Logo Przewdonik Katolicki

Manfred - człowiek pokoju

Monika Białkowska

Niemiecki ksiądz na progu obozu Auschwitz? Owszem. To ks. Manfred Deselaers, który od dwudziestu lat jest żywym znakiem pojednania.

Byłam niedawno świadkiem takiej sytuacji: polscy pielgrzymi wracający z Rzymu wcześnie rano zatrzymują się w Marktl. Tam, między kościołem a domem papieża Benedykta jest piekarnia, jedyna czynna o tej porze. Wszyscy wchodzą na śniadanie, poza młodym chłopakiem, katolikiem. Kiedy zapytałam go o powód, odpowiedział, że nie kupuje żadnych niemieckich towarów, ani w Polsce, ani tu. „Nie wspieram wrogów” – usłyszałam.
– Byłem kiedyś na wykładzie o Auschwitz, na którym pojawił się temat przebaczenia i padły słowa: „Auschwitz nigdy nie możemy przebaczyć”. Obok mnie siedział Żyd, podobnie jak ja urodzony już po wojnie. Zapytałem go: „Co ty masz mi przebaczyć? Ja tobie nic nie zrobiłem”. Tamtemu chłopakowi odpowiedziałbym tak samo: „Co ci zrobiłem, że mamy być wrogami?”.
Podczas innej dyskusji wstał starszy Polak: „Wy, Niemcy, tacy jesteście. Macie to w genach – aroganci, chcecie opanować cały świat. Zawsze tak będzie”. Tamtemu polskiemu chłopakowi z Marktl odpowiedziałbym, że nie wierzę w rasizm – w to, że charakteryzuje nas rasa polska, niemiecka czy żydowska. Wierzę, że wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami. Wierzę, że mamy nimi być i że możemy nimi być. I z własnego doświadczenia wiem, że jest to możliwe. Doznaję raczej ogromnej wdzięczności, i ze strony Polaków, i ze strony Żydów. Są wdzięczni za to, że jestem, że pamiętam, że chcę pomagać budować nowe mosty zaufania – mosty przyjaźni i wierności. Są między nami głębokie rany, które rozumiem, bo w naszej przeszłości działy się straszne rzeczy – a te rany bolą do dziś, ale one zostały zadane w przeszłości i już więcej nie musi tak być. 

Skąd Ksiądz, Niemiec z Akwizgranu, wziął się w Oświęcimiu?
– Po maturze odbywałem służbę zastępczą w niemieckiej organizacji „Akcja Znaku Pokuty”. Byłem wtedy półtora roku w Izraelu, a przygotowując się do tego wyjazdu, przyjechaliśmy na tydzień do Auschwitz. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Potem w Izraelu spotykałem ludzi, którzy byli w obozie, ale nie wspominaliśmy przeszłości. Nie chcieli ze mną rozmawiać po niemiecku, ale czułem, że przyjaźń z nimi jest możliwa.
Potem zdecydowałem się na studia teologiczne, zostałem wikariuszem w diecezji akwizgrańskiej. Moja parafia miała kontakty z polską parafią we Wrocławiu – kiedy do niej jechaliśmy, postanowiłem znów odwiedzić Auschwitz. Poznałem wówczas proboszcza z Oświęcimia i wtedy pojawiła się myśl, by tam zamieszkać, na rok, jak kiedyś w Izraelu. Zapytałem o to swojego biskupa, który – ku mojemu zdziwieniu – wyraził zgodę. W 1989 r. przyjechałem na KUL, żeby uczyć się języka, a od 1990 r. mieszkam w parafii w Oświęcimiu.

Co Księdza do tego skłoniło?
– Nie mieszkam w obozie, mieszkam w Oświęcimiu. Tam już nie ma obozu, tam jest pamięć o obozie. A ja mieszkam tam dziś, w roku 2014, a nie w 1944. I spotykam współczesnych ludzi. Dlaczego? Już wcześniej czułem, że pamięć o Auschwitz jest trudną pamięcią i byłem przekonany, że pojednania nie robi się tylko słowami. Trzeba być razem, często bez słów, ale ufając sobie. Jako niemiecki ksiądz w parafii w Oświęcimiu chciałem być znakiem pojednania, okazać szacunek temu miejscu i ludziom tu mieszkającym. Chciałem pokazać, że poważnie traktuję pamięć i to miejsce i chcę znaleźć sposób, abyśmy wspólnie na tej przeszłości budowali lepszą, wspólną przyszłość.

Polacy to rozumieją?
– Tak. Zdecydowanie tak.

A Niemcy?
– Jestem tu już ponad dwadzieścia lat i widać tego owoce. Na początku tak nie było. Najpierw pisałem doktorat – jedni piszą w Rzymie, inni w Paryżu, a ja pisałem w Polsce. Trudny czas był około 2000 r. W Niemczech bardzo brakuje księży, moi koledzy opiekują się czterema, pięcioma parafiami, a diecezja zamknęła seminarium, bo nie ma kleryków, zaś ja od dziesięciu lat mieszkałem w Oświęcimiu. W tym czasie jednak powstało Centrum Dialogu i Modlitwy, potem do obozu w Auschwitz przybył papież Benedykt XVI, zaczęło pojawiać się tu coraz więcej niemieckich grup. Zostałem duszpasterzem na zagranicę z ramienia Episkopatu Niemiec. Coraz bardziej zaczynano rozumieć, że moja obecność tutaj jest także służbą dla Kościoła w Niemczech. Dziesięć lat temu pytano mnie, kiedy wreszcie wrócę – dziś, gdy spotykam kolegów, to oni przepraszają mnie, że jeszcze nie zdążyli do Auschwitz przyjechać.

Co Niemcy wiedzą o wojnie?
– W pierwszych latach po niej milczeli. Potem, ponieważ rodzice dzieciom nie chcieli o tym mówić, i w szkole również tego jeszcze nie uczono – zwyczajnie nie wiedzieli. Dopiero później, po roku 1968, stał się to ważny temat publiczny. Nie do końca wiedziano, co z tą pamięcią zrobić, ale jedno było pewne: chcemy być innymi Niemcami. Nie jesteśmy nazistami, całkowicie odcinamy się od tej cząstki historii. Teraz chcemy pamiętać i wyciągać wnioski, żeby to się nigdy nie powtórzyło. Również dzięki dobrym doświadczeniom dialogu chrześcijańsko-żydowskiego i polsko-niemieckiego wielu Niemców doświadcza, że można budować między nami pozytywne relacje. Niemcy chcą być wiarygodnym partnerem dla innych narodów, chcą, by im ufano, i świadomie na to zaufanie pracują. Nie jest to możliwe bez jasnego określenia naszej relacji do hitlerowskiej przeszłości i bez szacunku dla ofiar.

Po co Księdza rodacy przyjeżdżają do Auschwitz?
– Przyjeżdżający tu młodzi czasem próbują się bronić, że to nie jest sprawa Niemców, ale problem tego, co człowiek może zrobić z człowiekiem. Będąc tu, nie mogą jednak uciec od tego, że są Niemcami, potomkami sprawców. I muszą to zaakceptować. Są to trudne, ale dobre doświadczenia, bo klucz do dojrzałości tkwi w relacjach z sąsiadami, a nic nie łączy tak bardzo, jak wspólny płacz nad cierpieniem ofiar.
Trudno jest nam być dumnym z niemieckiej historii – i w tym sensie nie mamy dziadków. Ale też często słyszę od Polaków: „Potraktujcie nas jak normalnych ludzi, nie chcemy być wiecznymi ofiarami. My też nie traktujemy was jak wiecznych sprawców”. O przeszłości nie wolno zapomnieć, ale ważne, co ta pamięć z nami zrobi. Aby nas nie zniszczyła, potrzebne są nowe, pozytywne doświadczenia.

Jaką rolę w zdobywaniu tych doświadczeń pełni Centrum Dialogu i Modlitwy?
– Do centrum, które jest instytucją archidiecezji krakowskiej, przyjeżdżają różne grupy z całego świata. Ludzie z terenu byłego obozu wychodzą z ciężkim sercem. Chodzi o to, by u progu Auschwitz istniało coś, co stanie się przeciwwagą dla tamtej siły zła. Chcemy im pokazać, że sam smutek i strach nikomu już nie pomoże – że będziemy tylko płakać, że nie będziemy już wierzyć w dobro człowieka czy w samego Boga. Mówię wtedy ludziom, że ofiary nie tego od nas chcą – one nam mówią: „Budujcie lepszy świat”. ”. I tu, u progu Auchwitz, zaczynamy go budować – poprzez zdobywanie wiedzy, refleksję, dialog z innymi narodami i religiami oraz modlitwę. Dla niektórych ważne jest także to, że spotykają się w centrum z niemieckim księdzem.
 
Ludzie, którzy do Auschwitz przyjeżdżają po raz pierwszy, wychodzą z obozu wstrząśnięci. Czy do tego miejsca można się przyzwyczaić?
– Kiedy patrzę na dworzec kolejowy, jest to już dla mnie zwyczajny dworzec, chociaż kiedy inni przybywają w to miejsce, w autobusie czy pociągu zapada cisza. Znam wielu byłych więźniów. Znam ludzi, którzy w mieście Oświęcim mieszkali w czasie wojny. Oni żyją cały czas z tą pamięcią, ale nie żyją w przeszłości. Żyją dziś. Mam też do czynienia z ludźmi, którzy obóz-muzeum Auschwitz odwiedzają po raz pierwszy. Często z nimi rozmawiam, kiedy opuszczają jego teren. To mi pomaga pamiętać, że nie jest takie zwyczajne miejsce. Od krwawiącej rany nie da się uciec – trzeba coś z nią zrobić. To rana więźniów, to rana w tym młodym Polaku, który nie chce kupować niemieckich towarów. Ta rana jest dotykana przez wszystkich, którzy odwiedzają Auschwitz: inaczej przez Niemców, inaczej przez Polaków czy Żydów. Ale wszyscy czują, że to coś ważnego, a ja chcę pomagać coś z tym zrobić. Być jak lekarz. Ta pamięć jest, ale może z niej wyrastać pozytywna energia, która nie będzie nas niszczyć, ale pomoże zrozumieć naszą odpowiedzialność i umocnić zaangażowanie w próby wzajemnego zrozumienia i budowania lepszego świata.




Ks. Manfred Deselaers - niemiecki ksiądz katolicki. Na polecenie bp. Heinricha Mussinghoffa z Akwizgranu i w porozumieniu z kard. Franciszkiem Macharskim z Krakowa poświęcił się pracy na rzecz pojednania polsko-niemieckiego i chrześcijańsko-żydowskiego w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki