Logo Przewdonik Katolicki

Ani dnia bez wiary

Monika Białkowska
Fot.

Pani Wanda Janowska ze Strzałkowa pasiak ma oryginalny. Własny. W nim chodziła przez cały rok, w nim pracowała i spała, w nim wracała pieszo do Polski. Potem wyprała go, złożyła i ma czasem pokazuje młodym i opowiada jego historię. Żeby widzieli, żeby pamięć nie umarła.

Pani Wanda Janowska ze Strzałkowa pasiak ma oryginalny. Własny. W nim chodziła przez cały rok, w nim pracowała i spała, w nim wracała pieszo do Polski. Potem wyprała go, złożyła i ma – czasem pokazuje młodym i opowiada jego historię. Żeby widzieli, żeby pamięć nie umarła.

 

Pani Wanda przed wojną mieszkała w Warszawie, razem z ojcem, mamą i rok młodszą siostrą. Ojciec zginął w 1939 r. Mama należała do AK. W 1943 r. do ich domu trafili ukrywający się lotnicy RAF-u, zestrzeleni w okolicach Warszawy.

 

Na Pawiaku

O tym, że pani Wiktoria ukrywa aliantów, doniesiono Niemcom i  2 czerwca 1943 r. wszystkie trzy panie wraz z lotnikami zostały aresztowane przez Gestapo. Trafiły do więzienia na Pawiaku.

– Znalazłyśmy się z siostrą w oddzielnych celach – mówi pani Wanda. – W każdej było około 30 osób. Kiedy ona była przesłuchiwana, do mojej celi weszła salowa, mówiąc, że trzeba zamieść podłogę na korytarzu, a ja jestem młoda i potrzebuję ruchu, więc mam się tym zająć. Dostałam wiadro i szmatę, a kiedy poszłam po wodę, spotkałam siostrę. Salowa kazała nam rozmawiać szybko. Siostra zdążyła przekazać, o co ją pytali i co odpowiadała.

Panią Wiktorię po miesiącu przesłuchiwań skazano na śmierć i 8 lipca powieszono. Jej ciało udało się wywieźć z Pawiaka i pochować na warszawskich Powązkach. Jej córki, jako więźniarki polityczne, wysłano do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu.

 

Woda wielorazowa

W obozie były murowane i drewniane baraki. Drewniane już dziś nie istnieją. Nie miały okien, jedyne światło wpadało przez okno w suficie. Był w nich długi kanał z kominem, więc można je było ogrzewać, ale w praktyce ogrzewania nigdy w barakach nie było.

– Spałyśmy na trzypiętrowych pryczach, po pięć osób na każdym piętrze – mówi pani Wanda. – Było ciasno, jeśli któraś chciała się obrócić, obracać musiałyśmy się wszystkie. Na końcu baraku stał pojemnik na fekalia. Raz na miesiąc miałyśmy możliwość umycia rąk i twarzy. Wystawiano wtedy miskę z wodą i jakimś płynem i tylko dolewano do niej wody. Szczęście miały te, które zdołały się umyć jako jedne z pierwszych, w czystej wodzie. Nieraz nie spało się, tylko czekało w nocy, żeby w tej wodzie wielorazowego użytku móc się umyć na początku. Wprawdzie w 1943 r. otwarto w Oświęcimiu barak zwany łaźnią, w którym było 90 kranów z wodą, ale to nadal było bardzo mało: jeden kran przypadał na 300 osób. Nasz barak z owej łaźni nigdy nie korzystał. Dodatkowe mycie miałyśmy wtedy, kiedy padał deszcz…

 

Papier pod pasiakiem

Na całe obozowe ubranie składał się jednoczęściowy pasiak, w którym chodziło się przez cały dzień i noc, bez możliwości prania czy choćby wysuszenia po deszczu, bielizna – przywieziona na sobie, również bez możliwości prania, chustka na głowę i drewniaki na stopy. Zimą więźniarki otrzymywały jeszcze kamizelki. Drewniaki często były niedopasowane do stóp i je raniły. Zimą marzły w nich stopy. – Najcenniejszy w obozie był papier – tłumaczy pani Wanda. – Odzyskiwałyśmy go z paczek, przysyłanych z domu. Sztuką było tak się nim owinąć, żeby grzał, a żeby Niemcy nie wyczuli go pod pasiakiem, bo za to karali nas biciem. Ale papier był w cenie, można było nawet nie jeść, byle ten papier był. Bez niego trudno było przetrwać zimę. To właśnie jesienią i zimą ludzie najczęściej nie wytrzymywali głodu i zimna i popełniali samobójstwa. Szli na druty. Cały teren otoczony był drutami pod wysokim napięciem, ludzkie ciało zamieniało się natychmiast w proch, tylko pasiaki zostawały na drutach. Kiedy się zimą szło na poranny apel, wyglądało to czasem, jakby ktoś pranie powiesił – tylu ich na druty poszło…

 

Szczurzyna

– Pobudka w obozie była o wpół do piątej rano, zimą – godzinę później. Trzeba było szybko sprzątnąć miejsce spania, skorzystać z pojemnika na fekalia i wyjść na apel. Tam liczono nas i rozdzielano na komanda do pracy. Ja, w asyście Niemców z psami, szłam do budowy dróg, do noszenia kamieni i piasku. Moja siostra pracowała w kuchni dla Niemców, przy obieraniu warzyw. Tam czasem można było coś zjeść – ale tak, żeby Niemcy nie widzieli, bo bardzo za to bili. Na obiad dostawaliśmy litr zupy na brukwi i ziemniakach, albo po prostu zawiesinę mąki żytniej albo kaszy jaglanej. Później znów wracaliśmy do pracy. Dopiero o zmroku wracało się do obozu, przynosząc tych, którzy w trakcie pracy umarli: liczba tych, którzy wychodzili z obozu zawsze musiała się zgadzać z liczbą tych, którzy wracali. Po wieczornym apelu wydawano posiłek: 300 gramów chleba i łyżkę marmolady i pół litra herbaty – wywaru z ziół. Chleb teoretycznie miał wystarczyć również na śniadanie, ale zjadaliśmy go od razu. Nie było go gdzie schować przed głodnymi współwięźniami i przed szczurami. Szczury były takie wielkie, że łapano je do specjalnych klatek, a potem próbowano nas karmić szczurzyną. Ale wolałam jeść suchy chleb niż to mięso. Niektórzy cięli skórzane paski na drobne kawałki i je żuli. Ukradkiem zjadano też trawę i liście – w obozie nigdy nie było zielono, wszystkie rośliny były zjadane.

 

Niedziela z wszami

Niedziela w obozie różniła się od innych dni tym, że więźniowie nie szli do pracy. Zamiast tego spali, zmęczeni głodem i ciężką pracą. To był też czas na sprzątnięcie baraków i obcinanie włosów, których i tak nie było jak myć. W niedzielę do wybranych więźniarek przychodził też lekarz. – Wcześniej dostałyśmy zastrzyk z tyfusu, a potem na nadgarstki zakładano nam opaski z wszami. Karmiłyśmy te wszy własną krwią, a później oficer je zbierał. W ten sposób produkowano szczepionki dla armii niemieckiej.

Świętem w obozie były też paczki. Od 1942 r. polscy więźniowie z Oświęcimia mogli otrzymywać paczki, do 5 kg miesięcznie. – Zanim taka paczka dotarła do nas, była kilkakrotnie okradana – mówi pani Wanda. – Esesmani, blokowa, sztubowa, każdy brał coś dla siebie. Szczury i kradzieże uniemożliwiały przechowywanie jedzenia, dlatego umawialiśmy się i pisaliśmy do rodzin, kto w jakim terminie ma paczkę otrzymać, a potem dzieliliśmy się jedzeniem.

 

Nieludzkie i ludzkie

W obozie były cztery krematoria. Kiedy nie było wiatru, nie było czym oddychać, w powietrzu unosił się smród palącego się białka. Prochy z krematorium wywożono na pola – Niemcy musieli jeść warzywa i owoce, więźniowie pracowali przy ich uprawie, a prochy ludzkie były używane jako naturalny nawóz.

– W obsłudze krematorium pracowali zawsze Żydzi – mówi pani Wanda. – Przed spaleniem ciał musieli sprawdzić każde z nich i zabrać pierścionki, obrączki, złote zęby. Trwało to zwykle miesiąc, a potem palono ich żywcem. Którejś grupie Polacy powiedzieli, jaki będzie ich koniec, a wtedy tamci zbuntowali się i spalili pilnujących ich funkcyjnych Niemców. W odwecie wszystkich pozostałych Żydów w obozie Niemcy zdziesiątkowali.

Nieludzkie czasy i nieludzka sytuacja nie zabijała jednak w ludziach człowieczeństwa. Nawet wśród Niemców zdarzały się ludzkie odruchy. To niemiecka kapo umożliwiła pani Wandzie wyjazd do obozu w Ravensbruck – do pracy tam wybrano początkowo tylko jej siostrę, a młode kobiety bardzo bały się rozdzielenia. Później okazało się, że spotkana w Buchenwaldzie ta sama kapo doskonale mówi po polsku: prawdopodobnie była  Ślązaczką. Niejeden raz jeszcze pomogła siostrom, na przykład zdobywając dla nich skórzane buty zamiast drewniaków.

 

Bez księdza

Marzenie wtedy miały tylko jedno – żeby wrócić do domu. Modliły się o to po cichu.

Niemcy nie pozwalali na żadne wspólne modlitwy, więc podczas pracy, kiedy nie wolno im było rozmawiać ze sobą nawzajem, rozmawiały z Panem Bogiem, prosząc Go o pomoc i przetrwanie. – Wśród mężczyzn pewnie wyglądało to inaczej, tam wśród więźniów byli również kapłani. My przez cały rok nie spotkałyśmy nawet siostry zakonnej: a łatwo byłoby je rozpoznać, bo podobnie jak księża, nosiły na pasiakach fioletowy trójkąt przy numerze. Siłę dawało nam to, że byłyśmy razem. A czy w tak rozpaczliwych warunkach nie straciłyśmy wiary w dobroć Boga? Przecież tam, gdyby się nie wierzyło, nie można by przeżyć ani jednego dnia…


Obozowe „Ojcze nasz”

Ojcze nasz, który jesteś w niebie, widzisz naszą dolę tułaczą, wejrzyj na swe dzieci i ukój ból, który dusze nasze tłoczy.

Święć się imię Twoje aż po wszystkie czasy, gdzie wygnani przez przemoc, prosimy w pokorze, ulituj się nad nami wszechmogący Boże.

Bądź wola Twoja, mówimy ze łzami, wierząc, że cierpienie, boleść i niedola od Ciebie pochodzą.

Ty nam wszystko dajesz wszechmogący Boże, a ta wiara głęboka boleść naszą studzi.

Chleba naszego powszedniego nie skąp nam Panie i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom i nie wódź nas na pokuszenie, ale zbaw nas ode złego i daj szczęśliwy powrót do domu rodzinnego

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki