Logo Przewdonik Katolicki

Kangury pogoniły Orły

Michał Bondyra
Fot.

Polscy tenisiści nie napisali historii i nie awansowali po raz pierwszy do Grupy Światowej Pucharu Davisa. Osłabieni brakiem kontuzjowanego Jerzego Janowicza nie dali rady utytułowanej Australii.

 

 

Choć obie reprezentacje tenisowe przez trzy dni w hali warszawskiego Torwaru walczyły o to samo: awans do elity najlepszych męskich drużyn świata, długofalowymi celami bardzo się od siebie różniły.

 

Dla jednych sukces, dla drugich – powinność

Polacy, mimo że przez ostatnie dwa lata najpierw w Grupie II, a potem w Grupie I zawodów, nie przegrali żadnego spotkania, eliminując po drodze Madagaskar, Estonię, Białoruś, Słowenię i RPA, do barażu przystępowali jako ubodzy krewni „Kangurów”. Ci, choć w elicie nie byli już długie sześć lat, to Puchar Davisa zdobywali dotąd aż 28-krotnie. – Celem nie jest tylko powrót do Grupy Światowej, a zdobycie Pucharu Davisa – mówił dziennikarzowi PAP Patrick Rafter, kapitan Australijczyków, wcześniej doskonały tenisista. Polacy mieli natomiast chrapkę, by te plany im pokrzyżować, zdobywając przy tym historyczny, bo pierwszy, odkąd 112 lat temu rozegrano premierowe tego typu zawody, awans do elity. Spośród atutów biało-czerwonych (gra u siebie, stwarzająca problemy rywalom ceglasta nawierzchnia) już przed pierwszym z pięciu pojedynków odpadł największy: Jerzy Janowicz. Oświadczenie pierwszej polskiej rakiety opublikowane na Facebooku nie pozostawiało złudzeń: „Z przykrością muszę poinformować, że wspólnie z całą drużyną podjąłem decyzję o wycofaniu się ze składu na najbliższe mecze Davis Cup. Jak wiecie, w czasie pobytu w Nowym Jorku nabawiłem się poważnej kontuzji kręgosłupa. Mój udział w meczach zagrażałby nie tylko mojemu zdrowiu, ale też dobremu wynikowi drużyny. Wierzę, że Michał zastąpi mnie z powodzeniem”. Michał Przysiężny faktycznie dał z siebie wszystko – to było jednak zbyt mało, by mógł skutecznie zastąpić znajdującego się o blisko 100 pozycji wyżej w rankingu ATP „Jerzyka”.

Szczelny mur i słaba głowa

Pod nieobecność 14. rakiety świata do pierwszego pojedynku z najmłodszym w historii liderem rankingu ATP, Lleytonem Hewittem (dziś ledwie 58.) stanął Łukasz Kubot (nr 70 ATP). Mimo iż na światowych listach obu panów dzieliło ledwie 12 pozycji (efekt pięciu lat notorycznych kontuzji australijskiego mistrza), gładkie 1:6, 3:6, 2:6 świetnie skwitował sam Polak. – Odbiłem się od muru. Brakowało punktów za darmo. Słabo serwowałem, a rywal zagrał genialnie. Nie było błysku z mojej strony. Po prostu dostałem od niego lekcję – nie szczędził samokrytyki Kubot. Faktycznie trudno byłoby mu nie przyznać racji, bo na korcie między nim a rywalem była różnica klas. Czasem aż żal było patrzeć na bezradność Polaka. Hewitt po zwycięstwie podkreślał, że przed meczem analizował grę Łukasza, a ten go niczym nie zaskoczył. – Jestem w formie, tylko musiałem przyzwyczaić się do ślizgania na mączce – mówił. Dodajmy, mączce, na której nie wygrał od maja 2010 r.! O ile jednak porażka z australijską „jedynką” była wkalkulowana, o tyle eksperci tenisa oraz kibice wiele obiecywali sobie po drugim piątkowym pojedynku Michała Przysiężnego (nr 113 rankingu ATP) z największym talentem australijskiego tenisa Bernardem Tomiciem. Dwudziestolatek z Antypodów, choć w rankingu wyprzedzał Polaka o ponad 60 miejsc, był wyraźnie pod formą. I faktycznie nadzieje na wyrównanie stanu pojedynku przez Polaków przez jakiś czas wydawały się uzasadnione. Wyrównana walka trwała bowiem aż do... kluczowych momentów w dwóch pierwszych setach. W premierowej równo było do 12 gema, kiedy to Polak stracił swoje podanie i seta mimo prowadzenia 40:0. Przy setbolu miał „pusty” kort, a mimo to wyrzucił piłkę w aut. W drugim natomiast przy stanie 4:4 nie wykorzystał żadnego z dwóch breakpointów. Skończyło się znów porażką naszego tenisisty w trzech setach (5:7, 6;7 (1-7), 4:6). – Przyznaję, że trochę się zagotowałem – komentował brak „spokojnej głowy” w decydujących momentach Przysiężny.

Mentaliści „Frytka” i „Matka”

O pozostanie w grze miał zawalczyć nasz eksportowy debel. Szanse na pierwszy punkt w meczu zwiększyły się po tym, jak kapitan „Kangurów” postanowił zmienić Hewitta na 18-letniego Nicka Krygiosa. Młodzian, podobnie jak jego deblowy partner Chris Guccione, świetnie jednak serwował, przez co wydarł Mariuszowi Fyrstenbergowi i Marcinowi Matkowskiemu pierwszą partię. Druga, po efektownych minięciach, smeczach i lobach i wreszcie przełamaniu, padła łupem Polaków, którzy podbudowani dobrą grą i dopingiem publiczności roznieśli rywali w trzecim secie. Kiedy czwarty – najbardziej wyrównany – ponownie został rozstrzygnięty w tie-breaku na korzyść gości, jasne stało się, że piąta partia zadecyduje o być albo nie być w Grupie Światowej (mecz wygrywa ten zespół, który zwycięży w trzech spotkaniach). Na szczęście dla Polaków przy stanie 4:4 najpierw wygrali gema przy własnym podaniu, a potem przy serwisie Guccione najpierw match point dał „Frytka”, by kropkę nad „i” mógł postawić „Matka”. – Zagraliśmy bardzo ciężki mecz mentalnie i tenisowo. Dlatego jesteśmy podwójnie zadowoleni z wygranej – mówił Matkowski.

Nie wolno było nie wygrać

I szkoda tylko, że heroiczna postawa deblistów była tylko pyrrusowym zwycięstwem. Kubot bowiem znów nie dał rady w singlu, ulegając tym razem Tomiciowi. Pierwszą partię pochodzący z Bolesławca tenisista przegrał dość pechowo, dając się przełamać już w pierwszym gemie. Trudno jednak zrozumieć, co stało się z Kubotem w drugiej partii, w której do stanu 5:1 grał jak z nut i zamiast dokończyć dzieła zniszczenia... stanął. Tomić nic nie robił sobie już z jego wcześniejszych wolejów i doskonałych serwisów, a sam zaczął grać swobodnie, do tego szczęśliwie. Doprowadził do tie-breaka, którego rozstrzygnął na swoją korzyść. Polak w trzecim secie stracił impet i dał się przełamać, i choć obronił jeszcze jednego meczbola, poległ i tym razem. – Nie wolno nie było mi wygrać drugiego seta z 5:1 przy sześciu fantastycznych gemach i przy takim dopingu fantastycznej widowni. Ale stało się, przegrałem dziś po własnych błędach – nie krył rozczarowania Kubot. Mecz Przysiężnego z Krygiosem nie miał już znaczenia. Narzekający na ból głowy Polak poddał go już w pierwszym secie przy stanie 1:4. Takim wynikiem skończył się też cały pojedynek z „Kangurami”. „Kangurami”, które jeszcze w tym roku były dla „Orłów” za mocne. Choć kto wie, jak potoczyłaby się rywalizacja, gdyby po naszej stronie grał Janowicz.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki