Logo Przewdonik Katolicki

Antybiotyki coraz mniej anty

Renata Krzyszkowska
Fot.

Bakterie oporne na działanie znanych nam antybiotyków przyrównuje się do tykającej bomby zegarowej, równie niebezpiecznej jak terroryzm. Niestety, pojawia się coraz więcej ich szczepów niewrażliwych na żadne leki. Zaczynamy tracić jedno z największych odkryć medycznych XX wieku.

Gdy w 1928 r. Alexander Fleming wynalazł pierwszy antybiotyk – penicylinę, można rzec, że medycyna ruszyła z kopyta. Ile warte było to odkrycie, przekonano się już na polach II wojny światowej, gdy nowy lek doskonale radził sobie z wcześniej zabójczym gronkowcem złocistym rozwijającym się w ranach żołnierzy. Od tamtego czasu antybiotyki uratowały miliony istnień ludzkich. We współczesnej medycynie są one podstawą wielu terapii – bez nich nie byłoby możliwe wykonywanie tak podstawowych dziś procedur medycznych, jak przeszczepy, chemioterapia u pacjentów z chorobą nowotworową czy poddawanych operacjom. W sumie medycyna dysponuje obecnie już ok. 60 antybiotykami. Dzięki nim leczenie stało się prostsze. Zapalenie płuc albo układu moczowego, a może źle gojąca się rana po usunięciu zęba? Nie ma problemu, lekarz zaraz przepisze nam odpowiedni antybiotyk i po sprawie. Szybkość działania, dostępność i wysoka skuteczność terapii antybiotykowej sprawiły, że zaczęliśmy jej nadużywać, co niestety doprowadziło do pojawienia się bakterii opornych na niemal wszystkie znane farmaceutyki. Zmutowane drobnoustroje mogą się bardzo szybko przemieszczać. Dzięki połączeniom lotniczym przemierzenie oceanu zajmuje im kilka godzin. Są już wszędzie. Ich obecność wykryto nawet w wodach Antarktyki. Lawinowo przybywa zakażeń, których nie potrafimy wyleczyć. Już dziś w krajach Unii Europejskiej z powodu infekcji wywołanych przez bakterie lekooporne umiera 25 tys. ludzi rocznie. Zdaniem ekspertów sytuacja z roku na rok będzie się pogarszać.

 

Lekarze pod presją

Polska od lat znajduje się w czołówce krajów europejskich, jeśli chodzi o spożycie antybiotyków. Ponad 90 proc. tych leków przepisują lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, głównie jesienią i zimą. Wtedy też sprzedaż antybiotyków poza szpitalami wzrasta nawet czterokrotnie, choć w okresie tym ludzie chorują przede wszystkim na infekcje wirusowe, na które antybiotyki nie skutkują. Przyjął się zwyczaj podawania antybiotyków profilaktycznie, by zapobiec powikłaniom bakteryjnym towarzyszącym infekcjom wirusowym, np. grypie. Pacjenci wywierają presję na lekarzy, by przepisywali im żądane medykamenty. Wielu uważa, że tylko zażywając antybiotyk, są właściwie leczeni. Do najczęstszych chorób, którym towarzyszy nadużywanie tych leków, specjaliści zaliczają zakażenia górnych dróg oddechowych, takie jak zapalenie gardła. Chorują na nie zwłaszcza dzieci. Rodzice często proszą lekarza o przepisanie „silnego leku”, choć najczęściej domowe sposoby leczenia oraz medykamenty, które można nabyć bez recepty, wystarczą. Antybiotyki u małych dzieci mogą osłabiać układ odpornościowy, zwiększać ryzyko alergii, podrażniać układ pokarmowy. Dentyści ostrzegają, że niektóre antybiotyki podawane małym dzieciom mogą uszkadzać zęby, powodować niedorozwój szkliwa.

Podanie tych leków powinno być zawsze bardzo starannie rozważone. Najlepiej aby lekarz zlecił wykonanie antybiogramu, by dociec, jaka bakteria spowodowała zakażenie, i przepisać antybiotyk „celowany na nią”, w dobrej dawce i na odpowiedni okres. Lekarze jednak twierdzą, że przy obecnym niedofinansowaniu polskiej służby zdrowia rutynowe wykonywanie takich testów jest po prostu niemożliwe. Sytuację pogarsza fakt, że pacjenci bardzo często biorą antybiotyki za krótko. Przerywają kurację, gdy tylko poczują się lepiej albo zmniejszają dawki stosowanego leku niezgodnie z zaleceniami lekarza co do częstości zażywania antybiotyku – np. przyjmują lek raz, zamiast 2–3 razy dziennie. Tymczasem gdy stężenie leku w organizmie jest za niskie, część bakterii przeżywa i może rozwinąć oporność.

 

Fermy hodowlane i szpitale

Siedliskiem trudnych do zwalczenia bakterii są szpitale. Medycyna potrafi leczyć pacjentów z coraz cięższymi schorzeniami. Terapie bywają bardzo agresywne i wyniszczające. To sprawia, że pacjenci są bardzo podatni na wszelkie zakażenia, nawet własną fizjologiczną florą bakteryjną. By im pomóc, stosuje się więc antybiotyki o coraz szerszym spektrum działania. Siłą rzeczy nie można zlikwidować wszystkich bakterii, są nam po prostu potrzebne do życia. Bakterie, które przetrwają terapię, stają się oporne na stosowane przeciw nim środki. Niestety, dość szybko mogą przenosić się na innych pacjentów. Można przyjąć, że już po tygodniowym pobycie w szpitalu fizjologiczna flora bakteryjna pacjenta zostaje niemal w całości zastąpiona tą szpitalną, często już oporną na większość antybiotyków. Jak się ocenia, wobec ok. 15 proc. zakażeń szpitalnych lekarze są bezradni.

Pewien udział w rozwoju antybiotykooporności ma również szerokie stosowanie antybiotyków u zwierząt hodowlanych. Celują w tym zwłaszcza fermy przemysłowej hodowli i tuczu zwierząt. Hodowcy przekonują, że dzięki temu zwierzęta lepiej się rozwijają, mają lepszy apetyt, mniej chorują. By uniknąć strat, antybiotyki dodaje się do pasz, wsypuje się je nawet do stawów rybnych. W takich warunkach powstanie szczepów bakterii odpornych na antybiotyki jest tylko kwestią czasu. Potem łatwo przenoszą się one na ludzi, np. wraz z jedzeniem mięsa albo nawet podczas bezpośredniego kontaktu ze zwierzętami.

 

Zysk ważniejszy od pacjenta

Potrzeba coraz doskonalszych antybiotyków. Niestety, naukowcy zaczynają przegrywać wyścig z bakteriami. Są już szczepy, zwłaszcza bakterii gram ujemnych, np. pałeczki ropy błękitnej, na które często nie ma skutecznego lekarstwa. Badacze z całego świata wspólnie pracują nad programem ograniczania lekooporności, a także poszukują nowych leków i szczepionek skutecznych w walce z bakteriami. Maleje zainteresowanie firm farmaceutycznych poszukiwaniem nowych leków przeciwdrobnoustrojowych. W ostatnich 20 latach do sprzedaży wprowadzono jedynie trzy nowe antybiotyki, które w dodatku mają bardzo wąskie wskazania. Liczba antybiotyków poddanych badaniom klinicznym jest niewielka. Ma to związek z tym, że zyski z tych leków są znacznie mniejsze niż z leków stosowanych w chorobach przewlekłych. To na nich więc skupiają się badania. W tej sprawie nie ma optymistycznego zakończenia. Wszystko, co można na razie zrobić, to rozsądniej korzystać z leków, które mamy.

 

Prof. Waleria Hryniewicz z Zakładu Epidemiologii i Mikrobiologii Klinicznej Narodowego Instytutu Leków, przewodnicząca Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków:

Na rynku pojawia się niewiele nowych antybiotyków, a te, które mamy, są coraz mniej skuteczne, ponieważ bakterie (np. pałeczki jelitowe) stają się na nie coraz bardziej oporne. Z tego powodu przybywa zakażeń, których nie potrafimy wyleczyć. Pora więc zacząć bić na alarm, żeby rozsądnie stosować te leki, nie nadużywać ich. Antybiotyki powinny być dostępne tylko na receptę, ale nie są. Polska jest jednym z niewielu krajów, który dopuścił furaginę bez recepty i myślę, że konsekwencje tego będą poważne. Po drugie, istotnym problemem jest samoleczenie. Polega ono głównie na przyjmowaniu przez pacjentów antybiotyków, które zostały z poprzedniej kuracji. Wynika to zwykle z faktu, że chory przestał je brać zbyt wcześnie, tuż po ustąpieniu objawów klinicznych, a jeszcze przed usunięciem drobnoustroju, który spowodował zakażenie. Samoleczenie jest rzeczą niedopuszczalną. Antybiotyki powinny być stosowane tylko za wiedzą lekarza, tymczasem 5–10 proc. pacjentów bierze je na własną rękę. Poza tym, chorzy nie przyjmują tych leków tak, jak powinni, czyli w odpowiedniej dawce, o określonej porze i przez zalecany okres. W piersi powinni się jednak bić nie tylko pacjenci, ale i lekarze: zbyt mało uczymy się o antybiotykach i jesteśmy nie dość stanowczy wobec pacjentów. Nie odmawiamy im antybiotyków, obawiając się, że od nas odejdą.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki