Logo Przewdonik Katolicki

Od chrztu do chrystianizacji  

Błażej Tobolski
FOT. PIOTR GOŁĘBNIAK/FOTOLIA

966 – tę datę z historii Polski rozpoznajemy bez trudu. Z rokiem 968 jest już nieco gorzej. A przecież ustanowienie pierwszego na ziemiach polskich biskupstwa było wydarzeniem nie mniej znaczącym niż chrzest Mieszka I.

Oddajmy głos prawie że naocznym świadkom tamtych przełomowych dla przyszłości naszego narodu wydarzeń. „Mesco dux Polonie baptizatur” (Mieszko książę Polski został ochrzczony) – czytamy w Roczniku kapituły krakowskiej pod rokiem 966. Powstał on co prawda dopiero w 1266 r., ale stanowi odpis starszego, zaginionego rocznika, który prawdopodobnie spisywany był na bieżąco w otoczeniu księcia. Dwa lata później, pod datą 968, pochodzące z X w. Roczniki Czeskie podają: „Polonia cepit habere episcopum” (Polska zaczęła mieć swego biskupa). I właściwie to wszystko, czego się z nich dowiadujemy.
Potem mamy jeszcze nieliczne wzmianki czy komentarze, które wyszły spod pióra kronikarzy. Wzbogacali je niekiedy opowieściami mającymi wyjaśnić i uzasadnić to, czego nie podają źródła. To na tych materiałach pracują historycy, szukając odniesień i analogii w innych tekstach oraz wydarzeniach z epoki. Interpretując je, starają się połączyć ze sobą fakty i domysły, tworząc w ten sposób koncepcje i hipotezy. Nie możemy tu pominąć archeologów, których na pozór nawet drobne odkrycia potrafią niekiedy wprost zrewolucjonizować wiedzę o tych najdawniejszych czasach.
 
Jedna bitwa, dwa miecze
– Chrzest Mieszka w 966 r. włączył nas do wspólnoty narodów chrześcijańskiej Europy, a powstanie już w 968 r. niezależnego biskupstwa w Poznaniu potwierdziło suwerenność państwa polskiego – uważa prof. Tomasz Jasiński z Instytutu Historii UAM w Poznaniu. Zajmując się od lat średniowiecznymi kronikami i rocznikami, uznaje datę ustanowienia biskupstwa za w miarę potwierdzoną źródłowo. Pozostało poszukać odpowiednich okoliczności, w których papież mógłby dokonać tak ważnego aktu. Jego zdaniem, doskonałą do tego sposobnością był synod, jaki rozpoczął się w Rzymie w Boże Narodzenie 967 r., zaraz po koronacji 12-letniego Ottona II dokonanej za życia jego ojca Ottona I. Wówczas za początek nowego roku uznawano już Boże Narodzenie.
Na uroczystość koronacji cesarz otrzymał cenny dar przekazany przez poselstwo Mieszka I: miecz saskiego margrabiego, a zarazem buntownika i banity, Wichmana. – Mimo że był on krewnym cesarza, sprawiał mu sporo kłopotów na północy państwa, zagrażając jego trzonowi, jakim była Saksonia. Razem z bitnymi słowiańskimi plemionami Wieletów najeżdżał zarówno ziemie cesarstwa, jak i Mieszka I, który ponosił w tych starciach kolejne klęski. Dopiero sprzymierzone wojska polsko-czeskie pokonały Wichmana. Wiemy, że tę przełomową dla Polaków bitwę, której znaczenie można, moim zdaniem, porównać do Bitwy Warszawskiej, stoczono 22 września 967 r., ale niestety nie wiemy gdzie. Jak wspomina kronikarz Widukind z Korbei, umierający Wichman oddał swój miecz Mieszkowi, uznając go za równego sobie godnością wodza, prosząc by przekazał go cesarzowi – opowiada prof. Jasiński. Uważa również, że ten tak ważny militarny sukces stanowił doskonałą okazję, by zwrócić się do cesarza z prośbą o niezależne biskupstwo. Tym bardziej że dysponujemy odpisem dokumentu datowanego na 2 stycznia 968 r., powołującego biskupstwo w Miśni, również podległe bezpośrednio Stolicy Apostolskiej.
Biskupstwo w Poznaniu zostało utworzone, a poselstwo Mieszka powróciło z innym mieczem. Papież Jan XIII ofiarował bowiem polskiemu księciu miecz, a właściwie tasak będący rodzajem noża rybackiego, którym św. Piotr miał odciąć ucho Malchosowi w Ogrodzie Oliwnym podczas aresztowania Jezusa. Prawdopodobnie to na tej relikwii ufundowano poznańską katedrę pw. św. Piotra Apostoła. O mieczu tym dowiadujemy się niestety dopiero z XV-wiecznej kroniki Jana Długosza, jego autentyczność podawana jest więc w wątpliwość. Jednak przeprowadzone przed kilku laty badania metaloznawcze głowni miecza, wskazują na jego pochodzenie z I w. Istnieje też przypuszczenie, że pełnił funkcję miecza koronacyjnego pierwszych polskich królów.
 
Problemy z Jordanem
Imię pierwszego biskupa poznańskiego, Jordana, znamy dzięki Thietmarowi z Merseburga piszącemu swoją kronikę na początku XI w. To podstawowe źródło dla naszej historii z tego okresu. Przypuszcza się, że Jordan był mnichem benedyktyńskim pochodzącym z terenu dzisiejszych Włoch. Prof. Jasiński uznaje również za prawdopodobne, że wywodził się z Dalmacji, której mieszkańcy posługiwali się wówczas zarówno łaciną, jak i językiem słowiańskim. Być może przybył do kraju Polan jako misjonarz już w orszaku księżniczki Dobrawy i to on udzielał Mieszkowi chrztu i bierzmowania.
Nieznany jest także jego dokładny status jako pierwszego biskupa poznańskiego, którego diecezja obejmowała całe ówczesne władztwo Mieszka. Zapewne nie został podporządkowany, jak uznawano dawniej, metropolii w Magdeburgu, ale podlegał bezpośrednio papieżowi. Arcybiskupstwo to, położone na pograniczu germańsko-słowiańskim, utworzono co prawda z myślą o działalności misyjnej wśród Słowian, jednak dopiero jesienią 968 r. W końcu nie jesteśmy pewni nawet daty śmierci Jordana: przyjmuje się tu rok 982 lub 984.
Różnie interpretowany jest również status jego następcy, biskupa Ungera, jednocześnie opata klasztoru benedyktynów w Memleben. Była to, leżąca na pograniczu saksońsko-turyńskim, jedna z czołowych rodowych siedzib dynastii cesarskiej. Prof. Tomasz Jurek z Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk uważa, że święcenia biskupie musiał przyjąć od jednego z arcybiskupów niemieckich (prawdopodobnie magdeburskiego), co stawiało go w zależności od tego metropolity. Z kolei prof. Jasiński utrzymuje, że jako biskup poznański zachowywał niezależność.
W każdym razie, jak ustalono podczas najnowszych badań, to za jego czasów rozpoczęto w Poznaniu budowę katedry, wzorując się na ufundowanej przez Ottona II w 979 r. bazyliki w Memleben. Obecnie uważa się, że ta pierwotna, przedromańska katedra miała 51 m długości i była największą wśród najstarszych budowli monumentalnych powstałych w Europie Środkowej około roku 1000, zdecydowanie wyróżniając się na tle znacznie skromniejszych kościołów tego czasu.
 
Wielki powrót Gniezna
Przy okazji obchodów związanych z jubileuszem ustanowienia pierwszego na ziemiach polskich biskupstwa, może pojawić się pytanie, dlaczego powstało ono w Poznaniu, a nie w Gnieźnie. To przecież w Gnieźnie upatrywano tego symbolicznego „gniazda” dynastii piastowskiej. Przez długi czas również to właśnie tam lokowano pierwszą stolicę Polski.
Dziś historycy są zgodni, że w czasach pierwszych Piastów nie istniała jedna stolica w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Centrum władzy było tam, gdzie aktualnie znajdował się władca podróżujący ze swoim dworem po kraju. Wskazują jednak na Gniezno jako na ideowe centrum w państwie Mieszka, nazywanym nawet niekiedy państwem gnieźnieńskim. – Gniezno było też miejscem specyficznym, co pokazują badania archeologiczne. W płaskim krajobrazie dominowało wysokie wzniesienie (Góra Lecha), długi czas niezasiedlone, otoczone szerszą niezamieszkałą strefą jako święte miejsce plemienne, zapewne miejsce kultu pogańskiego. Możemy podejrzewać, że Mieszko budując państwo, nie odważył się naruszyć tego sacrum – zauważa prof. Tomasz Jurek. Dlatego zapewne to w Poznaniu wzniósł wielki, wciąż rozbudowywany gród, swoją reprezentacyjną rezydencję (możemy się domyślać, że ulubioną, choć nie jedyną oczywiście) i kaplicę dla swojej chrześcijańskiej żony. To miejsce wybrano też na siedzibę biskupa. – Może Mieszko nie chciał tego nowego Boga umieszczać w świętym miejscu plemiennym, naruszając jego sakralne tabu? Minęło pokolenie zanim Bolesław Chrobry w 997 r. złożył tam ciało św. Wojciecha, relikwię męczennika nowej wiary, czyniąc to miejsce świętym, ale dla chrześcijaństwa. Może czuł się już na tyle silny, by zlekceważyć owo sakralne tabu? – zastanawia się prof. Jurek. Tak czy inaczej, to właśnie w Gnieźnie, na grobie św. Wojciecha, zbudowana została w roku tysięcznym, podczas Zjazdu Gnieźnieńskiego z udziałem cesarza Ottona III, cała struktura Kościoła w Polsce z własną metropolią.
Trzeba przy tym zauważyć, że metropolitą nie został Unger, jedyny dotychczasowy biskup na ziemiach polskich, tylko Radzim Gaudenty, kandydat cesarza i brat św. Wojciecha. Natomiast znacznie uszczuplone terytorialnie biskupstwo poznańskie nie podlegało nowej metropolii aż do śmierci biskupa Ungera w 1012 r. Dlaczego tak się stało, możemy jedynie domniemywać.
 
Kłopoty z chrystianizacją
W standardach X w. państwo Mieszka I jak najbardziej można było nazwać państwem chrześcijańskim. Jego władca i elity (a przynajmniej ich część) przyjęli chrzest, miało też swojego biskupa, który prowadził misję chrystianizacyjną. Prawdziwym wyzwaniem było nie tyle udzielanie chrztu mieszkańcom, co przekazywanie ochrzczonym prawd wiary, tym bardziej, że musiano odczuwać brak kapłanów, zwłaszcza znających miejscowy język. Niedostatek kadr duchownych był prawdopodobnie poważnym problemem także po roku 1000, mimo ustanowienia metropolii i nowych biskupstw. Ponadto uważa się, że diecezja w Kołobrzegu przestała istnieć wraz z utratą Pomorza Zachodniego w 1005 r., biskupstwo we Wrocławiu być może nie zaczęło nawet funkcjonować, a w Gnieźnie i Krakowie nie zachowały się ślady ich rozwoju, aż do połowy XI w. Zresztą inne państwa tej części Europy borykały się z podobnymi problemami. Trudno w takiej sytuacji mówić, w odniesieniu do Polski Mieszka I czy Bolesława Chrobrego, o chrystianizacji kraju. Umożliwił ją stopniowo dopiero rozwój organizacji kościelnej i rozbudowa sieci kościołów parafialnych, co obserwujemy od połowy XII w.
Mimo to, początek wieku XI pozwalał elitom młodego państwa Polan z optymizmem spoglądać w przyszłość: własna metropolia kościelna i zwycięskie wojny powiększające obszar posiadania. Rosnącą pozycję książąt przypieczętowała w 1025 r. koronacja Bolesława Chrobrego i, po jego śmierci, Mieszka II, szanowanego w Europie i dobrze, jak na owe czasy, wykształconego króla.
 
Wszystko się Piastom posypało
W latach 30. XI w. sytuacja diametralnie się zmienia: jednoczesny najazd z Niemiec i z Rusi, wygnanie, a potem śmierć Mieszka, a także wewnętrzne walki o władzę destabilizują państwo. Do tego dochodzi niezadowolenie ludności, która od lat ponosi koszty licznych wojen. Zaczyna się bunt skierowany przeciwko panującym, jak i nowej religii, którą reprezentują. Resztki struktur państwowych zmiata wprost w 1039 r. najazd czeskiego księcia Brzetysława na Wielkopolskę, niszczący Gniezno i Poznań. Polska właściwie przestaje istnieć, a wraz z nią organizacja kościelna (biskupstwo przetrwało jedynie w Krakowie).
Sytuacja powoli wraca do normy dopiero po powrocie z wygnania (które było możliwe dzięki zbrojnemu wsparciu cesarza) Kazimierza, słusznie zwanego Odnowicielem. – Przywrócenie organizacji kościelnej, która trwa po dziś dzień, zawdzięczamy tak naprawdę dopiero Bolesławowi Śmiałemu w latach 70. XI wieku. Jednak nie zapisał się on dobrze w naszej narodowej pamięci ze względu na krwawo zakończony konflikt z biskupem krakowskim Stanisławem – zauważa prof. Tomasz Jurek. Dodaje przy tym, że podobny etap kryzysu przechodziły wszystkie sąsiadujące z Polską państwa, po okresie wzmożonej ekspansji, której słabe jeszcze struktury władzy po prostu nie były w stanie udźwignąć. – Powiedzmy sobie wprost: to był bardzo trudny moment w naszej historii. Wszystko się wówczas Piastom dosłownie posypało. Istotne jest wszakże to, że fundamenty położone przez Mieszka I i Bolesława Chrobrego, przez Jordana i Ungera okazały się na tyle mocne, że było do czego wracać i na czym odbudowywać. Można powiedzieć, że po tym wszystkim, co dokonało się od chrztu Mieszka I, nie było już dla Polski innej drogi.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Taater
    03.10.2018 r., godz. 13:31

    Pan Redaktor poruszył pojęcie sakralnego tabu osoby słabej, jak i osoby silnej, dla której tabu może już nie mieć żadnego znaczenia. Tabu to parasol ochronny nad daną osobą - ale w zamian za co? Niejasne przelewy finansowe, kontakty z podejrzanymi osobami, jakże często z półświatka, zatajania spraw wstydliwych społecznie, gdy tak wielu z różnych środowisk korzysta z usług panien, które oficjalnie mają przecież cnotę lub kochającego męża na stanie... To tylko papierowa definicja, gdy życie podpowiada nam jeszcze o trójkątach małżeńskich, albo gdy na przykład pastor mając starszą już wiekiem żonę po prostu zakochał się w młodszej i to ładniejszej, która perfidnie zaszła w ciążę, by wejść w niejasne powiązania finansowe z jej niezwykłym partnerem. Pieniądze na dziecko, które ma się narodzić, a zarazem milczenie, czyli tabu - a więc parasol ochronny by biedna żona niczego się nawet nie domyśliła... Powiesz: głupia stara baba, która wierzy w przesądy mówiące o cnocie męża, który na pewno nigdy jej nie zdradził. Albo powiesz: żona doskonale wie o tej drugiej i jej nieślubnym dzieciaku, tylko przymyka oko, by czasami jej mąż na stare lata nie zrobił się jak taki "ser homogenizowany...", czyli z przodu sernik, z tyłu stary piernik, a wszystko to razem jeden wielki lukier-cukiernik. Stąd tabu w życiu społecznym, jak i religijnym jest potrzebne. Nie należy jednak wydziwiać, pisząc najrozmaitsze naukowe teoryjki na temat tabu, które jak zawsze będą obok życia. To jest tak, jakby piękna ładna dorosła dziewczyna, wyglądająca jak modelka, miałaby się pytać starszej babci kiedy może się pocałować z chłopakiem, albo prosić o instruktarz, jaki 100 lat temu odbywał się ten pierwszy raz i to bez żadnej antykoncepcji... Prawdą jest, że osoba silna zlekceważy tabu i zapewne nie zachowa się w pewnych sprawach jak taka zwykła oferma egipska. Na koniec można tylko podsumować: oferma ofermą, choć tabu tradycyjnie niech pozostanie. Nigdy przecież nie wiesz człowieku co może się tobie w tym życiu jeszcze przydać.

  • awatar
    Liender
    06.06.2018 r., godz. 17:48

    Ten artykuł to zwykła kościelna propaganda popierana przez profesorów, którzy na plecach Kościoła pragną zdobyć karierę naukową, których książek nikt nie czyta, a studenci muszą się owe naciągania uczyć się na silę. Zobaczmy kilka przykładów z życia. Oto nie tak dawno obchodziliśmy także w Poznaniu 150-lecie istnienia Baptyzmu na ziemiach polskich w 2008 r. pamiętając o pastorze Robercie Drewsie, Karolu Liebalu, Ludwiku Miksie, Janie Petraschu, Janie Pancewiczu, czy Stefanie Rogaczewskim. Czy ów Gustaw Alf, który w okolicach Adamowa ochrzcił pierwszych baptystycznych wyznawców w 1858 r. myślał choć przez chwilę o chrzcie Mieszka I, czy o biskupie Jordanie?... Albo metodystyczna misja rodem z Ameryki, która zaraz po I. wojnie światowej przybyła do Polski myślała chociaż przez chwilę o dokumentacji katolickiej wytworzonej przez biskupa Jordana?... Nie miejmy żadnych złudzeń. Każda działał tutaj na własną, niezależną rękę (jak małżeństwo po rozwodzie). Zobaczmy działalność poznańskich Adwentystów związanych z podwarszawską Podkową Leśną. Czy Michał Belina Czachowski, człowiek pochodzący ze znaczniejszej rodziny mógł na ziemi amerykańskiej, czy austriackiej przywoływać chrzest Polski z 966 r.? Na ziemi amerykańskiej, raczej w sferach robotniczych powstawały pierwsze organizacje polskich badaczy Pisma św. Oleszyńskiego, Tabaczyńskiego, Kasprzykowskiego, których na pewno nie obchodziły intelektualne dywagacje profesorów mediewistyki od polskiego katolickiego chrztu i biskupa Jordana. Co więcej: prasa poznańska jakże często uznawała działalność Adwentystów, Baptystów, czy Badaczy Pisma św. jako jedną organizację, która na polską ziemię spadała "jak amerykańska stonka" po 1918 r. właściwie tylko po to by siać zamęt i zwątpienie, w atmosferze dziwactwa i zwykłej sensacji. Tyle, że dzisiaj tym oczernianym w dawniejszych czasach podaje się rękę na zgodę tłumacząc wszystko ekumenizmem, którego nikt po prostu nie chce, gdyż ten ekumenizm jest ludziom obecnie potrzebny jak dziura w moście.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki