Kilka miesięcy temu przedstawiciele rządu i Konferencji Episkopatu Polski osiągnęli porozumienie co do zastąpienia Funduszu Kościelnego dobrowolnym odpisem podatkowym w wysokość 0,5 proc. na rzecz Kościołów i związków wyznaniowych. Do rozwiązania podobno pozostały wówczas tylko szczegóły. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji skierowało do konsultacji społecznych projekt ustawy, Kościół zgłosił swoje uwagi. I nagle się zaczęło – w ostatnich dniach w kręgach rządowych i w mediach gruchnęło, że strona kościelna zaczyna kwestionować zaakceptowaną, wydawałoby się już, umowę. A tymczasem jest zupełnie odwrotnie. To rząd w ostatniej chwili próbuje coś ugrać dla siebie, łamiąc ustalone wcześniej reguły gry.
Wszystko z kościelnej kieszeni
Na początek jeszcze raz warto przypomnieć, czym tak naprawdę jest Fundusz Kościelny. W tej sprawie pojawia się bowiem nadal tyle przekłamań, niedopowiedzeń i nieprawdziwych, populistycznych argumentów, że ciągle należy wyjaśniać nawet te najbardziej oczywiste kwestie. Otóż Fundusz Kościelny nie jest i nigdy nie był jakimś nieuzasadnionym, czy nadzwyczajnym przywilejem, ani też rodzajem państwowej dotacji albo wsparcia, z którego korzystać ma rzekomo Kościół. Ba – to w ogóle nie jest przywilej. Fundusz to próba częściowej przynajmniej rekompensaty za kradzież, jakiej dokonały pod koniec lat 40. ubiegłego wieku ówczesne komunistyczne władze, zabierając Kościołowi katolickiemu oraz innym wyznaniom lwią część ich ziem, majątków i budynków. W ramach tzw. nacjonalizacji skonfiskowano Kościołowi m.in. 144 tys. 738, 3 ha ziemi, pozbawiając go nie tylko materialnych podstaw funkcjonowania, ale także w zasadzie uniemożliwiając prowadzenie
jakiejkolwiek społeczno-charytatywnej działalności.
Dla utrzymania pozorów prawa w 1950 r. uchwalono jednak ustawę, w której państwo zobowiązało się do wyrównania Kościołom strat z tytułu bezprawnej nacjonalizacji. W tym celu utworzono Fundusz Kościelny, na który miały być wpłacane przez państwo dochody z dawnych kościelnych nieruchomości ziemskich. A więc nie była to żadna nadzwyczajna łaska ani altruistyczny gest ze strony komunistów. Oni jedynie „wspaniałomyślnie” sięgnęli do jednej kościelnej kieszeni, aby przesypać z niej co nieco do drugiej. Z tych pieniędzy po dziś dzień opłacane są ubezpieczenia duchownych, którzy nie mają umów o pracę, m.in. misjonarzy, niektórych księży diecezjalnych oraz zakonników zakonów kontemplacyjnych.
Szkopuł w tym, że państwo nigdy w pełni nie wywiązało się nawet z tych fragmentarycznych zobowiązań, a sam Fundusz od samego początku był nieoszacowany. „Fundusz Kościelny jest zaledwie cząstkową realizacją tego, do czego w ustawie o dobrach martwej ręki zobowiązało się państwo” – przypomniał ostatnio parokrotnie sekretarz Konferencji Episkopatu Polski bp. Wojciech Polak.
I tutaj jedna ważna uwaga, która, nie wiedzieć czemu, jest zupełnie pomijana w publicznym dyskursie na temat Funduszu Kościelnego: Kościół nie podnosi w tej chwili żadnych roszczeń w związku z faktem nienależytego wypełniania zobowiązań wynikających z ustawy z 20 marca 1950 r. Przeciwnie, zgodził się na rządową propozycję zastąpienia Funduszu Kościelnego dobrowolnym odpisem podatkowym, zdając sobie doskonale sprawę, że choć jest w tej sprawie stroną poszkodowaną, to właśnie on na tym najwięcej straci.
Niezapłacone, nierozliczone
Kilka miesięcy temu przedstawiciele strony rządowej i Kościoła ustalili zatem wspólnie, że
wysokość wspomnianego odpisu wyniesie 0,5 proc. Ustalono także, że w trakcie dalszych konsultacji zostaną rozstrzygnięte szczegóły techniczne. Tak się jednak nie stało – owszem,
rząd przedstawił projekt ustawy, tylko że nie uwzględnia ona zupełnie uwag i zastrzeżeń wniesionych przez stronę kościelną.
Pierwsza i fundamentalna rzecz: Kościół stoi przy logicznym stanowisku, że aby móc zlikwidować Fundusz Kościelny trzeba go najpierw rozliczyć. Chodzi o bilans dotychczasowej działalności Funduszu oraz określenie tego, co Kościołowi zabrano i ile z tego oddano. To wydaje się oczywiste i konieczne, żeby w ogóle wiedzieć, o jakich sumach mówimy. Tymczasem w projekcie rządu zabrakło jakichkolwiek odniesień do stanu faktycznego, m.in. areału nieruchomości przejętych przez państwo w 1950 r. i niezwróconych po 1989 r. A właśnie „ta wielkość stanowi dziś rację istnienia Funduszu Kościelnego i – w konsekwencji – usprawiedliwia rządowe dążenia do zastąpienia Funduszu Kościelnego nowymi rozwiązaniami” – stwierdziła Konferencja Episkopatu Polski.
Przedmiotem sporu są także konkretne liczby. Rząd w okresie przejściowym – czyli w ciągu trzech pierwszych lat obowiązywania nowych przepisów – zobowiązuje się dopłacać Kościołowi stosowną różnicę, w sytuacji gdyby wpływy z tytułu dobrowolnego odpisu były mniejsze niż proponowana przez stronę rządową kwota 94 mln zł. To jednak stanowczo za mało. Dość powiedzieć, że tylko same wydatki ZUS na Fundusz Kościelny wyniosły w 2012 r. 109 mln zł. I właśnie taka kwota zdaniem Episkopatu winna być gwarantowana w okresie przejściowym.
Nieuzgodnione
Poważne zastrzeżenia wzbudza także forma wprowadzania nowych przepisów. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji chce bowiem skierować do dalszych prac legislacyjnych projekt ustawy dotyczącej zastąpienia Funduszu Kościelnego odpisem podatkowym bez uprzedniego zawarcia stosownej umowy między z Kościołem katolickim a rządem. Episkopat Polski zwrócił jednak uwagę na fakt, że wymóg podpisania tego rodzaju dokumentu był jednym z ustaleń zespołów konkordatowych: rządowego i kościelnego. Co więcej, zdaniem bp. Wojciecha Polaka, takie rozwiązanie jest nieodzowne także w świetle obowiązującego konkordatu. W proponowanej umowie powinny zostać więc zawarte wszystkie podstawowe zasady dotyczące tego, w jaki sposób powinien być dokonywany odpis, jego wysokości, formy rozliczania, księgowania itp. I to także wydaje się oczywiste. Bez takiego zabezpieczenia projekt ustawy zawsze przecież może zostać jeszcze zmieniony albo przeredagowany w toku sejmowych prac.
A jest się chyba czego obawiać. Co prawda strona rządowa wyraża dobrą wolę i „deklaruje dołożenie najwyższej staranności, by zmiany proponowane przez projekt znalazły swój wyraz w umowach podpisanych z Kościołami i innymi związkami wyznaniowymi”, ale jednocześnie pisze: „Jeśli jednak nie dojdzie do uzgodnienia stanowisk między rządem a danym Kościołem lub innym związkiem wyznaniowym, projekt trafi do parlamentu bez zawarcia stosownej umowy”. Innymi słowy: niezależnie od tego, czy Kościół zgodzi się na rządowe propozycje, czy też nie, projekt i tak zostanie poddany pod sejmowe głosowanie. A to już polityczna gangsterka w najgorszym stylu. Trudno się więc dziwić, że na takie dictum Kościół odpowiada, że uważa projekt „za nieuzgodniony”.
Zwykła sprawiedliwość
Takich zastrzeżeń do rządowego projektu jest oczywiście znacznie więcej, np. w kwestii długości okresu przejściowego czy sposobu zabezpieczenia danych personalnych osób, które podczas wypełniania deklaracji PIT wskażą Kościół lub związek wyznaniowy, na których chcą przekazać swój odpis.
Jedna rzecz wydaje się jednak w całej tej sprawie absolutnie kluczowa: Kościół nalega, aby w ustawie znalazł się zapis, że dobrowolny odpis podatkowy stanowi przekształcenie dawnego Funduszu Kościelnego. „W ten sposób również stronę rządową obroni to przed zarzutem tworzenia jakichś nowych przywilejów dla Kościołów i związków wyznaniowych, jak podkreślają to np. ateiści” – argumentował bp Polak. Podobnego zdania jest także kard. Kazimierz Nycz: „Tylko wtedy możemy wyjaśnić społeczeństwu, że nie mówimy o niczym nadzwyczajnym, tylko o zwykłej sprawiedliwości” – stwierdził metropolita warszawski.
Ale rząd broni się przed takim zapisem rękami i nogami. Minister administracji i cyfryzacji Michał Boni stwierdził nawet, że nie chciałby, aby dyskusja nad sposobem finansowania Kościołów i związków wyznaniowych „dotyczyła kwestii rekompensaty za utracone w PRL mienie tych wspólnot”. No cóż, rząd po prostu nie chce przyznać się do olbrzymiego długu, jaki ma wobec Kościoła w związku z nierozliczeniem do tej pory zobowiązań wynikających z Funduszu Kościelnego.
Lista rozmaitych wątpliwości i rozbieżności jest zatem bardzo długa. Bez ich wyjaśnienia cała ta ustawa jest bez sensu. A w sytuacji braku porozumienia – mimo wcześniejszego wypracowania konsensusu co do wysokości samego odpisu – oznacza to konieczność powrotu do stołu negocjacji.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













