Logo Przewdonik Katolicki

Zasady, które nie działają

Bogna Białecka
Fot.

Dobre wychowanie dzieci we współczesnym świecie staje się coraz trudniejszym zadaniem. Szukając pomysłów, możemy trafić zarówno na doskonałe rady, jak i na porady na pierwszy rzut oka świetne, a w rzeczywistości zwodnicze. Dlatego chciałabym dziś pokazać trzy bardzo popularne zasady wychowawcze, które mogą nas zaprowadzić donikąd. Dlatego nazwałam je mitami.

Mit 1: Gdy dziecko się złości, porozmawiaj z nim o uczuciach

Co zrobić, gdy dziecko ma napad złości, jest w silnych emocjach, zachowuje się agresywnie, bije kogoś lub coś niszczy? Częsta porada to: spytać dziecko, co czuje lub pomóc mu nazwać uczucia. Zakładamy, że jeśli dziecko zrozumie, co czuje, będzie zdolne lepiej kontrolować swoje zachowanie. Jest w tym ziarnko prawdy, ponieważ umiejętność rozpoznawania i nazywania swoich uczuć jest podstawą tzw. inteligencji emocjonalnej. Wielu dorosłych tego nie potrafi, ponieważ trzeba się tego uczyć. Ale to nie wystarczy. Co więcej – można nie umieć dobrze nazwać jakiejś emocji, ale mieć nawyk konstruktywnego radzenia sobie z nią.

Warto rozmawiać z dziećmi o uczuciach, pytać, co je martwi, co denerwuje. Jednak dzieci (szczególnie młodsze) nie potrafią dokonywać refleksji nad swoimi odczuciami. Jeśli zatem zapytamy zdenerwowane dziecko: „Co czujesz”, raczej nie będzie potrafiło nam tej emocji nazwać.

Oczywiście, możemy mu pomóc w nazwaniu uczuć: „Widzę, że się złościsz” – co się wtedy dzieje? Negatywne uczucia to sprawa na tyle skomplikowana, że dziecko nie jest w stanie tego ogarnąć na poziomie poznawczym. Jest złe, zdenerwowane, nie lubi czegoś, ma poczucie krzywdy, niesprawiedliwości. Jego myśli idą torem usprawiedliwiania zachowań i uczuć. Jeśli zatem pytamy: „Widzę, że jesteś zły, uderzyłeś siostrę, co się stało?”, odpowie: „Jestem zły, bo to niesprawiedliwe. Pozwoliłaś jej zjeść ciastko, a mnie byś nie pozwoliła” lub „Jestem zły na siostrę, bo jest wredna”. Czyli rozmowa o uczuciach prowadzi najczęściej do oskarżania innych o wywoływanie tych uczuć i usprawiedliwiania swoich agresywnych zachowań.

Dlatego bardziej konstruktywna jest rozmowa z dziećmi na spokojnie o rzeczach, które mogą robić, gdy są złe. „Hej, zobaczmy, co możesz zrobić, gdy się rozzłościsz, co nie będzie krzywdzić innych ani ciebie”. Nie drążmy przyczyn negatywnych emocji. Uczmy postawy: „Cokolwiek się stało, nie jest teraz ważne, ważne jest – co zrobić, by teraz opanować tę złość”.

Naszym celem nie jest nauczyć dzieci rozumienia, dlaczego zaczęły odczuwać jakąś emocję, lecz chcemy nauczyć je konstruktywnych sposobów zachowania w sytuacji odczuwania negatywnych emocji. Dla przykładu – moja dziewięcioletnia córka ma wypracowaną strategię. Otóż gdy kłóci się ze starszą siostrą, zwyczajnie wychodzi z pokoju. Jest to bardzo dobra reakcja. Gdy kłócący się rozdzielają, dają sobie szansę na uspokojenie emocji. Prawdziwym wyzwaniem jest, by potem osoby skłócone porozmawiały o źródle konfliktu na spokojnie. Jednakże do tego dzieci zaczynają być zdolne dopiero w wieku szkolnym. Wcześniej to abstrakcja. 

 

Mit 2: Najważniejszą rzeczą jest budowanie wysokiej samooceny u dzieci, dzięki temu będą się lepiej zachowywać

Podstawą tej teorii wydaje się założenie, że jeśli dziecko będzie przekonane o swojej wysokiej wartości, w jakiś sposób spowoduje to zmianę jego zachowania. W wersji skrajnej jest to wezwanie do porzucania nagradzania dzieci za dobre zachowania, ponieważ powoduje to, że dziecko zaczyna źle myśleć o sobie w sytuacji, gdy nie jest nagrodzone, i podkopuje to jego wiarę w siebie. Wzywa się zatem rodziców, by unikali „stygmatyzowania dzieci” przez wytykanie im złych zachowań, negatywne oceny czy brak nagród. Rodzic jest zachęcany w ten sposób: „Chwal dziecko zawsze, za wszystko – to zbuduje jego pozytywną samoocenę”. Nazywane jest to (mylnie) okazywaniem bezwarunkowej miłości.

A jednak dzieci intuicyjnie czują, że (cytując klasyka): „Jak wszyscy są super, to nikt tak naprawdę nie jest”. Jeśli wszystko, co robię, zasługuje na zachwyt i pochwałę, to znaczy, że tak naprawdę jest nic niewarte. To konkretne zachowania, konkretne sukcesy prowadzą do lepszej samooceny, większego szacunku wobec samego siebie, nie zalew przyjemnych uczuć towarzyszących pochwałom na każdym kroku.

Wysoka samoocena i szacunek do samego siebie są rezultatem zachowań, które zasługują na szacunek i wysoką ocenę. Można to pokazać na przykładzie ocen szkolnych. Jeśli nauczyciel daje „na zachętę” wyższą ocenę dziecku, niż zasługuje, nie powoduje to wzrostu samooceny. Dziecko wie, jak jest naprawdę. Może stwierdzić: „W sumie, to nie warto wkładać realnej pracy w naukę, tylko robić dobre wrażenie” lub co gorsza: „Widocznie jestem naprawdę głupi, jeśli nikt ode mnie nie wymaga niczego na serio”. W związku z tym, nagrody „na zachętę”, mające na celu sprawienie, by dziecko lepiej się poczuło same ze sobą, mogą mieć dokładnie odwrotny efekt.

Dlatego podstawą jest wyznaczanie realnych, ale dość ambitnych standardów zachowań. Jeśli, dla przykładu, wprowadzam przedszkolakowi tablicę z gwiazdkami za dobre zachowania, niech będą to rzeczy konkretne: „samodzielne posłanie łóżka”, „gdy mama zawoła, przychodzę od razu”. Kiedy stawiamy konkretne wymagania, dajemy szansę dziecku na dobre zachowanie.

Wysoka samoocena rozwija się dzięki umiejętności rozwiązywania problemów i zadań. Przykład: Ania i Gosia, przyjaciółki, brały udział w biegu długodystansowym. Ania przez kilka miesięcy regularnie ćwiczyła i zajęła dość wysokie miejsce, Gosia nie ćwiczyła w ogóle i przybiegła ostatnia. Ania przychodzi do domu z dyplomem, rodzice ją dodatkowo chwalą, jej poczucie wysokiej samooceny wzrasta. Tym bardziej że odbyło się to dzięki intensywnej pracy. Zamiast grać na komputerze czy iść z koleżankami do kina, przez kilka miesięcy biegała. Teraz zbiera owoce włożonego wysiłku. Gosia ma po południu spotkanie z terapeutą. Ponieważ dość silnie przeżyła porażkę, terapeuta przekonał ja, że samoocena nie powinna opierać się na wynikach w biegu. Czuje się dzięki temu znacznie lepiej. Pytanie – co zrobi z tym dalej? Zacznie trenować wraz z Anią i następnym razem zajmie wyższe miejsce? Znajdzie inną dziedzinę, w której będzie mogła się doskonalić i odnieść sukcesy dające podstawę wysokiej samooceny? Zrezygnuje w ogóle z podejmowania wyzwań?

Jeśli zatem chcemy, by nasze dzieci miały wysoką samoocenę, uczmy je rozwiązywania problemów, uczmy je podejmowania wyzwań, wkładania wysiłku, wytrwałości, cierpliwości, pracowitości. Wysoka samoocena wypływa z realnych osiągnięć, szacunek do samego siebie jest wynikiem zachowywania się w sposób godny szacunku.

 

Mit 3: Nastolatki muszą się wyszumieć, to faza z której się wyrasta

To założenie jest potencjalnie najbardziej szkodliwe. Z jednej strony, wielu z nas rzeczywiście w okresie dorastania robiło różne niemądre rzeczy, ale z tego wyrośliśmy. Z drugiej strony, wydaje nam się, że jeśli nastolatkowi będziemy czegoś jasno zabraniać, to i tak to zrobi, ale starannie się kryjąc, a my stracimy autorytet i kontrolę nad tym. Znam matkę nastolatka, która mówi, że nie zabrania synowi wypicia jednego piwa na imprezie, bo wie, że jest odpowiedzialny i naprawdę wypije tylko jedno, a gdyby mu zabroniła, na pewno by i tak pił, ale się z tym krył, i pewnie by pił więcej.

Biorąc pod uwagę wyniki badań, które pokazują, że nastolatkowie mający przyzwolenie rodziców na niewielkie ilości alkoholu używają tego do maskowania efektów zażywania innych, bardziej szkodliwych środków psychoaktywnych (np. narkotyków), to nadzieja mamy pokładana w „zdrowym rozsądku” syna jest zadziwiająco naiwna. Gdy mówimy dziecku: „Każdy w okresie dorastania robi różne głupoty, to normalna faza, z tego się wyrasta” – dajemy mu przyzwolenie na robienie tego. Dotyczy to nie tylko narkotyków, alkoholu, seksu, ale też przyzwolenia na wybuchy agresji (często przez rodziców usprawiedliwiane faktem burzy hormonalnej okresu dojrzewania).

Badania pokazują, że najlepszym zabezpieczeniem przed podejmowaniem działań ryzykownych jest jasna, otwarta, bezwarunkowa niezgoda rodziców, której towarzyszy dobry kontakt z dzieckiem, czyli gotowość do rozmów, okazywanie miłości.

Mózg nastolatka rozwija się bardzo intensywnie (aż do 25. roku życia), w związku z czym palenie papierosów, spożywanie alkoholu, narkotyków, eksperymenty seksualne, zachowania agresywne wywierają trwały wpływ na mózg nastolatka. Gdy w tym okresie wyrobią się u dziecka określone nawyki, skutki tego będą ciągnąć się przez całe życie.

Nikt nie udaje, że stres i frustracja towarzyszące dojrzewaniu są małe i nic nieznaczące. Jednak jeśli trzynastoletni Adaś nie potrafi przebywać ze swoją (owszem często irytującą) młodszą siostrą bez bicia jej i wrzasku, jakim cudem ma dać sobie radę emocjonalnie w okresie jeszcze większego stresu, np. gdy w dorosłym życiu zostanie ojcem i będzie miał zajmować się niemowlakiem?

Nastolatek nie zawsze będzie się stosował do zasad, nie możemy jednak zakładać, że lepiej mu nic nie narzucać, bo i tak zrobi to, co będzie chciał, a jak się wyszumi, to w końcu wydorośleje. Nie dajmy sobie wmówić, że nastolatek przyjmie zasady tylko o ile ma wolność wyboru, że musi mieć możliwość uczenia się na błędach. Wiele błędów popełnionych w tym okresie może im zrujnować, a przynajmniej bardzo utrudnić dorosłe życie. Nie ułatwiajmy im autodestrukcji.

 

 

Podsumowując, jako osoby dorosłe naprawdę mamy i zakres doświadczenia, i wiedzę, i umiejętności większe niż nasze dzieci. Naszą rolą jest używać ich dla dobra dzieci. Nie bójmy się dzieci wychowywać. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki