Logo Przewdonik Katolicki

Oszukana miłość

Natalia Budzyńska
Fot.

Kino nie lubi starości. Chyba że bohaterem jest staruszek wesoły i aktywny. Prawdziwa starość: samotna, zniedołężniała, cierpiąca, której naturalnym kresem jest śmierć, wciąż jest ukrywana w czterech ścianach. Jak w filmie Miłość Michela Hanekego.

O starości nie myśli się, kiedy jest się w kwiecie wieku. Pierwsze refleksje przychodzą wtedy, gdy starzeją się rodzice: dopiero wówczas stajemy z problemami starości i śmierci twarzą w twarz. Dystans jednak stracimy jeszcze później, kiedy starość i związane z nią ułomności dotkną nas osobiście. Nie ma odwrotu, czekamy na to spotkanie z „jesienią życia” i bardzo nie chcemy o tym myśleć. Ucieczka przed starością to cecha charakterystyczna dzisiejszej kultury zachodniej. Starzy ludzie stanowią dużą część społeczeństw, a jednak społeczeństwa żyją tak, jakby ich nie było. Gdzieś tam sobie mieszkają. W Polsce jeszcze spotyka się wielopokoleniowe domy, na Zachodzie już nie. Ekskluzywne domy opieki budowane są na obrzeżach miast. Współczesna kultura pokazuje młodość, piękne ciała, zdrowie, fizyczną sprawność. Jeśli człowiek w podeszłym wieku, to tylko uśmiechnięty, zadowolony z życia staruszek. Dobrze ubrany, zdrowy, sprawny, z równie sprawną żoną u boku. Razem spędzają wakacje w tropikalnym kraju, podróżują, czasem potrzebują łyknąć witaminy lub środek przeciwbólowy. Takich widzimy w reklamach, nie odbiega od tego wizerunku niejeden bohater filmowy. A przecież starość to przede wszystkim ułomność, ból nie tylko fizyczny, ale i ból samotności, nieestetyczne ciało, strach przed śmiercią, cierpienie. I śmierć. O tym chcemy zapomnieć. Czy chcemy o tym oglądać filmy? Najnowszy obraz austriackiego reżysera, Michela Hanekego, Miłość, odziera starość z wielu tabu. Okrzyknięty przez większość krytyków dziełem wybitnym, zadaje wiele pytań, wytrąca z dobrego samopoczucia, wstrząsa i niestety nie daje nadziei. Jest obrazem współczesnego świata, który na starość i cierpienie, na degradację ciała, nie chce patrzeć. To film bardzo przewrotny. Niby mówi o miłości, czułości i poświęceniu, ale przede wszystkim jednak o tym, że życie ma sens tylko wtedy, gdy nie ma w nim cierpienia. To taki Hanekego świat bez Boga, bez sensu.

 

Wzruszające zmarszczki

Niewiele powstało filmów, w których starość jest bohaterem. Najczęściej podejmowana była jako pretekst do rozliczeń z życiem. Bergman kręcąc Tam, gdzie rosną poziomki każe swojemu bohaterowi wyruszyć w podróż, podczas której starszy pan przywołuje obrazy z przeszłości. To swego rodzaju „spowiedź” przed nieuchronną śmiercią, godzenie się z przeszłością. Podobny motyw przyświecał Davidowi Lynchowi w filmie Prosta historia. Starszy pan, farmer, postanawia przed śmiercią pojednać się z bratem. Jego podróż jest dziwna sama w sobie: musi dojechać do sąsiedniego stanu, a jego pojazdem jest ogrodowa kosiarka. Samotna podróż staje się metaforyczną podróżą w głąb siebie, spotkane po drodze osoby ubogacają i zostają ubogacone. Wzruszająca historia kończy się happy endem: bracia przebaczają sobie. Teraz mogą spokojnie umrzeć. Ale najpopularniejszym obrazem starości jest film Marka Rydella Nad złotym stawem z kreacjami Katharine Hepburn i Henry’ego Fondy. Starzejące się małżeństwo od pięćdziesięciu lat spędza wakacje w letnim domku. Pokazana tu starość jest wprawdzie trochę zdziwaczała i lekko ułomna, ale wciąż ciepła i ładna. Przede wszystkim jednak wciąż nie są to obrazy o umieraniu i fizycznym procesie odchodzenia i samotności, ale o relacjach z najbliższymi, o trudności w porozumiewaniu się, wreszcie o pojednaniu. Także o tym, że starość może być piękna. W polskim kinie nie zapomnimy chyba kreacji Danuty Szaflarskiej w filmie Pora umierać Doroty Kędzierzawskiej. Twarz staruszki, nieco złośliwej i cynicznej, lecz wciąż dowcipnej, jest rzeczywiście sympatyczna i piękna. Doskonale uwypuklają to wewnętrzne piękno czarno-białe kadry. Pora umierać to film o pogodnej starości, mimo że odrzucanej i samotnej. To starość dojrzała, pogodzona z losem, wręcz urocza. A co ze starością sparaliżowaną, zniedołężniałą, skazaną na pomoc drugiej osoby, przesiąkniętą zapachem jednorazowych pieluch i odleżyn?

 

Bezsens

W łóżku leży stary mężczyzna. Dorosły syn codziennie myje go, czesze, goli, karmi, okrywa kołdrą. Gra radio. Mija dzień za dniem, bezsenne noce. Swoje życie syn poświęca opiece nad ojcem. Kiedy się myje w łazience, co chwilę wyłącza wodę i nadsłuchuje, czy wszystko jest w porządku, czy nie trzeba biec z pomocą. W nocy czuwa. To film Piotra Dumały z 2009 r. pod tytułem Las. Czuły, ale nie sentymentalny, obraz choroby, starości i naturalnej śmierci. Równolegle do scen monotonnej opieki wmontowane są sekwencje wspólnej wędrówki ojca i syna przez gęsty las. To metafora życia: wszystko, co syn dostał od ojca, teraz mu oddaje. Miłość jest służeniem drugiemu. Ten film nie upiększał starości, ale pokazywał jej nieuchronność, cierpienie i samotność. Jej sens nadawała miłość syna. Problemem nie jest starość, cierpienie i umieranie. Problemem jest nadanie sensu tym procesom. Dzisiejszy świat tego sensu nie widzi i to właśnie naocznie pokazuje najnowszy film Hanekego Miłość. Że historia skończy się śmiercią wiemy od początku. Pierwsze sceny pokazują ubraną na czarno starą kobietę leżącą w łóżku, obsypaną kwiatami. Potem cofamy się w czasie. Bohaterów poznajemy, kiedy żyją aktywnie: są sprawni fizycznie i intelektualnie. Prowadzą wygodne życie emerytowanych paryżan. Szanują się, kochają, należą do elity, ich codzienne życie jest eleganckie i pełne konwenansów. Rozmawiają ze sobą uprzejmie w otoczeniu starych mebli i książek. Ich życie zmienia się radykalnie, gdy przychodzi choroba. Anne na skutek wylewu jest częściowo sparaliżowana, mąż musi nauczyć się opieki nad nią. Oboje muszą nauczyć się żyć w zupełnie nowej sytuacji. Problem w tym, że Anne wcale nie chce żyć, nie akceptuje swojej niepełnosprawności, swojego uzależnienia od męża, swojej nieporadności. Jest w stanie przyjąć śmierć, ale na własnych warunkach. Małżonkowie więc zamykają się w czterech ścianach. Choroba postępuje, Anne wymaga już całodobowej opieki, jest niesprawna umysłowo. Georges nikogo nie dopuszcza do opieki nad nią, rezygnuje z pielęgniarek, które okazały się po prostu chamskie. Sam już stary i nie w pełni sił, cierpiąc przez nagłą samotność, poddaje się temu, czym zatruty jest współczesny świat: że cierpienie nie ma sensu.

 

Na skraju rozpaczy

Ostateczna decyzja, którą podjął mąż Anne nie szokuje aż tak bardzo, gdy przeanalizuje się rzeczywistość sytuacji przedstawionej przez Hanekego. To konsekwencja dotychczasowego życia małżonków, dla których najwidoczniej zniedołężniała starość nie jest godna życia, a nawet  oglądania. Znamienna jest scena niespodziewanej wizyty córki, przed którą Georges zamyka pokój chorej żony na klucz. Nie chce, aby dorosła córka oglądała matkę w takim stanie: nieruchomo leżącą i gadającą od rzeczy. Córka zresztą wpada do domu rodziców rzadko, płacze i miota się po mieszkaniu niezdolna do jakiejkolwiek pomocy. Co więcej: starzy rodzice nawet tej pomocy nie oczekują i jej nie chcą. Nas jeszcze dziwi scena, gdy sąsiad bohaterów wyraża podziw nad opieką, jaką zapewnia starszy pan swojej żonie. We Francji taka sytuacja rzeczywiście jest niecodzienna: chorych i starych rodziców umieszcza się w domach opieki i hospicjach. Georges obiecuje żonie, że nie odda jej do szpitala, postanawia zajmować się nią w domu. Robi to z oddaniem i miłością, choć chłodne oko kamery rejestruje te zabiegi pielęgnacyjne zimno i bez uczuć. Nie ma tu miejsca na wzruszenia i sentymentalizm. Jest monotonna i trudna codzienność, jest cierpienie samotności, gdy w końcu nawet nie można się porozumieć i staje się świadkiem fizycznej degradacji ciała i umysłu ukochanej osoby. Miłość Georges’a ostatecznie zostanie oszukana. Uważam, że jego ostateczna decyzja nie jest owocem miłości, ale wizji tego świata, który nie widzi sensu w cierpieniu. Ten sens jest trudny do odnalezienia, ale możliwy. Georges na skraju rozpaczy wybiera jakąś fałszywą lojalność wobec swojej żony. Jej śmierć nie jest piękna, nie ma w sobie nic mistycznego, jest dramatem, chce się o niej zapomnieć, jest przecież nienaturalnym końcem. Świat Hanekego jest smutny i bez nadziei, mówiąc o starości, cierpieniu i umieraniu znów spycha te tematy poza margines. Każe im zamknąć się w czterech ścianach i przestać istnieć. Nie wiem, czy takie były intencje reżysera, ale ja z takim światem nie chcę mieć nic wspólnego.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki