Logo Przewdonik Katolicki

Coś tu jest nie tak

Magdalena Guziak-Nowak
Fot.

Cena i treść, czyli problemy z podręcznikami. Rodzice pytają: Po co kupować nowe książki, skoro stare są dobre? I jak to możliwe, że do jednego przedmiotu jest 70 obowiązujących podręczników, a do innego nie ma… żadnego?!.

Cena i treść, czyli problemy z podręcznikami. Rodzice pytają: „Po co kupować nowe książki, skoro stare są dobre? I jak to możliwe, że do jednego przedmiotu jest 70 obowiązujących podręczników, a do innego nie ma… żadnego?!”.

I dalej: „Czy urzędnicy i nauczyciele zostawili zdrowy rozsądek na urlopie? Halo, tu ziemia! Pani nauczycielka dostanie darmowe książki z wydawnictwa, a ja, matka czworga dzieci, chodzę po rodzinie i zapożyczam się na zeszyty. Coś tu jest nie tak…”.

To zacznijmy od cen.

Wiedza kosztuje…

Choć wszelkie „szkolne” gromy spadają zwykle na Ministerstwo Edukacji Narodowej, to ceny książek ustalają wydawcy i dystrybutorzy. Wydatki zaczynają się już w przedszkolu. Komplet książek dla 4-latka to ok. 70 zł. Im dziecko starsze, tym więcej pieniędzy trzeba zostawić w księgarniach. To kłopot także w tych domach, gdzie zarabiają zarówno mama, jak i tata. Potwierdza to Elżbieta Kania z Żywca, mama sześciorga dzieci. Z irytacją opowiada o domowych porządkach, podczas których wyrzuciła dwa kartony książek. Przechowywała podręczniki z nadzieją, że kolejne dzieci będą miały z nich pożytek. Niestety.

Elżbieta Kania zauważa, że prawdziwy szał cenowy zaczął się parę lat temu. Gdy najstarsze córki chodziły do szkoły, wystarczał jeden komplet podręczników, bo dwa roczniki korzystały z tego samego zestawu. Dokupowało się tylko ćwiczenia, ale i to był spory wydatek. Teraz w wieku szkolnym są Patryk (7 lat), Daria (11) i Dominik (14). – Nie mam jeszcze wszystkich książek, a wydałam 800 zł – mówi mama. – Przy czym za zakup podręczników w lipcu dostałam w księgarni 17-procentową zniżkę, a także korzystałam z kiermaszu książek używanych. Najdroższe są podręczniki językowe, jeden komplet kosztuje ok. 70 zł. Poza tym podręczników do nauczania początkowego w klasach I–III nie można odkupić ani odsprzedać, bo zawierają ćwiczenia. Ale najbardziej denerwuje mnie fakt, że co chwilę pojawiają się  nowsze, podobno lepsze wersje. Moim zdaniem i w opinii znajomych rodziców, od tych poprzednich nie różnią się prawie niczym. Są napisane przez tych samych autorów, zawierają prawie identyczne tematy. Sprawny nauczyciel mógłby chyba przeprowadzić kilka lekcji, do których nie ma opracowania w książce? Poza tym w szkole jest ksero, za które też jako rodzice musimy zapłacić ok. 30 zł rocznie na jedno dziecko.

Kilkaset nowych książek!

Gdzie szukać winnych? W 2009 r. decyzją ówczesnej minister Katarzyny Hall zmieniono podstawę programową (wcześniejszą w 1998 r. ustalił minister Mirosław Handke). Większość przedmiotów przeszła znaczące zmiany. Konieczne stało się więc napisanie podręczników od nowa. Odświeżenia wymagały także te książki, które przestały przystawać do rzeczywistości. Trudno wyobrazić sobie sytuację, że uczeń czyta o świecie, który jest mu zupełnie obcy i na przykład nie rozumie zadania, żeby podczas sobotnich porządków pomóc mamie rozkręcić okna. „A co to znaczy rozkręcać okna?” – zapyta.

W związku z reformą tylko na rok szkolny 2009/2010 wydawcy zgłosili do zatwierdzenia ponad 500 podręczników! MEN odpowiada, że wymiana książek „odbywa się sukcesywnie i dotyczy rokrocznie tylko dwóch roczników uczniów. W roku szkolnym 2013/2014 konieczność wymiany podręczników będzie dotyczyła tylko uczniów klas V szkoły podstawowej i uczniów klas II szkół ponadgimnazjalnych”. Urzędnicy przekonują, że uczniowie pozostałych klas mogą korzystać z używanych podręczników, a wybór książki jest prawem, a nie obowiązkiem nauczyciela, który „może zdecydować się na korzystanie

z innych pomocy dydaktycznych, w tym przygotowanych przez siebie”.

Jak pogodzić urzędowe wytyczne z portfelami rodziców? – Pomóc mogą monity rodziców do nauczycieli z prośbą, by planując program swoich lekcji, uwzględnili trudności (wysokie koszty) w zakupie podręczników. Mimo oferowanej polityki prorodzinnej zakup książek jest dla wielu rodzin dużym wydatkiem. Szkoła powinna iść na rękę. To zadanie dla komisji przedmiotowych, które powinny wybrać obowiązujący w danej szkole podręcznik i w miarę możliwości nie zmieniać go przez kilka lat – radzi Teresa Król z Krakowa, autorka podręczników do wychowania do życia w rodzinie. 

Cztery książki do matematyki

Rodzice buntują się także przeciwko kupowaniu kilku pomocy dydaktycznych do jednego przedmiotu. I to nie tylko z powodów finansowych. – Dzieci są coraz głupsze, nie wiedzą, na czym się skupić – stwierdza  Elżbieta Kania. – Moje pokolenie poświęcało na naukę tyle samo czasu, ale efekty były lepsze. Uczyliśmy się z jednego podręcznika, nie mieliśmy zbiorów zadań, kart pracy itp. W szkole moich dzieci tylko pani od przyrody zrezygnowała z ćwiczeń, do pozostałych przedmiotów muszą być, mimo że czasem dzieci bardzo mało z nich korzystają. Co ciekawe, są nawet zestawy do muzyki i plastyki. Tylko czy nie lepiej zrobić zadanie w zeszycie, niż bezmyślnie wypełniać linijki w ćwiczeniach?

Podobnego zdania jest Małgorzata Adamska-Chudzińska z Wieliczki, mama  15-letniej Sylwii i nauczyciel akademicki  Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. W swojej pracy zawodowej zajmuje się m.in. tym, jak „uczyć uczyć”. – Zgadzam  się, że „owe dodatki dydaktyczne” to po prostu maszynka do robienia pieniędzy. W rzeczywistości liczba godzin przeznaczonych na dany przedmiot uniemożliwia sensowne wykorzystanie zbiorów ćwiczeń itp. Jest to ta część podręczników, których nie tylko nie można odsprzedać, ale które nie mają wpływu na rozwój intelektualny, a raczej uczą młodych ludzi „kombinowania” – jak się wykazać przed nauczycielem, a nie narobić. To nauczyciel powinien dysponować jednym zbiorem ćwiczeń i dobierać je, zadając do zrobienia w zeszycie jako zadanie domowe. W przypadku niektórych przedmiotów w ogóle takie dodatkowe ćwiczenia nie są potrzebne. Może jedynie dla uczniów o szczególnych uzdolnieniach. Mnożenie liczby podręczników do danego przedmiotu absolutnie nie służy jakości kształcenia. Przecież najważniejsza w nauczaniu jest relacja nauczyciel–uczeń, bo tylko w bezpośrednim kontakcie można pokazać pasję, zarazić entuzjazmem, zaciekawić, nawet zaintrygować tak, by uczeń sam chciał „wiedzieć i umieć”. A stąd dopiero droga do korzystania z podręczników. Zbudowana w ten sposób motywacja do nauki (osobista, wewnętrzna) nie musi być wspierana liczbą podręczników, lecz oparta na jasnych zasadach, które uczeń akceptuje. Czyżby współcześni nauczyciele stali się tak skomercjalizowani, że zapomnieli o swoim zawodowym credo?

Wartości czy antywartości?

Tym, na co oprócz ceny zwracają uwagę rodzice, jest jakość podręcznika i jego „światopogląd”. Problem ten nie dotyczy książek do matematyki czy fizyki, ale od kilku lat jest coraz lepiej widoczny w przypadku podręczników humanistycznych. Na przykład do wychowania do życia w rodzinie mamy tylko kilka podręczników. Niewielu autorów odważa się podjąć tak trudną tematykę i pisać do młodzieży o dojrzewaniu, seksualności, rodzinie. Aktuaknie jest przygotowywany podręcznik WDŻ dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych, na rynku są dwa zatwierdzone przez MEN dla gimnazjalistów, a do podstawówki nie ma… żadnego. Dlaczego?

– Książka Wędrując ku dorosłości, z której do tej pory korzystali nauczyciele, obowiązywała od około 15 lat. Po zmianie podstawy programowej musieliśmy oddać ją do ponownej recenzji – wyjaśnia Teresa Król, autorka. – Uznano, że trzeba ją poprawić pod względem językowym. Została napisana metaforycznym językiem, odwołującym się do literatury dziecięcej, w formie przypomina lekki felieton literacki. Recenzent językowy postanowił, żeby zamienić go na urzędowe i arcypoprawne sformułowania. Natomiast recenzentka ds. merytoryczno-dydaktycznych nakazała uwzględnić takie tematy jak antykoncepcja oraz profilaktyka HIV/AIDS. Jest to jednak niezgodne z podstawą programową, która takie zagadnienia przewiduje dopiero dla gimnazjalistów, a nie dla 11-,13-latków. Problemem okazało się także zdjęcie chłopca siedzącego przed komputerem, bo utrwala to stereotypy płciowe. Trzeba usunąć fotografię mamy nalewającej kompot synowi. Zdaniem recenzenta zbyt mało miejsca poświęciliśmy rodzinom innym niż tradycyjna, mimo że jest o tym cały rozdział.  To bardzo trudna sytuacja. Co mamy zrobić jako autorzy i wydawnictwo? Pokazywać ideał, jakim jest pełna rodzina z mamą i tatą, czy pochwalać i traktować na równi rodziny patchworkowe (inaczej „posklejane”, czyli np. dzieci z rozwiedzionego małżeństwa, nowi partnerzy i teściowie ich rodziców – przyp. MGN), niepełne lub z rodzicami jednopłciowymi tylko po to, by MEN zatwierdził książkę? I co na to rodzice? Czy będą sobie życzyli, żeby ich dzieci znalazły w podręcznikach takie treści? Pamiętajmy, że przygotowujemy jedną książkę dla dzieci z całej Polski. Może w Warszawie jest bardziej liberalnie, ale z podręcznika będą korzystać również dzieci z małych miasteczek i wsi. Mamy w Polsce 21 recenzentów podręczników do WDŻ. Mniej więcej połowa z nich jest opcji prawicowej, pozostali – lewicowej. O tym, kto będzie recenzował daną książkę, decydują urzędnicy. Dlatego w dużej mierze to od nich zależy, czego nauczy się polska młodzież.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki