Logo Przewdonik Katolicki

Małżeńskie Himalaje świętości

Małgorzata Szewczyk
Fot.

Nie ma lepszego testu na świętość niż codzienne życie z najbliższą osobą, wobec której odsłaniamy nasze słabości i wady. Ale małżeństwo też może być drogą do jej osiągnięcia, choć sceptycy dodadzą, że to wyprawa niemal jak w Himalaje.

Św. Paweł pisał: mężowie miłujcie żony jak Chrystus umiłował Kościół (…). Niby to proste – wyłączna miłość małżonków ma być obrazem miłości Boga do człowieka, miłości Chrystusa do Kościoła. Sięgam więc po opasłe tomy żywotów świętych. Już pobieżna lektura kreśli pewien obraz: pełno tu przykładów osób wyróżniających się heroicznością cnót, ascezą czy głębokim życiem kontemplacyjnym. Niemałe grono stanowią osoby duchowne, zakonnicy, zakonnice, założyciele nowych zgromadzeń czy wspólnot, oraz męczennicy. Owszem, im bliżej czasów nam współczesnych, tym bardziej nie brakuje też świeckich wyniesionych do chwały ołtarzy. Ale święci małżonkowie? Tak, są z „dawnych czasów”! Maryja i Józef, Anna i Joachim, Pryscylla i Akwila. Są jeszcze żony i mężowie, którzy gdy wdowieli, zamykali się w eremach czy klasztorach lub pozostając w świecie, składali ślub czystości albo ze względu na miłość Chrystusa trwali w bolesnej wierności małżeńskiej; są wreszcie święte żony i matki, które poświęciły życie dla swoich dzieci, ale gdzie są święci małżonkowie wspólnie wyniesieni do chwały ołtarzy? A może nie nastała jeszcze epoka świętych par małżeńskich? 

 

Parami w niebie

Nic bardziej mylnego. I co ciekawe, wszystko dzieje się na naszych oczach, a wspomnianą wyżej „epokę” zapoczątkował Jan Paweł II w XXI w. Przełom nastąpił trzynaście lat temu, 21 października 2001 r. Tego dnia papież Polak beatyfikował Marię i Alojzego Beltrame-Quattrocchi, pierwszą parę małżeńską, która w codziennym życiu uobecniała sakrament małżeństwa. Życie małżeńskie, rozpoczęte przez panienkę z tzw. dobrego domu i adwokata w 1905 r., stało się dla nich drogą do świętości. Nie, nie było im łatwo. Przeżyli dwie wojny światowe, mimo zagrożenia przyjmowali, przechowywali i ułatwiali ucieczkę żołnierzom uchodźcom, potem włączyli się w odbudowę kraju po zniszczeniach. Wychowali czworo dzieci, choć Maria ostatnią ciążę mogła przypłacić życiem. Wbrew zaleceniom lekarzy jednomyślnie nie wyrazili zgody na aborcję najmłodszej córki Enrichetty. Przez 46 lat małżeństwa łączyli codzienną aktywność życiową – Alojzy rozwijał karierę prawniczą, Maria angażowała się w dzieła charytatywne –  i rodzinne obowiązki z głębokim przeżywaniem wiary chrześcijańskiej. W życie Quattrocchich były wpisane modlitwa, kontemplacja i pobożność eucharystyczna, którą zaszczepili swoim dzieciom, ale i która promieniowała na ich przyjaciół i znajomych.

Wiele mówi się i pisze o mistyce życia małżeńskiego i rodzinnego i o powołaniu każdego człowieka do świętości. Maria i Alojzy przekuli ją na praktykę, podobnie jak rodzice św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Zelię i Ludwika Martin, beatyfikowanych 19 października 2008 r., również wyróżniało życie Bogiem, choć zmagali się z wieloma kłopotami, bliskimi niejednej współczesnej rodzinie: problemy finansowe, zawodowe, śmierć czwórki dzieci, choroba i śmierć żony. Kiedy Ludwik został sam, bez reszty poświęcił się wychowaniu pięciu córek, które jedna po drugiej odkrywały w sobie głos powołania. Ludwik Martin miał świadomość, jak wiele otrzymał od Boga. Chciał siebie złożyć w ofierze całopalnej. Próba, z którą musieli się zmierzyć on i córki, była bardzo bolesna. Ojciec umarł w 1894 r. w zakładzie dla umysłowo chorych. Świętość najmłodszej córki wcale nie była dla państwa Martin „przepustką” do nieba, jak zapewne chcieliby usłyszeć niektórzy. Kluczem ich świętości było zwykłe chrześcijańskie życie w świecie, prosta droga wypełniania codziennych obowiązków i przyjmowania woli Bożej.

Powie ktoś, że obie pary małżeńskie wyróżniały heroizm cnót i wyjątkowy dar Boga i że jest to udziałem tylko nielicznych. Ale przecież nie ma lepszego testu na świętość niż codzienne życie z najbliższą osobą, wobec której – mniej lub bardziej świadomie – odsłaniamy nasze słabości i wady. Małżeństwo też może być drogą do jej osiągnięcia, choć sceptycy dodadzą, że to wyprawa niemal jak w Himalaje. Pesymistom warto zwrócić uwagę, że

obecnie toczy się około dwudziestu procesów beatyfikacyjnych małżeństw, które żyły

niemal obok nas, bo większość z nich w XX wieku. Kim byli ci, którzy odnaleźli we wspólnocie małżeńskiej Boga? Nie sposób przywołać tu życiorysów wszystkich kandydatów na ołtarze, ale warto zauważyć pewne symptomatyczne cechy tych małżeństw.

 

Miłość w trudnych czasach

Georges Vanier (1888–1967) brał udział w pierwszej wojnie światowej. U jej schyłku w 1918 r., podczas walk we Francji z Niemcami, stracił prawą nogę. Nie przeszkodziło mu to jednak ani w karierze zawodowej, ani w założeniu rodziny. Trzy lata potem za późniejszego generalnego gubernatora Kanady wyszła Paulina Archer, córka sędziego. Po wojnie rodzice założyciela Arki – Jeana Vaniera – zaangażowali się w działalność społeczną i kombatancką. „Ich całe serca i umysły pozostają w głębokiej komunii z Bogiem. Niektórzy mówią, ze Bóg umarł. Co za absurd! Jeśli On umarł, to z kim rozmawiają Vanierowie?” – notował pewien kanadyjski dziennikarz.

Trwa druga wojna światowa. Wiktoria Ulma (1912–1044) oczekuje siódmego dziecka. Jej mąż, Józef (1900–1944), jest utalentowanym ogrodnikiem i pszczelarzem, a także amatorem fotografii. Małżeństwo jest dobrze znane w Markowej, także z życzliwości okazywanej Żydom. 24 marca 1944 r. cała rodzina zostaje rozstrzelana przez Niemców za schronienie udzielone ośmiorgu Żydom. Ich proces rozpoczął się 11 lat temu.

Edmund Michelet (1889–1970) od 1940 r. jest zaangażowany we francuski ruch oporu.  Przebywając przez dziewiętnaście miesięcy w obozie w Dachau, potajemnie organizuje rozdawanie Komunii św. chorym i umierającym. Kiedy milkną działania wojenne, angażuje się w życie publiczne, pełni funkcje parlamentarne i rządowe, jest ministrem obrony, sprawiedliwości i kultury, a także bliskim współpracownikiem generała de Gaulle’a. Jego żona Maria (1900–1989) zajmuje się wychowaniem siedmiorga dzieci i boryka się z tymi samymi problemami, z którymi dziś zmagają się żony osób aktywnych publicznie. Mimo licznych obowiązków Edmundowi udawało się sprostać obowiązkom zawodowym i domowym. Sekret tkwił m.in. w zasadach wobec żony i dzieci, których tekst znaleziono w archiwach ministra. Urzędnik zobowiązywał się w nich do systematycznego, codziennego poświęcania czasu żonie i dzieciom, mimo rozlicznych obowiązków.

7 kwietnia 1994 r. Cyprian i  Dafroza Rugamba, zgromadzeni na modlitwie w swojej domowej kaplicy przed Najświętszym Sakramentem, wraz z sześciorgiem dzieci słyszą dobijanie się do drzwi i krzyki wojskowych. Ojciec rodziny, dyrektor Narodowego Instytutu Badań Naukowych, wie, że czeka ich śmierć. Po kilku minutach wszyscy giną. Założyciele wspólnoty Emmanuel w Rwandzie początkowo nie byli idealnym małżeństwem, ich związek przeszedł wiele prób. Przez osiem miesięcy żyli w separacji, Cyprian nie stronił od kobiet, miał nieślubne dzieci. Mężczyzna nawrócił się w 1982 r. Od tego czasu małżonkowie zaangażowali się w działalność ewangelizacyjną, założyli też sierociniec dla dzieci ulicy. Męczeńska śmierć nie przekreśliła zapoczątkowanego przez nich dzieła w Rwandzie.

„Ty jesteś jej drogą do nieba, a ty jego” – powtarzał małżonkom św. Josemaria Escriva. Zgodnie z radą założyciela Opus Dei, szczęścia i świętości w codziennym zawodowym, małżeńskim i rodzinnym życiu poszukiwało hiszpańskie małżeństwo Tomas Alvira i Francisca Dominguez, których proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2008 r. On był naukowcem, dyrektorem prestiżowego liceum w Madrycie i zarazem założycielem stowarzyszenia Centrum Wspierania Edukacji. Francisca była nauczycielką. Co było sekretem ich małżeńskiego szczęścia? „Miłość widziałem w każdym ich zwykłym geście, słowie” – wspominał Rafael Alvira, jeden z ośmiorga dzieci hiszpańskich kandydatów na ołtarze.

 

***

 

Czy łatwo jest osiągnąć świętość w małżeństwie? Chyba nie. Procesy beatyfikacyjne tych i kilkunastu następnych małżeństw nadal trwają. Głos Kościoła w tej sprawie jest niezwykle potrzebny, by w dobie kryzysu małżeństwa i rodziny pokazać, jak wielką siłą może być miłość małżeńska przeżywana w przyjaźni z Bogiem. I chodzi tu nie tyle o sprowadzanie życia żony i męża do wspólnego udziału w liturgii, modlitwy, lektury Pisma Świętego, ile o podjęcie i zrealizowanie wspólnego powołania do małżeństwa w każdej chwili i doświadczeniu codzienności. Powtarzalność pewnych czynności, gestów, rytuałów – w tym tkwi świętość małżeństwa. Siłą i sposobem na wierność i świętość jest mocne zaczepienie się o łaskę Chrystusa, bo jak przekonuje o. Leon Knabit OSB: „Człowiek dla człowieka jest zaledwie wywoływaczem miłości, utrwalaczem jest łaska Boża”. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki