Logo Przewdonik Katolicki

Kolor farby na banknocie nie wyznacza poziomu życia

Michał Bondyra
Fot.

Z Andrzejem Sadowskim, wiceprezydentem Centrum im. Adama Smitha rozmawia Michał Bondyra


Z Andrzejem Sadowskim, wiceprezydentem Centrum im. Adama Smitha rozmawia Michał Bondyra

 

Latem 2008 za euro płaciliśmy 3 złote i 20 groszy. Minął niespełna rok, a wartość naszej waluty spadła tak drastycznie, że w pewnym momencie na to samo euro musieliśmy wydać blisko pięć złotych. Co tak naprawdę osłabiło złotówkę?

– Osłabienie złotówki nie było efektem załamania się polskiej gospodarki, bo fizycznie nic takiego nie miało miejsca. Wpłynęła na to gra spekulacyjna wobec naszej waluty, do której bezprecedensowo przyznał się bank inwestycyjny Goldmann Sachs, który po dekapitalizowaniu miesiące temu, należy traktować jako instytucję rządu Stanów Zjednoczonych. Spekulacja nie tylko tego banku była przygotowywaną grą. Tworzono dla niej klimat raportami obwieszczającymi pogarszanie się stanu polskiej gospodarki. Oczywiście nijak się miały te „raporty” i „prognozy” do stanu faktycznego i tego, który miał później miejsce. Istotą sukcesu ataku spekulacyjnego, jest stworzenie klimatu i sprowokowanie rządu do interwencji. Decyzja o interwencji kończy się oddaniem funduszom spekulacyjnym rezerw walutowych kraju, którego rząd próbuje obronić kurs swojej waluty. Taka sytuacja miała miejsce na początku lat 90-tych w Wielkiej Brytanii ubiegłego wieku, kiedy podejmując działania w obronie funta, brytyjski rząd oddał swoje rezerwy walutowe funduszowi spekulacyjnemu Georga Sorosa. Niedawno rządowi Rosji wydawało się, że jak wygrał kilka wojen to miałby sobie nie poradzić z atakiem „bandy spekulantów”. Broniąc rubla stracił blisko 300 miliardów dolarów czyli około połowę swoich rezerw walutowych. Przykłady te pokazują, że jedyną obroną waluty przed funduszami spekulacyjnymi, dysponującymi znacznie większymi środkami niż rządy czy banki centralne broniące krajowej waluty, jest twarda deklaracja wykluczająca jakąkolwiek interwencję. Atak na polskiego złotego niestety rozwijał się i trwał tak długo ze względu na brak na samym jego początku jednoznacznej deklaracji polskich decydentów, że nie będzie żadnej interwencji podtrzymującej jego wartość. Jest to jedyna sprawdzona na świecie metoda odparcia takiego ataku.

 

W jaki sposób słaba wartość złotego odbiła się i wciąż odbija na indywidualnym konsumencie?

– Polska jest krajem na dorobku. Nasze relacje ze światem zewnętrznym polegają i przez długie lata niestety polegać będą z jednej strony na imporcie w dużej mierze dóbr inwestycyjnych oraz na spłacaniu sporych zobowiązań zaciągniętych przez kolejne rządy. Dziś sama tylko obsługa ponad 500 mld zł długu publicznego kosztuje nas, jako podatników mniej więcej tyle, ile wynosi deficyt budżetowy. Można powiedzieć, że gdyby tego długu nie było nie mielibyśmy też deficytu. A ponieważ za obsługę długu publicznego płacimy w innych walutach m.in. takich jak euro, to dla państwa, ale i jego obywateli ważna jest relacja złotego do tych walut. Silna dotychczas złotówka bardzo korzystnie wpływała na spłatę nie tylko zobowiązań a pozwalała wielu polskim przedsiębiorcom na wykup europejskiej konkurencji. Niestety te przykłady „kolonizacji” starej Unii i niebywałych dokonań naszych przedsiębiorców nie były szeroko pokazywane w mediach. Nieprawdziwe okazały się także twierdzenia mówiące, że mocny złoty osłabi nasz eksport, bo wraz ze wzmacnianiem się naszej waluty, polski eksport nie dość, że się nie słabł, to jeszcze wzrastał. Ale nadal ze względu na zły system podatkowy, biurokrację rządową itp. nie jesteśmy w stanie wykorzystać całego potencjału naszej sporej przecież gospodarki. Rozwijamy się poniżej naszych możliwości.

 

W kontekście problemów gospodarczych przedsiębiorstw, także tych państwowych, a co za tym idzie i zwiększającym się bezrobociem, dużo mówi się o tzw. umowach opcji walutowych, zawieranych między przedsiębiorcami i bankami w momencie, gdy nasza waluta była bardzo mocna…

– Opcje walutowe to pojęcie medialne, bo obejmuje kilka typów instrumentów w tym normalne zabezpieczające ryzyko kursowe. Ale zawierano umowy, w których zakładano się co do możliwości wzrostu wartości złotego. Niezależnie czy nazwiemy je opcjami był to czysty hazard, podobnego do tego, który uprawia się obstawiając choćby konie na wyścigach. Do tego hazardu część firm publicznie się przyznała, jednak pozostałe nie były w pełni świadome jaką umowę mają z bankiem i co tak naprawdę im bank oferuje. Według opinii nie tylko naszych ekspertów, nie wszystkie usługi banków kwalifikują się do bankowego tytułu egzekucyjnego mimo że przedsiębiorstwa są nimi straszone. W sporze między przedsiębiorstwem a bankiem firmy mogłyby go wygrać, gdyby w Polsce sprawnie działał wymiar sprawiedliwości, dający możliwość szybkich rozstrzygnięć. Są już wyroki w podobnych sprawach rozpoczętych lata temu i to na korzyść firm.

 

Chęć udzielenia pomocy przedsiębiorstwom skłoniła polityków do tworzenia ustawy o opcjach. To dobry pomysł?

– Pomysły rządu i opozycji czy innych ugrupowań pokazują tylko, że klasa polityczna zamiast dokonywać fundamentalnej zmiany systemu sprawiedliwości, tworzy kolejne protezy w postaci nadzwyczajnych ustaw lub kolejnych urzędów rzeczników różnych grup poszkodowanych. To jest pozorowanie pracy i tylko propaganda. Jedynym trwałym wyjściem z tej sytuacji jest szybkie rozstrzyganie każdego typu sporów nie tylko z opcjami, co jak można się przekonać ma przykładzie innych państw jest możliwe.

 

Złotówka ostatnimi czasy się umacnia, ale czy jest to dostateczny powód na to, by już rozpoczynać rozmowy na temat wejścia Polski do Europejskiego Mechanizmu Kursowego II (ERM 2), zwanego przedsionkiem euro?

– Trzeba sobie jasno określić co dziś Polsce jest potrzebne. Wszyscy politycy bez przerwy mówią o rozwoju gospodarczym, który zlikwiduje wciąż znaczące różnice między Polską a krajami starej Unii. Jak pokazuje zeszłoroczny raport Komisji Europejskiej wejście do strefy euro szybkiego rozwoju nie zapewni. Konkluzja z raportu jest taka, że wprowadzenie euro było niewątpliwie sukcesem politycznym, ale już nie ekonomicznym, bo podstawowe wskaźniki takie jak bezrobocie, rozwój gospodarczy uległy w tych państwach pogorszeniu. Mało tego Komisja zaobserwowała, że kraje, które przyjęły euro zaprzestały dokonywać jakichkolwiek zmian. Śmiem twierdzić, że wprowadzanie euro w Polsce jest zamiast przywrócenia wolności gospodarczej, odblokowania potencjału gospodarczego, czy zmiany przywołanego już przykładu wymiaru sprawiedliwości. Operacja „wprowadzanie Euro” ma przysłonić nic nie robienie do roku 2012. Stąd wprowadzenie euro uważam za sprawę całkowicie zastępczą, mająca uwolnić premiera od ciężaru realnego rządzenia i dokonywania koniecznych zmian tu i teraz.

 

Wspomniał Pan o roku 2012, do którego rząd Tuska chce wprowadzić nasz kraj do strefy euro. To dobra data?

– Podawanie konkretnej daty i chęć wprowadzenia Polski do euro za wszelką cenę to kolejna zachęta do ataku spekulacyjnego na polską walutę ze względu na konieczność utrzymywania złotówki w bardzo wąskich widełkach odchyleń kursowych. A szacowanie przez polityków, że wejście do strefy euro nastąpi w przedziale 4-5 zł jest nieodpowiedzialne i szkodliwe.

 

Czy zatem możemy w ogóle podać jakąkolwiek datę, czy poziom wartości złotego przy których wejście w strefę euro będzie dla Polski opłacalne?

– Nie, bo ważniejsze od określenia poziomu czy terminu wejścia euro jest kryterium merytoryczne, a takim byłoby zbliżenie poziomu rozwoju gospodarczego Polski do innych krajów UE mających euro. Tylko wtedy waluta obowiązująca w tamtych krajach i w Polsce nie byłaby elementem sztucznym.

 

A kiedy to zbliżenie Polska może osiągnąć?

– To w dużej mierze zależy od przywrócenia poziomu wolności gospodarczej, a więc od tego czy polscy przedsiębiorcy będą więcej czasu spędzali w urzędach czy w swoich przedsiębiorstwach, czy Polacy założą firmę w ciągu kwadransa, przy użyciu telefonu czy Internetu i mając na to trzy miesiące od rozpoczęcia działalności, jak to jest w Wielkiej Brytanii, czy będą ją zakładać tygodniami, jak to jest w naszym kraju. Jeśli to nie nastąpi to wejście do euro może paradoksalnie wyrządzić Polsce szkody, bo jak już powiedziałem w tej sytuacji politycy stracą nawet tą udawaną motywację do zmian. Samo euro im wystarczy i według nich wszystko rozwiąże i załatwi.

Warto też sobie uświadomić, że wejście do euro nie rozwiąże nagle wszelkich problemów, nie wpłynie na obniżenie poziomu biedy, czy podniesienie poziomu bogactwa. Najlepszym przykładem są od początku będący w strefie euro Włochy. W Kalabrii poziom biedy jest porównywalny z tym, który widzimy w niektórych rejonach w Polsce.

 

O czym to świadczy?

– O tym, że źródłem bogactwa nie jest kolor farby na banknocie, który jest w obiegu i że nie on wyznacza poziomu życia. Możliwości podniesienia stopy życiowej daje nam nie euro, a wolność gospodarcza i większa niż w innych krajach możliwość korzystania z owoców własnej pracy. Dziś Polacy pracują i zakładają firmy za granicą, bo w większym stopniu niż we własnej ojczyźnie zatrzymują efekty swojej pracy.

 

Mówimy o warunkach, terminach, przyjmując przy tym wejście w strefę euro jako pewnik. Faktycznie musimy pożegnać się z polską złotówką?

– Traktat zobowiązuje nas do przyjęcia euro, ale co ważne nie narzuca przy tym terminu. Warto przy euro krótko przypomnieć argumentację polityków mających skłonić nas do zgody na przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Twierdzili, że jak już tam się znajdziemy to Unia da pieniądze na autostrady. Jesteśmy w UE, faktycznie dostaliśmy pieniądze na autostrady, ale jak ich nie było tak nie ma. Bo nie jest to sprawa ani Unii ani pieniędzy, ale dobrego lub złego rządzenia, a z tym ostatnim od lat mamy do czynienia w Polsce. Tak samo jest z euro. Istota problemu tkwi w jakości rządzenia. Jak Polska będzie dobrze rządzona to będziemy się szybko rozwijać. Przyjęcie euro nie będzie wówczas celem samym w sobie jak chcą teraz politycy.

 

 

 

Kryteria konwergencji nominalnej – ustalone w protokole do traktatu z Maastricht wskaźniki ekonomiczne i zasady, jakie powinna spełniać polityka gospodarcza danego państwa, które aspiruje do członkostwa w Unii Gospodarczo-Walutowej (UGW) i tym samym do strefy euro. Są to:

1) Kryteria pieniężne:

– średnia stopa inflacji w ciągu roku poprzedzającego akcesję do UGW nie może być wyższa niż 1,5 punktu proc. od pułapu wyznaczonego przez średni poziom inflacji obliczony dla 3 państw o najniższej inflacji w UE

– średnia nominalna długoterminowa stopa proc. nie może być wyższą niż 2 punkty proc. od poziomu wyznaczonego przez średni poziom stóp proc. w 3 krajach o najniższej stopie inflacji w UE

– stabilny kurs walutowy w ciągu 2 lat poprzedzających akcesję kraju do UGW, czyli udział w mechanizmie kursowym Europejskiego Systemu Walutowego, na mocy którego dany kraj powinien przestrzegać przedziału wahań (+/– 15 proc.) swojej waluty w ramach ogólnounijnego systemu ERM II, nie może też w tym czasie dokonać samodzielnej dewaluacji własnej waluty wobec waluty innego kraju UE

2)  Kryteria fiskalne: deficyt budżetowy mierzony w roku poprzedzającym ocenę w cenach rynkowych nie może przekraczać 3 proc. PKB danego kraju, a dług publiczny w roku poprzedzającym ocenę nie może przekraczać 60 proc. PKB danego kraju

3)  Kryterium jakościowe (dodatkowe): niezależność banku centralnego (funkcjonalna, finansowa, osobista).

 

 

 

Opcja walutowa to umowa zawarta pomiędzy nabywcą (kupującym) a wystawcą (sprzedającym), według której nabywca ma prawo, a nie obowiązek do kupna albo sprzedaży określonej ilości jednej waluty (np. złotówki) za inną walutę (np. euro) według określonego kursu bazowego w uzgodnionym dniu lub jakimś odcinku czasu. Za zakupione prawo nabywca płaci wystawcy premię, ponieważ wystawca w ten sposób zostaje zobowiązany do realizacji prawa nabywcy.

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki