Logo Przewdonik Katolicki

Polscy kibice wcale nie tacy źli

Marek Dłuzniewski
Fot. Bartłomiej Zborowski/pap

Problemy z kibicami w wielu krajach są nieporównywalnie większe od tych, które sporadycznie zdarzają się w Polsce. Mityczne hasło: „Na Zachodzie sobie poradzili” nie ma nic wspólnego z prawdą.

Mimo wielu zabiegów i starań mających na celu poprawę społecznego wizerunku kibiców piłkarskich, ich medialny obraz wciąż daleki jest od pozytywnego. Sporo w tym winy części fanów, których wybryki niweczą żmudną pracę prężnie działających na wielu polach organizacji kibicowskich. Jednak na polskich stadionach jest bezpiecznie. Nieliczne incydenty, na szczęście, nawet nie zbliżają się do wagi tych, które w ostatnim czasie odnotowano w podobno ucywilizowanym świecie kibiców europejskich.
 
Śmierć w Hiszpanii
W meczu 13. kolejki hiszpańskiej Primera Division 30 listopada ubiegłego roku mistrz kraju Atletico Madryt pokonał Deportivo La Coruna 2:0. Wynik tego meczu nie miał jednak większego znaczenia, bo zarówno przed samym spotkaniem, jak i po nim tematem numer jeden były tragiczne wydarzenia okołomeczowe. W zamieszkach w okolicach madryckiego stadionu Vicente Calderon rannych zostało kilkanaście osób, ale najgorsze było to, że wśród nich jedna osoba poniosła śmierć. 43-letni kibic Deportivo Francisco Javier Romero Taboada został w ciężkim stanie wyłowiony z rzeki Manzanares, do której miał zostać wrzucony przez miejscowych fanów. Na skutek obrażeń i wychłodzenia organizmu zmarł niewiele później w szpitalu. Zamieszki nie wpłynęły na opóźnienie rozpoczęcia meczu. Burdy stanowczo potępili jednak prezesi obu klubów. Kilkanaście dni po zajściach hiszpańska policja aresztowała 32 fanów z Madrytu, Ávila i Toledo. Dwóch z nich miało być domniemanymi sprawcami zabójstwa.
 
Holenderscy barbarzyńcy
Na szczęście bez ofiar w ludziach obyło się podczas niedawnej wizyty kibiców Feyenoordu Rotterdam w Rzymie przy okazji meczu z AS Roma w Lidze Europy. Fani z Holandii w stolicy Italii pojawili się na dzień przed spotkaniem. Opanowali centrum Rzymu, ale bynajmniej nie stanowili kolejnej atrakcji turystycznej. Z przestrzeni publicznej Wiecznego Miasta uczynili zbiorowy pisuar, dewastując najpierw Campo di Fiori, a w dniu meczu plac Hiszpański. Właśnie wydarzenia w pobliżu słynnych Schodów Hiszpańskich były szczególnie gorszące. To tam kibice Feyenoordu starli się z miejscową i kompletnie nieprzygotowaną na przyjęcie rzeszy fanów gości policją. Symbolem zniszczeń była dewastacja XVII-wiecznej fontanny Barccacia. Jest to o tyle bulwersujące, że jeszcze w zeszłym roku fontanna została poddana renowacji. Dla kibiców Feyenoordu kulturalne dziedzictwo kolebki zachodniej cywilizacji nie było jednak żadną świętością. Wizyta Holendrów budzić musiała naturalne skojarzenia z najazdem barbarzyńców.
 
Grecka tragedia
Olbrzymie problemy ekonomiczne i sytuacja społeczno-polityczna, z jaką od kilku lat zmagają się Grecy, znalazły swoje odzwierciedlenia także w futbolowym świecie. Kłopoty społeczne i zawirowania na scenie politycznej, w połączeniu z gorącym południowym temperamentem oraz fanatyzmem, z jakim pojmuje się w Grecji piłkę nożną, okazały się mieszanką wybuchową. Po meczu dwóch największych, a jednocześnie najbardziej wrogo do siebie nastawionych klubów piłkarskich: Panathinaikosu Ateny i Olympiakosu Pireus, doszło do zamieszek na stadionie w stolicy Grecji. Te burdy nie były pierwszymi poważnymi incydentami w ostatnim czasie w greckim futbolu. One jedynie sprawiły, że miarka się przebrała i grecki rząd podjął decyzję o zawieszeniu rozgrywek do odwołania. Co ciekawe, to już trzecie zawieszenie ligi w tym sezonie. Pierwsze miało miejsce we wrześniu  ubiegłego roku, a przyczyną była śmierć Kostasa Katsoulisa. Ten 46-letni kibic trzecioligowego Ethinkosu Pireus zginął w wyniku obrażeń, jakich doznał w starciach z fanami Irodotosu, przy okazji meczu obu ekip. Po raz drugi rozgrywki zostały zawieszone, gdy ofiarą (na szczęście nie śmiertelną) przemocy w futbolu padł Christofors Zografos z Centralnego Komitetu Sędziowskiego, zaatakowany i pobity w Atenach.
 
Kibice się zmieniają
To tylko najświeższe i najbardziej spektakularne przypadki przemocy w europejskim futbolu. Do mniejszych incydentów dochodzi też w takich krajach jak Niemcy, Szwajcaria czy Anglia. – Mówienie o tym, że na Zachodzie sobie poradzili, to całkowita bzdura – podkreśla dr Seweryn Dmowski, doradca zarządu Ekstraklasy SA, a więc organizatora rozgrywek piłkarskich na najwyższym szczeblu w Polsce. Incydenty i ich częstotliwość w innych krajach są często absolutnie nieporównywalne z tym, co dzieje się na polskich stadionach. Na nich od lat jest coraz bezpieczniej. Jednym z filarów bezpieczeństwa jest coraz lepsza infrastruktura. Ogromna większość z 16 zespołów ekstraklasy już ma, lub niebawem będzie miała, do dyspozycji nowoczesny stadion. Drugim filarem są zmiany w samym środowisku kibiców. Podczas gdy jeszcze w latach 90. rzeczywiście dochodziło do stadionowych awantur, a ruch kibicowski nie był praktycznie w ogóle zorganizowany, teraz dużą rolę odgrywają stowarzyszenia kibiców. – Chuligani zostali zastąpieni przez ultrasów, a więc tych, którzy organizują meczowe oprawy – zaznacza dr Dmowski. Organizacje kibiców skupiają się nie tylko na dopingu, ale też prowadzą działalność charytatywną, patriotyczną czy sportową. – Prowadzimy różne sekcje sportowe takie jak kolarska, sportów walki czy rugby – mówi Radosław Majchrzak, szef Stowarzyszenia Kibiców Lecha Poznań.
 
Bezpieczeństwo to proces
Poprawę bezpieczeństwa widać także po działaniach klubów. Te systematycznie przekonują, że przyjście na mecz jest bezpieczne dla wszystkich, oferując choćby sektory rodzinne czy zapraszając na swoje mecze najmłodszych fanów. – Bezpieczeństwo to nie jest stan. To proces – podkreśla doradca zarządu Ekstraklasy SA. To, że na meczach jest bezpiecznie, pokazują także dane zawarte w raportach tej spółki. Z najnowszego opracowania obejmującego 19 pierwszych kolejek sezonu 2014/2015 wynika, że jest mniej jakichkolwiek incydentów niż w analogicznym okresie poprzedniego sezonu.  W całym ubiegłym sezonie decyzję o zamknięciu stadionu lub jego części podejmowano w stosunku do klubów ekstraklasy 25 razy. W 18 przypadkach była to decyzja administracyjna. Tymczasem w 19 pierwszych meczach bieżącego sezonu na żadnym stadionie nie doszło do zamieszek, żaden obiekt lub jego część nie został też zamknięty decyzją administracyjną. Nie znaczy to jednak, że do takich zamknięć nie dochodzi w ogóle. Robi to Komisja Ligi, a więc organ którego członków wybiera... rada nadzorcza Ekstraklasy SA. – W ten sposób wyręcza się wojewodów, nie psując statystyk – zauważa Bartosz Kadłubowski, kibic Jagiellonii Białystok, ze stowarzyszenia „Dzieci Białegostoku”. Widać więc wyraźnie, że wszystkie strony zainteresowane poprawą bezpieczeństwa na stadionach dalekie są jeszcze od tego, by mówić jednym głosem.
 
Dialog potrzebny od zaraz
Kością niezgody są przede wszystkim zapisy ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych. Przepisy zabraniają m.in. spontanicznego odpalania rac. – To ich użycie stanowi większość odnotowanych incydentów – zaznacza Radosław Majchrzak i ma rację. W przywoływanym raporcie aż 26 na 27 incydentów z tego sezonu, to właśnie kwestie związane z pirotechniką. Sytuację zmienić może tylko zmiana ustawy lub dostosowanie zachowań kibiców do jej przepisów. Seweryn Dmowski przyznaje, że nie możliwości, by nie rozmawiać z kibicami. – Jednak o zmianie ustawy decyduje parlament, a nie Ekstraklasa SA. Poza tym kibice sami muszą mieć swoją reprezentację, z którą będzie można prowadzić dialog – mówi. Taką reprezentacją jeszcze niedawno był Ogólnopolski Związek Stowarzyszeń Kibiców, który jednak w ostatnim czasie stał się organizacją praktycznie martwą. To jednak właśnie się zmienia. – Stawiamy sobie realne cele i będziemy do nich szli małymi krokami. Kary muszą być personalizowanie, nie można karać niewinnych. Chcemy pokazać, że warto z nami rozmawiać – mówi Bartosz Kadłubowski, który znalazł się w nowych władzach OZSK. Problemy kibiców są jednak znacznie szersze niż kwestia pirotechniki. – Nie może być tak, że zamyka się stacje benzynowe na trasie naszego przejazdu i nie możemy nawet skorzystać z toalety. To nie jest po ludzku, a chcemy być traktowani jak inni ludzie – mówi Radosław Majchrzak.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki