Logo Przewdonik Katolicki

Od książki do filmu

Natalia Budzyńska
Fot.

Choć ekranizacjiWładcy Pierścieninie mam wiele do zarzucenia, to jednak wolałabym, żebyHobbitaprzede wszystkim poznawało się z lektury. Peter Jackson tym razem zrobił po prostu przygodowy film fantasy za ogromne pieniądze w stylu hollywoodzkim. W powodzi efektów zagubił się tolkienowski czar.

Choć ekranizacji Władcy Pierścieni nie mam wiele do zarzucenia, to jednak wolałabym, żeby Hobbita przede wszystkim poznawało się z lektury. Peter Jackson tym razem zrobił po prostu przygodowy film fantasy za ogromne pieniądze w stylu hollywoodzkim. W powodzi efektów zagubił się tolkienowski czar.

 

Miłośnicy Tolkiena na całym świecie chyba byli zgodni co do tego, kto powinien podjąć się ekranizacji Hobbita – Peter Jackson udowodnił, że rozumie Śródziemie bardzo dobrze, ujął drobiazgowością, z jaką odtwarzał świat Tolkienowskiej trylogii, i zagłębieniem się w stworzoną przez Tolkiena mitologię. Poza kilkoma drobnymi mankamentami, które można zarzucić ekranizacji Władcy Pierścieni trzeba przyznać, że udało mu się przekazać atmosferę towarzyszącą lekturze, a co najważniejsze, że umiejętnie zagospodarował efektami specjalnymi. Zastosowane z umiarem i wyważeniem nie zdominowały filmu, a raczej mu służyły: powieściowy świat stawał się prawdziwszy. Tymczasem po obejrzeniu najnowszej produkcji wyszłam z kina rozczarowana. Hobbit Jacksona to sprawnie zrobiony komiks, z wieloma scenami w stylu „zabili go i uciekł”, z wymyślonymi wątkami pobocznymi niczego zresztą niewnoszącymi, zinfantylizowany i przeważnie przerysowany. Ciężar Hobbita jest oczywiście mniejszy niż Władcy Pierścieni – Tolkien przecież napisał tę książkę dla swoich dzieci. Ale nigdy nie była to opowieść infantylna – Tolkien zbyt poważnie podchodził do opowieści jako takiej. 

 

Bajka czy epos
Pewnego letniego dnia Tolkien, profesor filologii staroangielskiej na uniwersytecie w Oksfordzie, siedział przy oknie w swoim gabinecie i poprawiał prace egzaminacyjne swoich studentów. „Jeden z uczniów, na szczęście, zostawił jedną pustą stronę (co jest najlepszą rzeczą, jaka może przydarzyć się egzaminatorowi), więc napisałem na niej:  „W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit”. Nazwy są u mnie źródłem opowieści. W końcu pomyślałem, że chyba powinienem się dowiedzieć, jacy są hobbici” – wspominał profesor Tolkien po latach. Z tym jednym zdaniem długo jednak nic się nie działo. Na początku lat 30. powstała opowieść dla dzieci, która w formie maszynopisu przypadkowo dotarła do Stanleya Unwina, prezesa wydawnictwa. Książka została wydana w 1937 r. i spodobała się także dorosłym. Ukazało się kilka pochlebnych recenzji, ale środowisko oksfordzkie milczało, z wyjątkiem przyjaciela Tolkiena, S.C. Lewisa, który od początku był Hobbitem zachwycony: „Trzeba pamiętać, że jest to książka dla dzieci tylko w tym sensie, że po raz pierwszy, lecz nie ostatni, można ją czytać w pokoju dziecięcym. Alicję w Krainie Czarów czytują z powagą dzieci i ze śmiechem dorośli, natomiast Hobbit rozbawi najmłodszych czytelników, ale dopiero lata później, przy dziesiątym czy dwudziestym czytaniu, uświadomią sobie, jaka wspaniała wiedza i głęboka refleksja sprawiły, że wszystko jest tam tak dojrzałe, tak przyjazne i na swój sposób tak prawdziwe. Niebezpiecznie jest przepowiadać, ale Hobbit ma wielkie szanse stać się klasyką” – i dodawał w eseju O opowieściach – „Hobbit unika niebezpieczeństwa zredukowania go do prostej fabuły i sensacji dzięki bardzo szczególnej zmianie tonu. Gdy obumiera humor i swojskość pierwszych rozdziałów, ta czysta <<hobbitowość>>, niepostrzeżenie wchodzimy w świat eposu”.
 
Najpierw było słowo
Tolkien przyznawał, że zupełnie nie ma pojęcia, skąd przyszła mu do głowa nazwa „hobbit”. Pojawienie się hobbitów było czystym natchnieniem, a nie wynikiem rozumowej kombinacji. Reszta bohaterów zaludniająca Śródziemie ma jednak swoje źródła w zainteresowaniach Tolkiena literaturą staroskandynawską. Na przykład imiona krasnoludów oraz imię Gandalfa pochodzą z fragmentu eddyjskiego poematu Dvergatal, czyli Rejestr krasnoludów. Tolkien tchnął życie w pozornie bezduszną listę imion. Dla Tolkiena te imiona były pozostałością po jakiejś historii, pamiątką po krasnoludzkiej odysei. Rozmowa Bilba ze smokiem Smaugiem wzorowana jest – jak wiele innych znajdujących się tu scen – na eddyjskim poemacie Fáfnismál. Także „bezdroża Mrocznej Puszczy” i „Góry Mgliste” pojawiają się w kilku poematach – przymiotniki zamienił Tolkien w nazwy własne, słowa obrócił w rzeczy. To wcale nie jest bez znaczenia, na kształt książki ma ogromne znaczenie fakt, że napisał ją filolog i człowiek, którego pasją było tworzenie języków i odkrywanie źródeł nazw, ale także stare mitologie. Lewis miał rację mówiąc o Hobbicie, że to tylko pozornie lekka opowieść dla dzieci o przygodach Bilba Bagginsa. Owszem, ta warstwa tekstu jest bardzo pasjonująca i mówi o tym, że warto ryzykować. Bilbo zerwał z wygodą i codziennością, wyruszył na spotkanie przygody, zaryzykował i spotkały go rzeczy nieoczekiwane. Jego horyzonty niezwykle się poszerzyły, dowiedział się wielu rzeczy o sobie i o świecie, o których istnieniu nie miał pojęcia. Przede wszystkim zmierzył się z własnym strachem, który pokonał (nie każdy może walczyć ze smokiem, ale każdy może walczyć ze strachem). Tolkien pewnie chciał przekazać swoim dzieciom, że „są rzeczy, dla których trzeba zaryzykować utratę wygody i bezpieczeństwa, by wyjść, zobaczyć je i zrobić” – jak napisał w swoim słynnym eseju O baśniach. Niepostrzeżenie jednak okazuje się, że niepozorny Hobbit staje się częścią jakiejś całości, mocno osadzony w starożytnym świecie. Dla Lewisa, profesora literatury, od razu staje się jasne, że wchodzimy w świat eposu. Między wierszami odnajdujemy sygnały dawnych czasów, o których na razie nic nie wiemy – przynajmniej dopóki nie przeczytamy Silmarilionu – Tolkienowskiej mitologii. Badacz literatury Tolkiena, T.A. Shippey, autor Drogi do Śródziemia zauważa, że ulubionym słowem Tolkiena jest słowo „oczywiście”, które wprowadza coś, co jest w istocie niewyjaśnione czy nieprzewidywalne, np.: „Wiedział oczywiście, że gra w zagadki uświęcona jest starożytną tradycją”. To słowo daje poczucie, że więcej informacji znajduje się na obrzeżach opowieści i że wydarzenia toczą się zgodnie z regułami. Narrator przez tego typu słowa ustosunkowuje się do archaiczno-heroicznego tła: jego przekaz jest rzeczowy, a jednocześnie zdawkowy, ale niepostrzeżenie usypia czytelnika, który uznaje ten świat i te reguły za prawdziwe.
 
Oczy Thorina
To złudzenie prawdy i perspektywy historycznej próbował przenieść na ekran Peter Jackson, wplatając w podstawowy nurt opowieści sceny z dalekiej przeszłości. Jednak to nie one zadecydowały o wydłużeniu filmu, który z początkowych dwóch części rozrósł się do trzech niemal trzygodzinnych seansów. Nie wiadomo zupełnie, dlaczego scenarzyści powymyślali dodatkowe wątki, na które nie ma miejsca w całej spuściźnie literackiej Tolkiena. Owszem, te wątki nie mają wielkiego wpływu na przebieg akcji, a jedynie na odbiór filmu. Jackson zrobił film nie wiadomo dla kogo: dorosłych wynudzą sceny rodem z gry komputerowej (ucieczka krasnoludów z jaskini goblinów), dzieci przestraszą się ohydnego orka Azoga. Za to nastoletnie dziewczęta mogą wpatrywać się z zachwytem w uwodzicielskie oczy Thorina, który zupełnie nie przypomina krasnoluda. Z kolei dla małoletnich wielbicieli Opowieści z Narnii Jackson przygotował postać Radagasta, czarodzieja, z którego zrobił kretyna z gniazdem na głowie i ptasią kupą na włosach. Radagast, który opiekuje się wszystkimi stworzeniami żywymi, mówi tu po imieniu do jeży (koszmarna scena przywracania życia jeżowi o imieniu Sebastian) i porusza się na saniach ciągniętych przez króliki. Możemy do tego dodać elfa Thranduila (króla elfów z Mrocznej Puszczy) na reniferze i już można przestać traktować Hobbita poważnie. Film ratuje odtwórca głównej roli: Martin Freeman jest prawdziwym hobbitem, a scena zadawania zagadek to aktorski popis jego i Andy’ego Serkisa w roli Golluma. Tolkienowski czar przywraca na chwilę motyw krasnoludzkiej pieśni śpiewanej podczas kolacji u Bilba: jest tajemniczo i starożytnie. Trzeba też przyznać, że dobre wrażenie robi atak smoka i nie jest to smok rodem z bajki, o nie. Ta scena skonstruowana jest zgodnie z najlepszymi regułami kina – pokazać jedynie niewielki fragment tego, czego powinniśmy się przestraszyć – sprawia, że groza rozsiewana przez Smauga staje się całkiem realna. Powstał więc film nierówny, tak jakby Jackson nie mógł się zdecydować, dla kogo go robi i po co. Żeby przywrócić czar Śródziemna czy zarobić olbrzymie pieniądze, rozciągając akcję na siłę i mnożąc efekty specjalne? W każdym razie ja jestem szczęśliwa, że świat eposów Tolkiena poznawałam z książek i że Hobbita zobrazowałam sobie najpierw w swojej wyobraźni. Wolałabym, żeby ta kolejność była obowiązkowa.       
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki