Logo Przewdonik Katolicki

Mam troje dzieci w niebie

Dorota Niedźwiecka
Skoro doświadczam takiej tęsknoty za moimi dziećmi w niebie, to ważne, żebym żyła tak, by się tam z nimi spotkać. Fot. D.Niedźwiecka

Rozmowa z Sylwią Jeż, lekarzem, mamą jedenaściorga dzieci, o chwilach buntu i zaufaniu Bogu

Utrata dziecka: po i przed narodzeniem to dla rodziców dramat. Pani straciła ich troje. Czy wobec tak trudnego doświadczenia można mówić, że zawsze jest nadzieja?
– Te sytuacje w pojedynkę byłyby dla mnie nie do udźwignięcia. Trudno w utracie kogoś najbliższego, kogo się kocha i pragnie jego obecności, odnaleźć sens. Mam poczucie, że byłam w komfortowej sytuacji: sił dodawało mi konkretne wsparcie Boga, męża, wspólnoty. Tak… Nadzieja jest zawsze. Wiara, że każda trudna sytuacja prowadzi do czegoś dobrego, dodaje mi sił w trudnych sytuacjach, stanowi dla mnie sens chrześcijaństwa.
 
Nawet gdy doświadcza się ciemności nocy?
– Nawet gdy kłody walą się pod nogi, a w sercu doświadcza się duchowej pustyni. Dla mnie to wyzwanie, by odnaleźć, do czego Bóg w tej trudnej sytuacji mnie zaprasza. Nie skupiać się na krzyżu, który jest tylko narzędziem, koniecznym, by mogło zaistnieć zmartwychwstanie. Na przykład nie daję rady z dziećmi, czuję się bezradna wobec zła, własnej słabości. „Jesteś w Kościele. Po co? Tracisz czas? Czy to ma jakiś sens?” – pytam się wtedy siebie. To pomaga mi patrzeć na horyzont: że na końcu tego wszystkiego jest życie wieczne. Mnie osobiście bez cierpienia trudno byłoby się ucieszyć zmartwychwstaniem: to byłby słodki happy end, pozbawiony smaku.
 
Przyjmuje Pani ból ze spokojem?
– Przeciwnie: ilekroć przychodzi, okropnie się buntuję. „Mam dosyć, może byś znalazł inną ofiarę” – wołam do Pana Boga. Wiem też – chociaż nie zawsze to rozumiem – że potrzebuję i tych silnych wyzwań, i rozpieszczania, których Bóg mi nie żałuje.
 
Pierwszych dwoje dzieci straciliście Państwo tuż po ślubie.
– Wchodziliśmy w małżeństwo z wizją, że będziemy otwarci na życie. To był koniec lat 80., ruchy pro-liferskie działały w Polsce prężnie, a my całymi sobą chłonęliśmy nauczanie Jana Pawła II o poszanowaniu życia. Pierwsze dziecko straciłam po jego pielgrzymce w 1991 r. Byłam jeszcze studentką, co pomogło pewnie trochę w godnym traktowaniu mnie w szpitalu. To nie było wtedy oczywiste, dziś też często nie jest... To poszanowanie mnie traktuję jako łaskę.

Państwa dziecko odeszło. Czy to był ból, żal, rozpacz czy bunt?
– Wszystkie te uczucia. Z każdym napotkanym dzieckiem przeżywałam w sercu śmierć. Dostrzegałam wtedy intensywnie, że sens całej przyrody polega na przekazywaniu życia. „Jak to możliwe, że nawet rośliny mają nasiona i mogą się rozmnażać, a ja nie?” – pytałam. Wraz z utratą dziecka po raz pierwszy w życiu tak boleśnie doświadczyłam, że moje plany mogą z hukiem rozpaść się w gruzy.
 
Wkrótce zawaliły się po raz drugi.
– Kolejne poronienie przeżyłam w letargu, na skraju depresji. Myśleliśmy już o diagnostyce niepłodności, gdy w trzecim tygodniu po stracie przeżyliśmy totalne zaskoczenie: począł się Janek. Pierwsze trzy miesiące przeżyłam w panice. Z jednej strony przygniatał mnie rozpaczliwy lęk, z drugiej – paraliżowała znieczulica, która miała mi pomóc przygotować się na ewentualną śmierć dziecka. Podobnie mój organizm reagował w każdej kolejnej ciąży. Bezgraniczną radość z dziecka przysłaniał cień śmierci.
 
Janek jest dziś zdrowym, żonatym, 22-letnim studentem.
– Tak. A dzięki jego pojawieniu się nauczyłam się czegoś bardzo ważnego: że decyzja o posiadaniu dzieci nie jest w moich rękach. Mogę dokładać wszelkich starań, by móc cieszyć się ze zdrowego dziecka – i nie mieć go. A mogę się nie starać i je otrzymać. Mówiąc w skrócie: to nie ja, ale Pan Bóg jest Panem Bogiem. Potem powtarzałam tę lekcję kilkakrotnie, by się jej dobrze nauczyć. Podczas kolejnych ciąż – gdy czułam się przemęczona i bezsilna, a musiałam zaopiekować się np. piątką dzieci: pomóc przy zadaniu domowym, odwieźć na zajęcia, przewinąć, pobyć przy tym, które jest chore. To nie ja, ale Pan Bóg jest Bogiem. Bo ja walczyłam, żeby mieć te dzieci, a potem doświadczałam bezradności: tego, że nie jestem taką mamą, jaką chciałabym być, że dzieci męczą mnie fizycznie i psychicznie, że w jakiś sposób czuję się uwięziona w układzie, którego sama chciałam. Pragnęłam się nimi cieszyć, a zmęczenie przesłaniało mi radość.
 
Teraz jest Pani radosna.
– Pomogło zrozumienie, że w tych moich dobrych pragnieniach wiele jest roszczeniowości.
 
Roszczeniowości?
– Tak. Przekonania, że mam być idealną mamą, że dzieci mi się należą, że one mają być dla mnie radością i nagrodą. To powodowało rozłam i frustrację. Przemianę spowodowała świadomość, że one  są mi „wypożyczone na chwilę”. Teraz umiem cieszyć się z tego, że mogę im towarzyszyć, póki są małe. Że się uśmiechnęły, że coś im się udało, coś nie udało. Wszystko jedno. To kompletne przestawienie perspektywy. Nic na ziemi nie jest na własność: nasze dzieci, nasze mieszkanie – to pomaga mi pamiętać, że mój prawdziwy dom jest w niebie.
 
Gdzie zatem przebiega granica pomiędzy odpowiedzialnością za dzieci a zniewalającą je kontrolą?
– Im starsze dzieci, tym bardziej kończy się smycz sprawowania opieki. I bywa, że one wchodzą w różne rzeczy, czasem strasznie głupie. Muszą czasem dotknąć, pobłądzić, sprawdzić, że coś będzie bolało. Nie mogę im zabrać tego doświadczenia – bo zabieram im wtedy szansę na doświadczenie śmierci i zmartwychwstania, o których rozmawiałyśmy na początku. Ta świadomość pozwala mi ze spokojem patrzeć na historię ich życia: może im jest to potrzebne, może nam – ja tego nie wiem i nie muszę wiedzieć, nie muszę rozwiązywać. Tak samo, jak nie muszę wiedzieć, dlaczego straciłam moje dzieci. Wystarczy tyle, ile mogę zrobić w tym wszystkim na dziś, na moją miarę. A resztę powierzać Bogu z ufnością.
 
Utrata dwójki dzieci w wyniku poronień to nie jedyne Wasze tragiczne przeżycie.
– Tak, kolejne dziecko straciliśmy kilka lat później. U Piotra w 35. tygodniu ciąży rozpoznano nagle „uogólniony obrzęk płodu”. Żył zaledwie trzy godziny, chociaż trafiłam naprawdę w dobre ręce. Zdążył zostać ochrzczony. Jego śmierć była dla mnie bardzo poważnym zakrętem wiary. Przez długi czas potem potrafiłam tylko kłaść się z twarzą utkwioną w ścianie, odrętwiała z bólu. Gdyby nie wsparcie wspólnoty, być może już bym nie żyła. „Jestem złą mamą, to za karę” – złe myśli przychodziły mi do głowy. „Po co mam żyć? Wolę być z tamtymi dziećmi”.
 
Pokusa była intensywna.
– Tak. Na szczęście mogłam w niej dostrzec także zaproszenie: skoro doświadczam takiej tęsknoty za moimi dziećmi w niebie, to ważne, żebym żyła tak, by się tam z nimi spotkać. Późniejsze wydarzenia w moim życiu miały już inny charakter: zaczęło się w nim zmartwychwstanie. Pół roku po odejściu Piotrka doświadczyłam cudu. Podczas wypadku samochodowego 6-letniego wówczas Janka od śmierci dzieliły dosłownie milimetry. Wiem to jako lekarz. I przeżył. Po trzech tygodniach wyszedł ze szpitala na własnych nogach, a we mnie poprzez to wydarzenie Bóg zbudował wiarę nieugiętą jak skała. Pismo Święte mówi, że Duch Święty modli się w nas nieustannie. W momencie wypadku doświadczyłam, że On się modlił we mnie. Chwilę później na pustej drodze, we wczesnych godzinach rannych zatrzymało się dwóch „aniołów”. W sześć minut byliśmy w szpitalu. Towarzyszyła mi wtedy absolutna pewność, że życie Janka jest w ręku Pana Boga, i że cokolwiek się stanie, będzie dobrze. Czułam się wręcz przeniesiona przez to wydarzenie.
 
A mąż?
– Patrząc na jego cierpienia, gdy traciliśmy kolejne dzieci i to, w jaki sposób podejmował wyzwania, jestem pełna podziwu. W tych wydarzeniach byliśmy duchowo razem – mimo że często nie mógł fizycznie być przy mnie.
Gdy przyglądam się młodym kobietom, do których jeżdżę z poradami laktacyjnymi, fizycznie i emocjonalnie rozbitych po porodach, rzuca mi się w oczy to, że ciągle czegoś chcą od swoich mężów. A oni spokojnie spełniają kolejne potrzeby. I zaczynam z podziwem i wdzięcznością patrzeć na mojego męża, który przetrwał wszystkie moje lęki, obawy, żale, gadania, pretensje, niespełnienie.
 
W kontekście tych wszystkich Waszych doświadczeń – jaka jest Pani definicja życia? 
– To ten napis, który umieściliśmy na grobie Piotrka: „I w życiu, i w śmierci należymy do Pana” (Rz 14, 8). Te dzieci w niebie należą do Niego w pełni – o nie jestem spokojna.
 
 



Sylwia Jeż – lekarz, mama jedenaściorga dzieci (ośmiorga na ziemi i trojga w niebie). Po odchowaniu najmłodszych wróciła do zawodu, zrobiła dodatkowe kursy, zdobyła certyfikaty. Obecnie pracuje jako konsultant laktacyjny, współpracuje z wrocławską Fundacją Evangelium Vitae.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki