Logo Przewdonik Katolicki

Sałatka z konserwantów

Renata Krzyszkowska
Fot.

Żywność sprzedawana w sklepach aż roi się od różnych dodatków: konserwantów, wzmacniaczy smaku i zapachu, emulgatorów czy zagęstników. Można je znaleźć niemal w każdym produkcie, więc trudno ich unikać.Spożywamy je, ale jesteśmy pełni obaw.

Żywność sprzedawana w sklepach aż roi się od różnych dodatków: konserwantów, wzmacniaczy smaku i zapachu, emulgatorów czy zagęstników. Można je znaleźć niemal w każdym produkcie, więc trudno ich unikać. Spożywamy je, ale jesteśmy pełni obaw.

I bez badań wiadomo, że boimy się wspomnianych dodatków. Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez Pracownię Badań Społecznych i Marketingowych „Soma”, prawie 70 proc. Polaków negatywnie ocenia zawartość dodatków do żywności w składzie produktów spożywczych. Za najbardziej podejrzane substancje dodatkowe uważamy: glutaminian sodu i inne wzmacniacze smaku, konserwanty, barwniki oraz aromaty.

 

Zespół chińskiej restauracji

Wspomniany glutaminian sodu (E 621) i inne wzmacniacze smaku najczęściej występują w żywności wysoko przetworzonej, jak np. w zupach w proszku, kostkach rosołowych czy gotowych daniach ze słoika. W badaniach na zwierzętach odnotowano negatywny wpływ glutaminianu sodu na ich system nerwowy. Tyle że w tych badaniach podawano zwierzętom tak duże dawki tej substancji, jakich my nie mamy możliwości zjeść. Naukowcy wskazali jednak, że niektóre osoby mogą być nadwrażliwe na ten składnik. Choć bezpośrednia reakcja dotyczy tylko około 1–2 proc. populacji, w skali świata liczba osób z taką predyspozycją może wynosić 50–100 mln. Dr Adrian Morris, alergolog ze szpitala Royal Brompton w Londynie, wykazał, że dodatki chemiczne i konserwanty mogą u tych osób być przyczyną między innymi pokrzywki, obrzęku naczynioruchowego, zapalenia błony śluzowej nosa, astmy, a nawet bezpośrednio zagrażającej życiu reakcji anafilaktycznej. O tym, że zbyt duże spożycie tzw. polepszaczy smaku, np. glutaminianu sodu, grozi nieprzyjemnymi komplikacjami zdrowotnymi, chyba najprędzej przekonali się Azjaci. Glutaminian sodu jest stosowany od dłuższego czasu w kuchni chińskiej i japońskiej jako środek polepszający smak potraw. Od dawna znany jest tzw. zespół chińskiej restauracji – przy przedawkowaniu dań z dodatkiem glutaminianu pojawiają się: ból głowy, wymioty, uczucie napięcia lub gorąca na twarzy i w klatce piersiowej, czasem zawroty głowy i biegunka. Dolegliwości pojawiają się w godzinę czy dwie po posiłku. Drażniąco mogą działać jednak także inne ostre przyprawy (m.in. chili), sosy ze skorupiaków lub fermentowana soja – wszystkie te składniki są używane w kuchni chińskiej.

 

Sztuczne bardziej wygodne

Zdaniem lekarzy należy unikać żywności z różnymi polepszaczami i konserwantami. Wszystkie substancje dodawane do żywności powinny być wymienione na etykiecie. Szczególnie ostrożni, jeśli chodzi o ich spożywanie, powinni być alergicy, dzieci i osoby nadwrażliwe. – Jednak wszystkie dodatki są po coś. Idąc do supermarketu, chcemy kupić jogurt owocowy, który będzie świeży tydzień albo dwa, będzie kolorowy, pachniał po otwarciu i nie będzie się rozwarstwiał, czyli nie będzie podciekał serwatką. Jeżeli jednak zrezygnujemy ze wszystkich dodatków, to taki produkt nie będzie się nam podobał. Dodatek samych owoców nie da nam tak intensywnego zapachu, bez zagęstników szybko na wierzchu pojawi się serwatka. Nikt takiego jogurtu nie będzie chciał kupić, błyskawicznie pojawią się reklamacje. Podobnie z margaryną czy masłem roślinnym. – Wyobraźmy sobie, że w ciepłe letnie popołudnie robimy w ogródku grilla i każdy w tym pojemniczku grzebie swoim nożem, by posmarować chleb. Bez dodatku konserwantów taki tłuszcz na drugi dzień byłby już spleśniały. Mielibyśmy pretensje do producenta, że wyprodukował coś złej jakości – mówi Joanna Gajda-Wyrębek z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny w Warszawie.

 

Dzienne spożycie

Większość dodatków ma dopuszczalne dzienne pobranie (ADI), czyli swoistą rekomendację, ile można dziennie spożyć tej substancji, bez negatywnych skutków dla zdrowia. Wartość ADI jest zazwyczaj ok.100-krotnie niższa od ilości substancji, przy której nie obserwowano negatywnego wpływu na organizmy zwierząt doświadczalnych. ADI podaje się najczęściej w miligramach na kilogram masy ciała. Jeżeli ktoś waży 120 kg, to może spożyć tej substancji więcej, ale jak podajemy ją dziecku, które waży 20 kg, to na pewno sześć razy mniej. Jeśli jest upał i dziecko cały dzień popija napój konserwowany benzoesanem sodu, to zwiększa się ryzyko  niepożądanych skutków ubocznych. – Dzieci do lat trzech w ogóle nie powinny spożywać produktów z konserwantami, sztucznymi słodzikami i barwnikami, bo dziecko waży mało i łatwo można przekroczyć bezpieczne ADI. Jeśli do przekroczenia dochodzi rzadko, np. raz w miesiącu, to też się nic nie stanie. Nie należy jednak dopuszczać do takich sytuacji codziennie. Wśród dorosłych na przekroczenie ADI są narażeni konsumenci jedzący nienaturalnie dużo jakiegoś produktu. Na przykład ktoś kilka razy dziennie je chińskie zupki z proszku. To nierozsądne i niebezpieczne, ale bardziej dlatego, że jedząc ciągle żywność wysoko przetworzoną, rezygnują z tej pełnowartościowej i zabraknie im ważnych dla zdrowia składników odżywczych, jak chociażby witamin, których w takich zupkach nie ma prawie wcale  – mówi Joanna Gajda-Wyrębek.

 

Naturalne czy syntetyczne?

Nie wszystkie z dodatków są syntetycznymi substancjami chemicznymi. Wiele z nich występuje naturalnie w przyrodzie. Na przykład guma guar, oznaczona symbolem E 412, to zmielone nasiona rośliny Cyamopsis tetragonoloba. Dodaje się ją m.in. do jogurtów w celu zagęszczenia i stabilizacji konsystencji. Karagen, czyli E 407 o działaniu żelującym, to po prostu oczyszczone wodorosty morskie. Ekstrakt rozmarynu E 392 to naturalny przeciwutleniacz zapobiegający jełczeniu tłuszczu. Większość konsumentów myśli jednak, że bezpieczne jest tylko to, co naturalne. Pamiętajmy jednak, że muchomor sromotnikowy też jest naturalny. Substancje naturalne nie zawsze są bezpieczniejsze od syntetycznych. Często naturalne dodatki  mają niższy próg dziennego spożycia niż syntetyczne. Na przykład glikozydy stewiolowe, otrzymywane z liści stewie, są stosowane jako substancja słodząca, a jej dopuszczone dzienne spożycie jest dziesięciokrotnie mniejsze niż syntetycznego aspartamu.

 

Przebadane, więc bezpieczne

Na szczęście, wbrew obiegowym opiniom, żadna substancja dodatkowa dopuszczona do stosowania w żywności nie wykazuje działania rakotwórczego. Gdyby takie wykazywała, nie mogłaby być obecna w produktach spożywczych dostępnych na rynku. –  Po to jest wykaz substancji dopuszczonych, by nie było tak, że każdy stosuje sobie co chce. Wszystkie dozwolone substancje muszą przejść ocenę bezpieczeństwa, której w Unii Europejskiej dokonuje Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA), a przed rokiem 2002 – Naukowy Komitet ds. Żywności. Eliminowane są nie tylko substancje rakotwórcze, ale wszystkie, które budzą wątpliwości, bo wywołują jakieś niepokojące zmiany w badaniach na zwierzętach itd. – mówi Joanna Gajda-Wyrębek. Substancje, których bezpieczeństwo spożycia jest wątpliwe, nie są chętnie używane przez producentów. Przykładem mogą być barwniki takie jak tartrazyna (E102), żółcień chinolinowa (E104) czy żółcień pomarańczowa FCF (E110). Jak wykazały badania, mogą one powodować kłopoty ze skupianiem uwagi u dzieci. Wyniki nie były jednoznaczne, ale nakazano producentom dodawanie ostrzeżenia na etykietach produktów zawierających te barwniki, aby konsument sam zdecydował, czy chce kupić taki produkt. Producenci nie chcąc narażać się na posądzenie o szkodliwe działanie ich produktów, zaczęli po prostu rezygnować z tego składnika, zastępując go barwnikami naturalnymi.

 

Czytajmy etykiety

Wyjątkiem wydają się wzmacniacze smaku, które mimo kontrowersji są ciągle stosowane. Żywność wysoko przetworzona wprost nie może się bez nich obejść, bo nie wiadomo, czym je zastąpić. Pamiętajmy jednak, że wszystko, co wysoko przetworzone, jest mało wartościowe dla naszego organizmu. Gdy kupujemy naturalny 100-procentowy sok owocowy, jedynie pasteryzowany, to nie ma on innych dodatków. Jeśli kupujemy napój owocowy, to soku jest w nim już niewiele, bo zastąpiono go wodą, barwnikami, aromatami, zagęstnikami  i konserwantami. Często jest tak, że obok napoju z konserwantem stoi na półce sok bez sztucznych dodatków lub napój bez konserwantów. Czytajmy więc etykiety i kierujmy się zdrowym rozsądkiem. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki