Logo Przewdonik Katolicki

Przebaczmy. Dla siebie

Łukasz Kaźmierczak
Krzysztof Sobieraj

Z Krzysztofem Sobierajem, psychologiem, coachem i terapeutą, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

Dlaczego tak trudno przychodzi nam wybaczanie drugiej osobie?
– Wszyscy mamy wpisaną w nasze człowieczeństwo taką dużą potrzebę sprawiedliwości, bardzo często rozumianej niestety jako równość. Trudno nam zrozumieć, że ktoś zrobił nam coś złego: Przecież to mnie boli, ja cierpię, i co, miałoby mu tak ujść na sucho? Pojawia się często potrzeba rewanżyzmu – niech on też pocierpi albo przynajmniej zrozumie, że postąpił źle.  
 
Nie na darmo przebaczanie uznawane jest za jeden z najbardziej skomplikowanych procesów psychologicznych…
– To prawda. I myślę, że jest to także proces, wokół którego narosło najwięcej mitów.
Często moi pacjenci mówią: Przebaczyć? To jest niemożliwe, ja do końca życia będę pamiętał krzywdę, którą on czy ona mi zrobili. Tylko że to są dwie zupełnie różne sprawy. Czymś innym jest zapominanie, a zupełnie czymś innym przebaczanie. To, że przebaczę oznacza jedynie tyle, że przestanę oczekiwać jakiejś zapłaty, że przestanę mieć taki pomysł, żeby temu człowiekowi również wyrządzić jakąś krzywdę, odpłacić pięknym za nadobne. Pamiętam z dzieciństwa, dawno, dawno temu dostałem od siostry zakonnej obrazek Pana Jezusa z napisem po angielsku: „Kiedy przebaczam, zapominam”. I ta siostra powiedziała mi wówczas: „Tak to potrafi tylko Bóg”.
 
I chyba miała rację.
– W naszym ludzkim przeżywaniu niestety te dwa procesy są rozłączne. To, że przebaczę, na pewno nie spowoduje, że zapomnę. Proces zapominania jest, myślę, o wiele trudniejszy, a na pewno dużo, dużo dłuższy.
 
Co jest najtrudniejsze z psychologicznego punktu widzenia?
– Przy wybaczeniu nie mówimy o jakichś prostych sprawach, przy wybaczeniu mówimy o tym, co nas boli. A ból to wspomnienia, które  zostają w nas długo. I to zawsze będzie utrudniało wybaczenie. Trzeba pamiętać, że wybaczanie to jest proces dość często długi i bolesny, bo musimy na chwilę dotknąć tej rany. To jest trochę jak interwencja chirurga przy głębokiej ranie. On ją musi oczyścić i zaszyć, a to trochę boli. Ale potem jest już tylko lepiej, potem ta rana się już goi, boli coraz mniej i w końcu znika.
 
Istnieją etapy przebaczenia?
– Naturalnie. Najbliższa jest mi klasyfikacja podawana przez psychologię chrześcijańską. Mówimy tu o pięciu etapach przebaczania, które bardzo dobrze opisał kiedyś Peter Kallelis, psycholog i terapeuta zajmujący się relacjami międzyludzkimi. W pierwszym etapie należy zająć się samym sobą, spróbować ocenić jak bardzo zostałem zraniony, jak mocno to przeżywam. Kallelis podpowiada: Jeżeli coś stało się w relacji z innym człowiekiem, to bądź przez moment bardzo, bardzo uczciwy i zastanów się, jaki może być zakres także twojej odpowiedzialności za to, co się wydarzyło.
 
Och, to raczej trudne…

– Trudne, bo my czując się zranieni, automatycznie widzimy świat w wersji czarno-białej: ja jestem ten biedny, skrzywdzony. Cała nasza złość i poczucie krzywdy mówią nam: to ten drugi jest tym złym. Tymczasem to nie zawsze tak jest.
 
Co potem?
– Drugi etap to przyznanie się do tego, że cierpię. To jest nadal problem, głównie dla mężczyzn. Normy społeczne ciągle mówią: Chłopaki nie płaczą, prawdziwy facet nie pokazuje uczuć. Tymczasem trzeba sobie powiedzieć: Tak, to jest mój ból i ja go przeżywam. Ważne jest przyznanie się przed samym sobą, co przeżywamy, jak głęboki jest ten ból i do czego on nas „namawia”. Dopiero wtedy możemy przejść do etapu trzeciego, czyli pomyśleć o osobie, która nas zraniła. Na tym trzecim etapie najczęściej jest najtrudniej, bo lubimy celebrować ten nasz ból: To wszystko jego/jej wina, dlaczego mnie, takiego porządnego, to spotkało? Warto jednak wtedy włączyć do tego emocjonalnego przeżywania pewien element racjonalizmu.
 
Racjonalizmu? To jest możliwe?
– Musimy sobie uświadomić, że jakkolwiek byśmy nie kombinowali, jakkolwiek byśmy się nie zastanawiali, to dobrej odpowiedzi na pytanie, dlaczego to właśnie mnie dotknęło, nigdy nie znajdziemy. I nawet gdybyśmy spotkali się z osobą, która nas zraniła, to ona jedynie pokaże nam swój punkt widzenia. Albo usłyszymy takie powody, które dla nas będą nie do przyjęcia. Ja zawsze odradzam stawanie w takiej konfrontacji. Takie sytuacje najczęściej zamiast pomóc w przebaczeniu, jeszcze bardziej nakręcają spiralę naszego bólu i poczucia skrzywdzenia. A jeżeli już naprawdę chcemy dochodzić sprawiedliwości za wyrządzone krzywdy, to poszukajmy pomocy innego specjalisty – prawnika, mediatora itp.
 
Ale to już nie jest element przebaczenia.
– Nie, naszym celem jest odzyskanie równowagi  życiowej. Największym odkryciem tego etapu przebaczania jest świadomość, że przebaczanie potrzebne jest nam, skrzywdzonym. My bardzo często myślimy, że winowajca nie będzie mógł żyć bez przebaczenia. Nie – on czasami może być nawet nieświadomy, jak bardzo nas skrzywdził. A ten nasz ból często celebrowany, skoro niepoddany procedurze przebaczenia, zatrzymuje nasz rozwój, naszą możliwość pójścia dalej. Natomiast w momencie kiedy przebaczymy, to my się od niego uwalniamy.
 
Kiedy to następuje?

– Na tym etapie pacjenci mówią często: Tak, tak, ja już wiem, już jemu/jej wybaczyłem. Proponuję wówczas taki malutki test. Mówię: Usiądź, zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś w bardzo luksusowej sali kinowej. Siedzisz w bardzo wygodnym fotelu, za chwilę rozsunie się zasłona i zobaczysz film. On będzie opowiadał o tym, jak to tej osobie, która cię skrzywdziła, spełnia się jakieś jej wielkie życiowe marzenie. Jeżeli potrafisz na ten film popatrzeć spokojnie, bez rewanżyzmu i mówienia: „To nieprawda, on nie zasłużył, to znaczy, że jesteś już w procesie wybaczania, że potrafisz temu człowiekowi wybaczyć. Jeśli jednak wracają złe emocje, to  jeszcze jesteśmy trochę daleko na drodze do wybaczenia.
 
Etap czwarty?
– To jest moment kiedy zapraszam zawsze do takiego dialogu wewnętrznego. Jeśli wyczerpałeś już wszystkie możliwe sposoby, żeby „dać spokój” temu zranieniu, żeby go nie celebrować, to spróbuj się zastanowić, czy jeżeli w wyobraźni ukarzesz w jakiś sposób tego człowieka, to naprawdę uzyskasz dzięki temu spokój? Na początku ludzie mówią: No jasne, to mi ulży. Pewnie, że na początku ulży, emocjonalnie ulży, tylko pytanie, jak się będziemy czuli potem? Czy nie pojawi się taka refleksja, że przecież właśnie przed chwilą zrobiłem właściwie dokładnie to samo co on? W związku z tym, jakim prawem ja przez ileś dni, tygodni, czasem lat, uważałem się za lepszego od tego człowieka, który mnie skrzywdził?
 
I to trafia?

– Bardzo często tak, to jest element otrzeźwienia, że może rzeczywiście takie rewanżystyczne podejście nie jest chyba najlepsze. No, a potem zostaje już tylko piąty etap, czyli samo powiedzenie sobie: Okej, wybaczam.
 
Tak po prostu?
– Podpowiadam najczęściej taką skuteczną formułę – wyobraź sobie tę osobę, najlepiej popatrz na jej zdjęcie i powiedz: Wybaczam ci, bądź wolny od mojego bólu, złości i gniewu. I choć formalnie mówimy do tej osoby, ale tak naprawdę uwalniamy siebie.
A jeżeli mamy w sobie tyle siły – co nie jest łatwe – to oczywiście genialnie byłoby stanąć rzeczywiście przed tą osobą i jej to powiedzieć. Rozmawiałem z wieloma osobami, które wspominały, że doświadczyły czyjegoś przebaczenia. Okazuje się, że to zostaje w ludziach. Zaczynają myśleć o tym, przychodzi refleksja: Skoro ktoś musiał mi przebaczyć, to co to znaczy?
 
A jak przebaczyć samemu sobie?

– Wbrew pozorom to jest chyba najtrudniejszy rodzaj przebaczenia. W momencie kiedy uświadamiamy sobie, że coś zrobiliśmy nie tak, dużym bólem staje się dla nas zrozumienie, że wcale nie jestem taki fajny, jak do tej pory o sobie myślałem. Ważne jest jednak przyjęcie tej prawdy ze stwierdzeniem: Dobrze, ja też popełniam błędy, nie jestem taki doskonały. Taka umiejętność jest poważnym wskaźnikiem dojrzałości człowieka. Jednak moje doświadczenie terapeutyczne pokazuje, że o ile Panu Bogu jeszcze wybaczymy – bo dziwnie często traktujemy Go nieomal jak normalnego człowieka – innym ludziom też wybaczymy, to najciężej jest mimo wszystko wybaczyć samemu sobie.
 
Podobno czas leczy rany. To się sprawdza?
– Z tym bywa różnie. Sam czas ran nie leczy. Jeżeli uruchomimy proces przebaczenia w sobie i zaczniemy nad tym pracować, to tak. Ale znam ludzi, którzy potrafili żyć w gniewie przez kilkadziesiąt lat. Pracuję między innymi z tzw. dorosłymi dziećmi alkoholików, którzy żyją w poczuciu krzywdy i czasami to przebaczenie jest niezwykle trudne.
 
Konsekwencje braku przebaczenia mogą być poważne?
– O tak, ponieważ trzymamy się kurczowo przeszłości i umyka nam to, co dzieje się teraz. Taka postawa zatrzymuje możliwość zwykłego ludzkiego rozwoju. To chyba, myślę, jest na tyle poważny argument, żeby jednak próbować przejść przez procedurę przebaczenia. Niech chociaż to przemówi, skoro nie przemawia już podstawowy argument, czyli słowa Jezusa Chrystusa mówiącego o przebaczaniu nie siedem, tylko siedemdziesiąt siedem razy. Żebyśmy się nie zapiekli jak taka stara, zardzewiała śruba, która już potem nie może się ruszyć z miejsca. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki