Logo Przewdonik Katolicki

Euro, czyli basen z nieznaną ilością wody i zawartością dna

Michał Bondyra
Fot.

Podejmowanie dziś decyzji o tym, że na pewno wstąpimy do strefy euro, to skakanie do basenu o niepewnej ilości wody i nieznajomości dna mówi Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha i były prezes Rady Nadzorczej ZUS w rozmowie z Michałem Bondyrą

Podejmowanie dziś decyzji o tym, że na pewno wstąpimy do strefy euro, to skakanie do basenu o niepewnej ilości wody i nieznajomości dna – mówi Robert Gwiazdowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha i były prezes Rady Nadzorczej ZUS w rozmowie z Michałem Bondyrą

 

Premier Tusk stawia sprawę jasno: „żeby nie tułać się po peryferiach Europy, a być w jej sercu, musimy wejść do strefy euro”. Faktycznie jesteśmy na europejskich przedmieściach, a waluta euro to antidotum na całe zło tego świata?
– Premier Tusk używa słów, które mają ładnie brzmieć, nie muszą mieć natomiast żadnego sensu. Takie jest chyba założenie szefa rządu. Bo przecież przykłady Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Norwegii, ale i naszego kraju pokazują, że można być w centrum Starego Kontynentu, nie będąc jednocześnie w strefie euro.
 
Premier idzie dalej, podając nawet konkretną datę przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty. Określa ją na rok 2017, rok później niż czyni to prezydent Komorowski. Do czego mamy wchodzić? Czym jest dziś mityczna strefa euro?
– Strefa euro, do której zobowiązaliśmy się wejść, podpisując traktat akcesyjny, już nie istnieje. W związku z powyższym nie bardzo wiemy, do czego mamy wchodzić. Mało tego, nigdy nie został przeprowadzony audyt sytuacji finansowej strefy. Premier Tusk proponuje nam więc, byśmy skoczyli na główkę do basenu, w którym nie wiemy, ile jest wody i co więcej, nie wiemy także, co leży w nim na dnie.
 
To pokłosie wad genetycznych strefy euro, o których Pan swego czasu mówił?
– Strefa euro została powołana jako projekt polityczny, a nie ekonomiczny. Dlaczego? Bo gdy liberalnej pani premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher oraz socjalistycznemu prezydentowi Francji Francois Mitterrandowi nie udało się przekonać Michaiła Gorbaczowa (jedynego prezydenta ZSRR – przyp. MB), by ten ostatni nie godził się na jednoczenie Niemiec i owe zjednoczenie stało się nieuchronne, to oni postawili warunek: zgadzamy się na wspólne Niemcy, ale tylko wtedy, gdy one odejdą od marki na rzecz wspólnej waluty. Wspólna waluta nie tylko dla naszych zachodnich sąsiadów, ale i innych państw, które zostały objęte strefą euro była bez sensu, dlatego, że strefa powstała w czasach, w których obowiązywała doktryna mówiąca o tym, że w gospodarce istotne są stopy procentowe. Dziś wiemy, że tak nie jest. A przykłady Stanów Zjednoczonych i Japonii pokazują nam to dobitnie. Wspólna stopa procentowa na przykład dla Niemiec i Grecji wcale nie jest równie dobra dla jednej i drugiej gospodarki, które różnią się między sobą, patrząc choćby na cykle koniunkturalne.
 

 

Polska jednak poprzez akt akcesyjny do wejścia do strefy euro jest poniekąd zobowiązana. Przypominają nam o tym za każdym razem zwolennicy zastąpienia złotówki wspólna walutą.
– Jest to jednak zobowiązanie bardziej polityczne niż prawne, dlatego że po pierwsze nie ma terminu, w którym wejść do strefy powinniśmy, po drugie zaś dziś moim zdaniem nie jest to nawet zobowiązanie moralne, z prostej przyczyny: zobowiązaliśmy się bowiem do przystąpienia do czegoś, co już nie istnieje. A wszystko to przez dokonywane w ostatnich trzech latach zmiany prawne, instytucjonalne i ekonomiczne.
 
Czy w obliczu tego, co dzieje się w tym obszarze, dramatycznej sytuacji Grecji, Irlandii czy Portugalii, zapytanie społeczeństwa o zdanie nie wydaje się Panu zasadne?
– Pytanie o strefę euro społeczeństwa, to jak pytanie Polaków o rachunek różniczkowy. Większość o jednym i drugim nie ma zielonego pojęcia. To rząd musi zdecydować, czy waluta euro w Polsce ma sens. Moim zdaniem stwierdzenie dziś, że musimy szybko przystąpić do eurostrefy nie ma żadnego sensu, chyba że prawdziwa jest plotka mówiąca o tym, że panu premierowi zaczęło się spieszyć do eurolandu, bo obawia się, że druga kadencja prezydencka Baracka Obamy upłynie pod znakiem wycofywania się Stanów Zjednoczonych z Europy i w związku z tym nie będzie już miał kto Polski bronić przed Rosją. Liczenie jednak na to, że nasz kraj przed Rosją obroni Unia Europejska jest płonne, Unia nie ma bowiem armii, żeby bronić przed kimkolwiek Europy, a co dopiero nas.
 
Argumenty polityczne stawia się więc nad te gospodarcze. Dokąd może zaprowadzić taki tok rozumowania?
– Włodzimierz Ilicz Ulianow – pseudonim rewolucyjny „Lenin” – zawsze powtarzał, że istnieje prymat polityki nad ekonomią. No więc przywódcy Unii Europejskiej tę naukę Lenina realizują.
 
Dowodem na to, że w myśleniu o strefie euro polityka kompletnie wyparła przesłanki gospodarcze, są warunki konwergencji, które każdy z krajów strefy miał spełnić, by w niej się znaleźć. Nie dość, że dziś nie spełnia ich Polska, to nie spełnia ich prócz Luksemburga nikt, kto w strefie euro obecnie się znajduje. Po co więc do eurolandu wchodzić?
– A o to trzeba zapytać tych, którzy nas tą strefą euro rajfurzą (stręczą – przyp. MB). Przecież głównym argumentem przemawiającym za przyjęciem waluty euro było to, że będziemy musieli spełnić warunki traktatu z Maastricht. Spełnienie ich samo w sobie miało być dobrem, za którym mieliśmy podążać. Mówiłem już kilka lat temu, że możemy przecież osiągnąć warunki konwergencji, nie przyjmując przy tym wspólnej waluty. Dziś okazuje się, że – jak przekonują euroentuzjaści – powinniśmy do strefy euro przystąpić nawet nie spełniając warunków z Maastricht. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że argumenty zwolenników euro sprzed lat pozostają w jawnej sprzeczności z tym, co głoszą dziś.
 
Polityka ponad ekonomię. Polska w strefie euro nie straci suwerenności ekonomicznej? Przecież po wejściu do eurolandu to Europejski Bank Centralny przejmie funkcję emisyjną oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej Narodowego Banku Polski.
– Kiedy powszechną funkcję płatniczą miało złoto, największe państwa nie miały problemu z suwerennością ekonomiczną. Sprawa zaczęła wyglądać trochę inaczej w momencie, gdy zaczęła się emisja pieniądza fiducjarnego (papierowego – przyp. MB). Wtedy to powstała możliwość kreowania własnej polityki monetarnej przy pomocy pieniądza, której to możliwości moim zdaniem nie należy się pozbywać.
 
Tym bardziej że jak ocenił „Finacial Times”, polska złotówka była w ostatnich miesiącach najsilniejszą obok węgierskiego forinta walutą świata.
– To prawda: była najsilniejszą dlatego, że jeszcze w poprzednim roku należała do najsłabszych (śmiech). To jest jednak urok rynku. Od samego początku twierdziłem jednak, że nie należy się pozbywać waluty, na którą ma się wpływ. Pal sześć samo euro. Większym problemem jest kwestia kursu wymiany, po którym mielibyśmy przyjąć wspólną przyjąć, a więc kwestia obrony tego kursu przez jakiś czas przed przyjęciem euro. To przy tej ilości pieniędzy spekulacyjnych na światowych rynkach finansowych może być zabójcze.
 
Choćby dla naszych płac, które przeliczane po niekorzystnym kursie na euro sprawiłyby, że mielibyśmy siłę nabywczą relatywnie mniejszą niż nasi sąsiedzi. A co z zaokrąglaniem cen towarów i usług, które po wprowadzeniu euro obserwujemy choćby na Słowacji?
–Wzrost cen wynikający z tego zaokrąglania to taki demon, którym się straszy. Nie straszyłbym nim jednak, gdyby były inne poważne powody przyjęcia euro. Problem polega na tym, że ich nie ma.
 
Mówił Pan o niepozbywaniu się możliwości kreowania polityki monetarnej. Tę kształtuje się przez kurs walutowy, który z kolei wpływa na nasz rozwój gospodarczy.
– Kilka dni temu minister Jacek Rostowski powiedział, że złotówka jest zbyt silna, w związku z tym dobrze byłoby ją osłabić. A może to zrobić głupimi wypowiedziami. Gdyby było euro, to takiej możliwości by nie miał.
 
I ten rozwój gospodarczy były niezależny od nas…
 – Dokładnie tak. Mało tego, chciałbym zwrócić uwagę, że za cztery, pięć lat, kiedy według rządu i prezydenta powinniśmy przystąpić do strefy euro, prawdopodobnie w pełni wymienialna będzie waluta chińska. Gdy to nastąpi, sytuacja na światowych rynkach finansowych będzie zupełnie inna niż dziś. W związku z tym powtórzę, że podejmowanie dziś decyzji o tym, że na pewno wstąpimy do strefy euro, to skakanie do basenu o niepewnej ilości wody i nieznajomości dna.
 
Czy w kontekście całej naszej rozmowy strefa euro w przyszłości będzie miała zatem w ogóle rację bytu?
– Bogactwo narodu nie zależy od koloru farby, na jaki zadrukowany jest papier, będący na terenie danego kraju oficjalnym środkiem płatniczym. Unie walutowe czasem mają sens, a czasem nie. W przypadku tak zróżnicowanych państw europejskich ta unia sensu nie miała, nie ma i mieć nie będzie.
 

 
 
Centrum im. Adama Smitha jest pierwszym w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej, niezależnym instytutem naukowo-badawczym. Centrum nie jest związane z żadną instytucją polityczną, zostało powołane 16 września 1989 r. w formie fundacji.


Misją Centrum im. Adama Smitha jest badanie gospodarki i działanie na rzecz wolnego rynku – budowanego na fundamencie wolności i moralności oraz wolnego i odpowiedzialnego społeczeństwa. Centrum koncentruje się na prowadzeniu badań, edukacji i proponowaniu konkretnych rozwiązań ustawowych i prawno-gospodarczych.
Centrum im. Adama Smitha skupia blisko 50-osobowe środowisko ekonomistów, prawników, politologów, socjologów, informatyków oraz przedstawicieli innych dziedzin. Dr Robert Gwiazdowski kieruje pracami centrum od 29 listopada 2004 r.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki