Logo Przewdonik Katolicki

Mamy do czego wracać

Błażej Tobolski
Fot.

O łacinie wciąż obecnej wokół nas i możliwościach ożywienia tego starożytnego języka, z filologami klasycznymi prof. dr hab. Elżbietą Wesołowską i prof. dr hab. Sylwestrem Dworackim

 rozmawia Błażej Tobolski

 

Spotykamy się dziś nierzadko z postawą zapominania o chrześcijańskich korzeniach naszej kultury, a nawet z próbami ich negowania. Czy nie podobnie jest z łaciną?

 

Prof. Elżbieta Wesołowska (E.W.) − Łacina bez wątpienia leży u podstaw naszej kultury i cywilizacji, z której wyrastamy. Tym samym jest dla nas jakąś koniecznością, mimo że na co dzień wydaje nam się niepotrzebna i często nie pamiętamy o niej. Bez niej jednak na pewno z czasem utracilibyśmy dorobek wielu pokoleń, jak i świadomość swoich korzeni.

 

Prof. Sylwester Dworacki (S.D.) − To prawda. Nie znając łaciny, nie będziemy mogli sięgnąć do źródeł naszej kultury. Obecnie w Europie często odżegnujemy się od chrześcijaństwa i być może w tym duchu próbujemy także odciąć się od łaciny postrzeganej jako język związany z Kościołem. Musimy jednak pamiętać, że łacina, a także greka, to nie tylko chrześcijaństwo. To przede wszystkim bogata literatura starożytności niechrześcijańskiej, z której czerpie od wieków zarówno Kościół, jak i cała nasza cywilizacja.

 

Można chyba jednak odnieść wrażenie, że obecnie mało kto, prócz specjalistów, sięga do oryginałów? Nie znając łaciny i greki nawet na studiach, korzystamy po prostu  z przekładów. Może to wystarczy.

S.D. − Trzeba mieć świadomość, że wszystkie, nawet najlepsze przekłady się starzeją. Nie wystarczy raz przetłumaczyć dany tekst. Zresztą okazuje się, że prawie każde pokolenie chce mieć swoje przekłady, pragnie samemu, na nowo interpretować teksty klasyczne. A do tego niezbędna jest dobra znajomość łaciny i greki.

Poza tym nie chodzi tu tylko o sam język, ale także o kulturę z nim związaną, retorykę, zasady dające umiejętność poprawnego i pięknego wysławiania się. Zresztą, aby głębiej poznać kulturę starożytną, trzeba znać języki, w których tworzyła swoje dzieła. Dotyczy to również kultury europejskiej, która na niej wyrosła. Kiedy bowiem weźmiemy do ręki na przykład starodruk z XVIII w., możemy zachwycić się jego formą, piękną oprawą, układem graficznym. Ale bez łaciny nic nie zrozumiemy z jego treści. Nie poznamy istoty tej książki i tak naprawdę pozostanie dla nas martwa. Idąc w tym kierunku, zatracamy wiedzę o naszej przeszłości.

 

Czy dzisiaj mimo wszystko łacina nie została zamknięta właśnie w starych woluminach wypełniających archiwa i pracownie filologów?

S.D. − Wbrew pozorom wokół nas jest bardzo dużo odniesień do języka łacińskiego i kultury starożytnej, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Trzeba bowiem umieć je dostrzec i odczytać.

 

E.W. − Wiele używanych dziś słów i terminów ma łacińską lub grecką genezę. Ot chociażby: konstytucja, edykt, dokument, dyplomacja, korespondencja, żeby podać tylko nieliczne przykłady. Nasz język bowiem kształtował się także pod wielkim wpływem łaciny. Zdarza się jednak, że nie znając tego języka, kaleczymy go, używając pseudołacińskich terminów, które w niektórych dziedzinach, chociażby w medycynie, wydają się brzmieć bardziej profesjonalnie niż polskie nazwy czy wręcz nobilitująco. Pierwszy z brzegu przykład: przychodnia „Art Medicum”. Brzmi ładnie, nawet trochę tajemniczo, ale skonstruowana jest wbrew wszelkim zasadom łaciny. Powinno być: „Ars Medica”, czyli sztuka lekarska. Ale jak się okazało, taka nazwa już istnieje, stworzono więc inną, tyle że z błędami. Niby więc odcinamy się od łaciny, a tak naprawdę korzystamy z niej. Szkoda tylko, że nie zawsze zadajemy sobie trud sprawdzenia naszej twórczości u źródła.

 

Może istnieje więc szansa na ożywienie tego języka?

S.D. − Mamy w historii najnowszej przykłady na to, że język nieużywany na co dzień, jeśli ma dobre podstawy i jest bogaty w słownictwo, można ożywić, odbudować. Udało się to Grekom, którzy w XIX w., kiedy odradzało się ich państwo, sięgnęli po starożytną grekę. Mieli do czego wrócić po wiekach, do czego się odwołać, ponieważ już w czasach Bizancjum stwierdzono, że najlepsza greka to dialekt attycki i to w nim tworzono literaturę. Podobnie Żydzi, kiedy odradzało się w XX w. państwo Izrael, stworzyli nowożytny język hebrajski na bazie starożytnego. Przywrócono mu życie, mimo że większość z nich posługiwała się jidysz.

Do naszych czasów zachowała się również tzw. lingua Latina, czyli oficjalny język łaciński, który stanowił podstawę tego wszystkiego, co dokonywało się przez wieki w tej części Europy w kulturze i literaturze. Przetrwała ona w niezmienionej formie do dziś, mimo że już w średniowieczu używano także tzw. lingua Romana, czyli języka przyniesionego z Rzymu, łaciny potocznej, wulgarnej (od łacińskiego vulgus − lud). Z niego właśnie wyszła cała rodzina języków romańskich: włoski, francuski, hiszpański. Co prawda w okresie renesansu, kiedy także łacina przeżywała swoje odrodzenie, w codziennej mowie zwyciężyły języki narodowe. Jednak lingua Latina przetrwała, tak jak świadomość, że mamy do czego wracać.

 

E.W. − Z jednej strony trzeba przyznać, że dla współczesnej młodzieży łacina zasadniczo jest językiem obcym. Jeśli już nawet jest nauczana w liceach, to na zasadzie zajęć nieobowiązkowych. Postrzegana jest też w kategoriach języka, który nie będąc językiem współczesnym, do niczego się później w życiu nie przyda.

Natomiast z drugiej strony, w naszym instytucie już od 10 lat prowadzimy w czasie wakacji kursy żywej łaciny, ucząc młodzież porozumiewać się w tym języku. I chętnych nie brakuje, bo często bierze w nich udział po kilkadziesiąt osób. A nikt ich do tego nie zmusza. Niektórzy z nich przychodzą też potem do nas na studia.

 

Skąd wśród tych młodych ludzi bierze się chęć poznania właśnie łaciny, tym bardziej że na pewno wymaga się od nich również opanowania co najmniej dwóch języków nowożytnych?

E.W. − Część z nich traktuje to zapewne jako wakacyjną przygodę. Myślę, że mają też świadomość, że poznając łacinę, umieją coś więcej niż inni. Trzeba też zaznaczyć, że łacina jest klasyczna, a klasyka to ład i porządek. Jest w niej logika, retoryka, akcenty. I to uporządkowanie przyciąga młodzież. W dzisiejszym, często pełnym chaosu i rozbiegania świecie, kiedy wiele rzeczy chwieje się i zmienia, potrzebują czegoś, co jest poukładane. A łacina jest niezmienna, taka, jaka była przed wiekami. Nie podlega też nowoczesnym i przemijającym modom i trendom.

Z moich kontaktów ze środowiskami studenckimi i naukowymi za granicą wynika też, że młodzież ucząca się łaciny jest lepiej wytrenowana umysłowo. Jej nauka i używanie wymaga bowiem konsekwencji oraz logiki i daje dobrą formację intelektualną. A takie cechy, to również atut na rynku pracy.

 

S.D. − Dlatego warto, aby istniała też dla tych młodych ludzi ścieżka rozwoju uwzględniająca łacinę. A jej naukę najlepiej rozpocząć już w gimnazjum i liceum. Wówczas jest szansa, że odkryją w sobie pasję do tego języka.

 

Jedną z nielicznych instytucji, w których funkcjonuje obecnie łacina, jest niewątpliwie Kościół. Jak postrzegają Państwo jego rolę w ożywianiu tego języka?

S.D. − Moim zdaniem przed Kościołem stoi na tym polu ogromne wyzwanie, które coraz bardziej sobie uświadamia i podejmuje je. Świadczy o tym chociażby ustanowienie właśnie przez Benedykta XVI Papieskiej Akademii Języka Łacińskiego, której zadaniem ma być krzewienie używania i znajomości łaciny zarówno w środowisku kościelnym, jak i świeckim. Zresztą już teraz to właśnie w Kościele mamy kontakt z łaciną. Coraz częściej używa się jej podczas części stałych Mszy św., słyszymy ją też w wykonaniu chórzystów. Sięga się po nią również chętnie, śpiewając kanony. Wspaniałym tego przykładem jest wspólny śpiew łaciński różnojęzycznej młodzieży w czasie spotkań Ekumenicznej Wspólnoty z Taizé. Zresztą łacina to taki język, który bardzo dobrze się śpiewa.

 

E.W. − Odnowienie związku z korzeniami, z tradycją, jeśli przeprowadzane jest świadomie i z przekonaniem, wiąże się jednocześnie z odnową moralną. A to dziś jest nam również bardzo potrzebne, nie tylko w Kościele. Wydaje mi się też, że po Soborze Watykańskim II mając z możliwość korzystania w liturgii z języków narodowych, co jest zresztą zjawiskiem pozytywnym, chyba za bardzo zepchnęliśmy łacinę do lamusa. Ale ona tam czeka, choć może trochę przykurzona, aby odkryć ją na nowo.

 

 


 

Prof. dr hab. Elżbieta Wesołowska jest latynistką, dyrektorem Instytutu Filologii Klasycznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, członkiem Komitetu Nauk o Kulturze Antycznej Polskiej Akademii Nauk i Prezydium Polskiego Towarzystwa Filologicznego.

 

Prof. dr hab. Sylwester Dworacki jest hellenistą, emerytowanym pracownikiem Instytutu Filologii Klasycznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, z którym związany jest od 1962 r. Napisał ponad 60 publikacji naukowych z zakresu filologii klasycznej.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki