc o katolikach rozwiedzionych, którzy zawarli cywilny związek małżeński, Jan Paweł II stwierdził w 1981 r., że Kościół będzie „niestrudzenie podejmował wysiłki, by oddać im do dyspozycji posiadane przez siebie środki zbawienia”. Nic więc dziwnego, że między biskupami wciąż wraca dyskusja nad możliwością ewentualnego umożliwienia tym osobom przyjmowania największego środka zbawienia, jakim Kościół dysponuje, i niezastąpionego źródła życia duchowego – sakramentalnej komunii z Jezusem eucharystycznym.
Cytowane słowa świętego papieża pochodzą z adhortacji Familiaris consortio, będącej owocem Synodu Biskupów obradującego dokładnie 35 lat temu. Najgorętszy (choć wcale nie najważniejszy) temat obecnego synodu już wtedy rozgrzewał aulę.
 
Wola papieża, nie swąd Szatana
W ostatnim dwudziestoleciu kulturowy klimat wokół małżeństwa i rodziny zmienił się radykalnie. W wielu krajach Zachodu wprowadzono już nie tylko możliwość rozwodów, lecz całkowicie nową – nie  do przyjęcia z punktu widzenia chrześcijańskiej antropologii – prawną definicję małżeństwa. Obecny papież postanowił w tej sytuacji, że niezbędne jest odbycie aż dwóch posiedzeń Synodu Biskupów na temat rodziny. Miał świadomość, iż kwestia Komunii dla osób rozwiedzionych będzie jednym z istotniejszych tematów obrad. Nie zamykał jednak dyskusji, a wręcz do niej zachęcał. 
Oznacza to, że Franciszek uznał, iż potrzebna jest w Kościele nowa debata na ten temat. Choćby po to, żeby sprawę rozstrzygnąć i później przez dłuższy czas już do niej nie wracać. Nie można więc – jak to dzieje się niekiedy w Polsce – z założenia uznawać głosów na rzecz zmiany obecnej dyscypliny sakramentalnej za „swąd Szatana”, czy nieodpowiedzialnie nazywać „heretykami” poważnych kardynałów, nawet długotrwałych współpracowników kolejnych papieży.
Czy jednak możliwe jest znalezienie innego rozwiązania zgodnego z doktryną katolicką niż to z Familiaris consortio?
 
Przełom Jana Pawła II
W 1981 r. dokonał się głęboki przełom w stosunku Kościoła do osób rozwiedzionych. Wcześniej byli oni (zwłaszcza po zawarciu kolejnego małżeństwa) traktowani jak osoby de facto ekskomunikowane. Tymczasem Jan Paweł II zachęcił duszpasterzy „do podejmowania z troskliwą miłością starań o to, by nie czuli się oni odłączeni od Kościoła, skoro mogą, owszem, jako ochrzczeni, powinni uczestniczyć w jego życiu”. O przełomowości tej decyzji świadczy fakt, że – mimo upływu 35 lat – nietrudno znaleźć księdza, który w praktyce duszpasterskiej wciąż postrzega osoby rozwiedzione jako stojące poza Kościołem.
Po drugie, ówczesny papież realistycznie miał świadomość istnienia sytuacji, w których „poprzednie małżeństwo” zostało „zniszczone w sposób nieodwracalny”. Pisał wszak, że powrót do sakramentalnego współmałżonka może być niemożliwy „dla ważnych powodów – jak na przykład wychowanie dzieci” z drugiego związku. Zasadniczo podtrzymał decyzję o niedopuszczaniu osób rozwiedzionych do Komunii eucharystycznej, otworzył jednak wąską „furtkę miłosierdzia” dla osób rezygnujących ze współżycia seksualnego w nowych małżeństwach. W tej sytuacji rozgrzeszenie okazało się możliwe, choć trwa przecież sytuacja, którą trzeba uznać za co najmniej nieuporządkowaną, jeśli nie poważnie grzeszną (cywilny związek zawarty po rozpadzie sakramentalnego małżeństwa, tyle że bez seksu).
Wydaje mi się, że dziś – po wielu latach doświadczeń duszpasterstw związków niesakramentalnych – możliwa jest nieco dalej idąca odpowiedź na te same pytania. Chodzi o zmianę dyscypliny sakramentalnej, a nie zasad doktrynalnych. Zmiana taka byłaby zresztą mniej radykalna od przełomu, jaki wprowadził Jan Paweł II.
 
Dwa radykalizmy Jezusa
Najpierw należałoby uwzględnić specyfikę osób, które zostały ewidentnie bez własnej winy porzucone przez współmałżonka, zwłaszcza matek z dziećmi. Po zawarciu nowego związku cywilnego są one obecnie w kościelnej praktyce zrównywane ze swymi współmałżonkami, którzy ich zdradzali, bili czy porzucili. A nawet gorzej – tamci mogą otrzymać rozgrzeszenie, jeśli z nikim nowym nie związali się na stałe. 
Wyobrażam sobie także drogę pokuty dla niektórych osób (współ)winnych rozpadu małżeństwa, otwierającą możliwość sakramentalnego pojednania. Nie sposób przedstawić tu wszystkich argumentów teologicznych. Jak wiadomo, akurat sakrament pokuty najbardziej zmieniał swoje formy w historii. Dziś warto powrócić zwłaszcza do pokuty długotrwałej.
Taki odnowiony radykalizm w dziedzinie pokuty dawałby możliwość większego niż obecnie połączenia w postawie Kościoła – na wzór Jezusa – dwóch radykalizmów: wymagań i miłosierdzia. Pokuta to przecież okazja i do przejrzenia się w lustrze najwyższych wymagań Jezusa, i do oczyszczającego doświadczenia Jego miłosierdzia.
 
Droga pokuty
Myślę o wieloletniej drodze pokutnej z odpowiednim kierownictwem duchowym. Nie mogłoby to być rozwiązanie stosowane „hurtowo”, lecz możliwe dla osób szczególnie stęsknionych Komunii eucharystycznej.
Droga takiej pokuty kanonicznej winna być procesem długotrwałym – tak, aby dać szansę potwierdzenia wierności w cywilnym związku małżeńskim oraz życia w nim, na ile to możliwe, zgodnie z zasadami wiary. Kolejne etapy duchowej wędrówki powinny wyznaczać specjalne nabożeństwa o charakterze pokutnym. Docelowo droga pokutna mogłaby (choć nie musiałaby) prowadzić do przywrócenia pełnej Komunii sakramentalnej – ale wyobrażam sobie, że nie wcześniej niż 10 lat po zawarciu nowego cywilnego małżeństwa.
Ten długi czas byłby dla zainteresowanych osób szansą na uświadomienie sobie przed Bogiem: własnej winy za rozpad sakramentalnego małżeństwa; krzywd, za które ponoszą (współ)odpowiedzialność; żalu za grzechy; konieczności zadośćuczynienia za wyrządzone zło; obowiązku uporządkowania zobowiązań wobec sakramentalnego małżonka i dzieci; pragnienia życia w duchowej komunii z Bogiem i bliźnimi.
Takie lub podobne rozwiązanie otwierałoby szerzej furtkę, może nawet bramę miłosierdzia. Nie czyniłoby jednak drogi życia chrześcijańskiego wygodną autostradą bez żadnych limitów prędkości.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki