Logo Przewdonik Katolicki

Moje smutne wspomnienie

dr Władysław Lewkowicz
Fot.

Rok 1943 rozpoczął mój trzeci rok niewoli jako więźnia politycznego. Ciężko wegetowałem wówczas w podobozie Birkenau odległym od Oświęcimia o dwa kilometry.


Rok 1943 rozpoczął mój trzeci rok niewoli jako więźnia politycznego. Ciężko wegetowałem wówczas w podobozie Birkenau odległym od Oświęcimia o dwa kilometry.

 

 

Przeniesiony zostałem z Oświęcimia wraz z całym komandem pracy „Gaertnerei –Rajsko”, w którym pracowałem już od dłuższego czasu. Szef pracy, czyli kapo, był akurat dość wyrozumiały, skoro nie poganiał nas kijem, jak inni, ale za to był bardzo wymagający. Miał „odpowiednie” nazwisko, bo nazywał się Ehrlich (uczciwy). Z powodu jego postawy wielu więźniów chciało pracować właśnie u nas. Pewnego dnia kapo „Uczciwy” zniknął jednak z miejsca pracy i nie wiemy, co się z nim stało. Po „Uczciwym” był kapo Grzyl - stary wiekiem fachowiec. Był mało spostrzegawczy, ale znał język polski. Był też dość naiwny, co nam bardzo odpowiadało. Dlatego też w naszej pracy był umiarkowany spokój. Udało się nam nawiązać kontakt z członkami Batalionów Chłopskich, działających w okolicach Oświęcimia. Poznaliśmy dwie działaczki tej organizacji - panią Helenę Płotnicką i panią Władysławę Kożusznik. Te bohaterskie kobiety, narażając życie, poświęcały się i w nocy, kiedy spaliśmy w obozie, przynosiły leki, narzędzia chirurgiczne i jedzenie. Zostawiały je w umówionej skrytce na miejscu pracy poza obozem. Zabierały zaś naszą pocztę. Była ona zawsze bogata w najnowsze wiadomości obozowe, a wśród nich opisy kolejnych tragedii, nazwiska SS-manów, wyróżniających się szczególnym bandytyzmem. Wiadomości te były następnie wysyłane do organizacji w Krakowie. Pocztę tę prowadził kolega Edward Biernacki. W działaniach tych wspomniane panie musiały być bardzo ostrożne, gdyż teren obozu był pilnie strzeżony, nawet w nocy.

 

Szczepionka i wszy

 

Tymczasem profesor Rudolf Weigl ze Lwowa przysłał nam nową szczepionkę przeciw tyfusowi plamistemu, której podobno brakowało nawet SS-mannom. Na tę chorobę zmarł lekarz SS, Max Popiersch i jego żona, a także żona największego zbrodniarza, SS-raportführera Palitscha. Zdarzało się, że ktoś z naszej organizacji „niewinnie” przechodząc z tyłu SS-mana, wyrzucał z flaszeczek na jego mundur czy płaszcz zakażone wszy. Choroba tyfusowa szalała w obozie. Przysłana szczepionka uratowała życie wielu więźniom. Niestety, i w naszym komandzie straciłem wielu zacnych kolegów.

SS-man Moll wołał na mnie „wo ist der letze Mohikanin”, gdy potrzebował tłumacza dla pracujących z nami Francuzów. Język ten znałem z nauki w liceum. Francuzi byli na ogół dobrymi kumplami. Nauczyli mnie dużo piosenek francuskich, a także jak jeść roślinę, u nas lekceważoną, a zwaną mleczem. Wymytą i posiekaną rzucało się do zupy zawsze wodnistej. Miska stawała się wówczas pełniejsza, a zupa bardziej gęsta. Wyjątkowo wredny był SS-Komandoführer Otto Moll. Oberwałem od niego niejeden raz. Nie miał jednego oka i był bardzo podejrzliwy oraz złośliwy. Ulżyło nam nieco, kiedy służbowo przeniesiono go na szefa karnej kompanii. Tam jednak dopiero mógł się wyżywać! Rozpoznany po wojnie, podobno został zabity.

 

Krzyk piekła

 

Gdybym miał oceniać obóz w Oświęcimiu i Birkenau, to powiedziałbym, że Oświęcim to przedsionek piekła, ale obóz Birkenau to już samo całe piekło. To tutaj zabijano w komorach gazowych i palono po około 17 tys. istnień ludzkich na dobę w czterech krematoriach. Tak realizowano plan dygnitarzy z Berlina. Przyjeżdżały transporty z całej Europy, a w nich pełne rodziny z dziećmi w różnym wieku, którym odmówiono prawa do życia; również spracowani starcy, którym odmówiono spokojnej i godnej śmierci. Widziałem małe dzieciątka, leżące w rowie przy drodze przejazdu na śmierć ich matek. Płonne były ich nadzieje na uratowanie własnych dzieci. Leżały one jak zamarznięte kukły. Przeciętny człowiek nie jest w stanie pojąć bólu serca ich matek. Starsze dzieci prowadzone były oddzielnie na śmierć. Krzyczały niemiłosiernie, błagając bezsilnych i zrozpaczonych rodziców o ratunek. Trudno sobie wyobrazić bardziej tragiczny obraz ludzkiego nieszczęścia. Hitler chyba tym wszystkim, którzy zhańbili naród niemiecki wyrafinowanymi morderstwami, wyrwał z serca i sumienia samego Boga, a „jeśli nie ma Boga, to wszystko jest dozwolone”. Myślę że nawet pierwotny człowiek w poszukiwaniu jedzenia nie był tak okrutny, jak obozowa załoga SS-manów.

 

Gorliwe SS-manki

 

Obóz Birkenau podzielony był tylko kolczastymi drutami na sektory. Był więc obóz męski, żeński i cygański. W tym ostatnim mieszkały razem całe rodziny. Dzieci bawiły się w błocie. Kiedy przechodziliśmy koło ich ogrodzenia, dzieci wyciągały do nas, bezsilnych, rączki, jakby chciały o coś prosić.

Od obozu żeńskiego dzieliło nas podwójne ogrodzenie z drutu kolczastego. Wszystko to, co działo się na zewnątrz bloków kobiet, było dobrze widoczne. Często widziałem, jak zawstydzone kobiety przeganiano nago i boso, krzykiem i biciem. Zwyrodniałym SS-manom pomagały tam SS-manki, które w swojej brutalnością prześcigały się między sobą. Na własne oczy widziałem, jak kobieta z powiększonym brzuchem przewróciła się, nie mogąc się podnieść. Podszedł do niej SS-man, skopał ją niemiłosiernie, a koleżanka z SS tłukła kijem, krzycząc: „aufstehen”. Widzieliśmy z kolegami, jak kobiety pracowały przy ciężkich robotach typowo męskich, np. pchały ciężkie taczki. Były bardzo zmęczone i spocone, ciężko dysząc. Przysięgam – krew się burzyła niejednemu z nas! Okrutna jest bezsilność ludzka. Pilnujący kobiet SS-man siedział w tym czasie i głaskał psa, który z podniesionymi uszami czekał na rozkaz pana. Jego ironiczny uśmiech w tej sytuacji jest dla mnie, niestety, niezapomnianym obrazem. SS-manki darły się, jakby je ktoś ze skóry obdzierał, przeklinając i poganiając, szczególnie starsze i słabsze więźniarki, zapędzone do ciężkiej, często nieludzkiej pracy

 

Trefna paczka

 

Do Birkenau przeniesiona była też z Auschwitz kompania karna. Siedzieli tam więźniowie polityczni, skierowani bezpośrednio z gestapo lub też karnie z obozu. Zarówno podwórze, jak i blok mieszkalny karnej kompani były osłonięte, a ich wejścia - zamykane. Nikt zresztą spośród więźniów obozu nie miał ochoty tam zaglądać. Sam dreszcz strachu przed dostaniem się tam nie pozwalał na to. Zdarzyło mi się raz, że przyuważył mnie jakiś nieznany mi kapo, zawołał i polecił, abym zaniósł paczkę blokowemu karnej kompani. Co było w paczce, tego nie wiem, Czułem jednak, że jest trefna. Cóż mógł przesyłać ten kryminalista? Ryzyko wpadki było duże. Nikt by mnie nie pytał o szczegóły. Stałbym się zapewne udziałowcem. Jednak odmówić zaniesienia nie mogłem, nie wiedziałem bowiem, jak zareaguje ten kryminalista, kapo. Przecież było im wszystko wolno, bez ponoszenia  żadnej odpowiedzialności. Zmuszony, pobiegłem szybko, aby pozbyć się podejrzanego towaru. Waliłem mocno pięściami w zamkniętą bramę. Już pod bramą usłyszałem jęki i ordynarne niemieckie przekleństwa. Otwierającemu więźniowi wyjawiłem cel przybycia. W środku była tylko wąska ścieżka przez podwórze do bloku mieszkalnego, gdzie przebywał adresat. Całe podwórze było zasłane nagimi, ale jeszcze wciąż żyjącymi ciałami ludzkimi. Leżeli na gołej, wilgotnej ziemi, zabrudzonej własnymi i cudzymi ekskrementami. Słyszałem jeden wielki jęk i płacz, urywane słowa, dla mnie niezrozumiałe - zapewne modlitwy. Ofiary, koło których przebiegałem, wyciągały do mnie ręce. Zapewne szukali jakiegoś wybawienia, a może tylko trochę litości. Wystawieni byli na nocne konanie, czemu wtedy sprzyjało  już zimno i drobny, zimny deszcz. Prawdziwe piekło na ziemi. Nigdy nie zrozumiem, że to wymyślił człowiek drugiemu człowiekowi. Chwilami myślałem, że mi serce stanie lub wyskoczy. W drzwiach bloku stał największy bandyta obozu, wybrany przez władze obozowe. Wybałuszone oczy odbiorcy zmroziły mnie całkowicie. Wolałbym zobaczyć chyba prawdziwego diabła, bo na obrazku diabły wyglądają jakość schludniej. Podałem paczkę i szybko w nogi. Kiedy znalazłem się już poza ogrodzeniem karnej kompanii, przeżegnałem się trzy razy i nie chcę wracać nawet myślą do tego przeżycia…

 

W Buchenwaldzie

 

W Birkenau spaliśmy w drewnianym baraku zaprojektowanym na stajnie końskie. Przez okrągły rok myliliśmy się zawsze rano do pasa w zimnej wodzie. Zębów przez pięć lat nie myło się wcale, nie było szczoteczek. Stała „dieta” zresztą tego nie wymagała. Nie wiem, jakby się moje życie dalej układało, gdyby nie nagła zmiana losu. W połowie marca 1943 r. zbudzono nas w środku nocy, wyczytano numery więźniarskie i nakazano natychmiast wyjść z bloku. Następnej nocy to samo się powtórzyło, ale wyczytano i mój numer obozowy 3121. Nagle znalazłem się wśród tysiąca więźniów, skierowanych do wyjazdu do innego obozu. Zabrani poprzedniej nocy wyjechali do obozu Neuengamme. Większość  nie doczekała wolności, bo spoczęła na dnie Morza Północnego, w zatopionych statkach. Ja i mój kolega, Wacław Poterek, skierowani zostaliśmy do obozu w Buchenwaldzie. Był to obóz o lepszym „standardzie życiowym”. Mieszkaliśmy w trzech blokach drewnianych na tzw. małym lagrze w izolacji, ze względu na tyfus plamisty, zwalczany w Oświęcimiu. Jednego wieczoru przyszedł na nasz blok zastępca najstarszego funkcją obozową więźnia. Na pewno nie był to komunista, jakich wielu obejmowało funkcje kierownicze wśród więźniów politycznych w Buchenwaldzie. Prosił o zamknięcie wejściowych drzwi i powiedział, jakby w tajemnicy: „Możecie sami osądzić i załatwić tych, którzy dokuczali wam swoim zachowaniem w obozie oświęcimskim. Rano wywieziemy ich do krematorium”.

Nie wiem, jak było na innych blokach. Widziałem natomiast, jak na moim bloku młody chłopak wskazał na niejakiego Mitasa. Ten w karnej kompani zabił mojego ojca. Mitas był funkcyjnym w karnej kompani. Osądzono go szybko i wyrok wykonano, ponieważ sprawę sprawdzono i uwierzono chłopcu. Jakiej narodowości był Mitas, dokładnie nie wiem. Poznałem go na bloku 4, jako funkcyjnego zaraz po przyjeździe do Oświęcimia. Pamiętam, jak wydawał z kociołka zupę. Był nieduży i chudy, a darł się niesamowicie i wywijał chochlą, nieraz uderzając po głowach pchających się do kotła wygłodniałych więźniów. Zapamiętałem jego częste zawołanie („bo ci nakopia do życi”). Mało kto zdaje sobie sprawę, jak zmieniają się charaktery ludzkie, kiedy człowiek jest strasznie głodny. O utracone kalorie w czasie ciężkiej pracy lub złośliwie wymyślonej gimnastyki obozowej upomina się cały ludzki organizm. Ból żołądka i jelit, silny ból głowy i wręcz niespotykane rozdrażnienie psychiczne to potworność. Trzeba to przeżyć, aby zrozumieć. Dobrowolnie ustawić się na końcu kolejki po jedną chochlę rzadkiej zupy najczęściej z brukwi mógł tylko święty lub słaby, umierający, tracący siły.

 

Pamięć trwa

 

W Buchenwaldzie w grupie około 80 więźniów byłem na eksperymencie medycznym przez kilka tylko dni. Nam, w wieku poborowym, aplikowano na przedramieniu nieznaną nam szczepionkę próbną, którą Niemcy wysyłali na front afrykański dla swoich żołnierzy. Chodziło chyba o żółtą febrę. Przez kilka dni trzymano nas na bloku i mierzono kilka razy dziennie temperaturę i ciśnienie. Pamiętam, że nieznaną mi szczepionkę w ubikacji starałem się wyssać i wypluć. Niemal cały nasz transport oświęcimski skierowano do budowy torów kolejowych na trasie Weimar-Buchenwald. Goering termin dał bardzo krótki. Maszyn nie było. Wszystko wykonywaliśmy ręcznie i łopatami. Najcięższa praca to było niwelowanie terenu, wyciąganie korzeni drzew po karczowaniu lasu, transport, zdejmowanie i zakładanie 30-metrowych szyn. Dzięki Bogu jest to tylko dzisiaj przerażające. smutne wspomnienie

 

dr Władysław Lewkowicz, lekarz weterynarii, więzień Oświęcimia nr 3121

 

Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Gerard
    11.09.2016 r., godz. 11:30

    Tak a ciekawe co teraz czuja Palestyńskie matki,kiedy ten żydowski pomiot morduje ich dzieci i mężów. Co za żydowska hipokryzja.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki