Logo Przewdonik Katolicki

Kraj na peryferiach

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem społecznym z Uniwersytetu w Bremie, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

z prof. Zdzisławem Krasnodębskim, socjologiem i filozofem społecznym z Uniwersytetu w Bremie, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

 

Panie Profesorze, chciałbym porozmawiać o Polsce. Właśnie teraz i właśnie z Panem.
Ze mną? Dlaczego?
 
Ponieważ obserwuje Pan polską rzeczywistość ze szczególnej perspektywy.
– To prawda, od wielu lat mieszkam na stałe w Niemczech, ale równocześnie bywam bardzo często w Polsce. Spotykam się z ludźmi, pisuję artykuły, śledzę na bieżąco to, co dzieje się nad Wisłą. Ta moja „zewnętrzność” pozwala mi więc na pewien ogląd porównawczy. Znam dokładnie życie w Niemczech i w ogóle w Europie Zachodniej – myślę, że pod wieloma względami dokładniej niż sporo osób w Polsce – nie tylko z doniesień medialnych, ale także z doświadczeń codziennego życia. W pewien sposób łączę te dwa światy, co rzeczywiście przekłada się na pewne specyficzne widzenie polskich spraw.
 
Tegoroczne Święto Niepodległości, to najlepszy moment na stawianie pytań o kondycję naszego państwa…
No cóż, to jest trochę tak jak ze zdrowiem pacjenta – ocena zależy zwykle od przykładanej miary. Jeżeli spojrzymy na Polskę przez pryzmat tego, jak wyglądała ona przed 1989 r.  w pierwszych latach transformacji ustrojowej, to możemy powiedzieć, że jesteśmy krajem sukcesu. Udało nam się wyjść z komunizmu i stać się częścią Europy Zachodniej.

 

A gdybyśmy zmienili perspektywę?

– Jeżeli zaczniemy porównywać się do Europy Zachodniej i przykładać do naszej rzeczywistości miarę tamtejszej normalności, to wtedy ta ocena natychmiast zmieni się na niekorzyść. Potwierdzają to zresztą suche statystyki, z których wynika, że Polska jest nadal jednym z najuboższych krajów Unii, krajem, w którym wiele rzeczy nie działa i przed którym są ogromne zadania do wykonania. Jednocześnie jest to kraj, w którym zachodzą pewne nowe, niepokojące zjawiska: sposób działania lub brak działania organów państwa, nasza aktualna pozycja międzynarodowa – realna, a nie ta wyobrażona – oraz coraz bardziej pogłębiający się brak politycznej samodzielności.

Kilka lat temu sformułowałem tę zmianę słowami: przestaliśmy być peryferiami imperium sowieckiego, a staliśmy się peryferiami Europy Zachodniej.

 

Czyli porzućmy wszelkie złudzenia?

– Na to wygląda. Tymczasem obecna władza i przychylne jej media usiłują nam wmawiać, że jesteśmy niezwykle potężnym i wpływowym państwem UE. Ale to jest fałsz – ani pod względem politycznym, ani pod względem ekonomicznym, ani pod względem militarnym, ani nawet pod względem kulturowym, nie jesteśmy silni. I niestety, wiele wskazuje na to, że takim słabym krajem możemy pozostać, mimo relatywnego wzrostu dobrobytu części polskiego społeczeństwa.

 

Siłę państwa mierzy się zwykle siłą jego organów i instytucji.

– Otóż to, spójrzmy choćby na system służby zdrowia w Polsce. Każdy, kto ma jako takie pojęcie, jak ten system wygląda na Zachodzie, musi przeżyć szok kulturowy. W Polsce jest to faktyczny poziom Trzeciego Świata. I taka ocena nie dotyczy oczywiście tylko służby zdrowia – choć tutaj sytuacja jest najbardziej dramatyczna – ale także edukacji, transportu, badań naukowych i szerzej – sprawności całej administracji publicznej i państwowej, a także sądownictwa. Mamy więc do czynienia z ogromnymi problemami systemowymi i zaniedbaniami właściwie we wszystkich dziedzinach, które zależą od sprawności organizacyjnej państwa.

 

W tym momencie musi paść hasło: Smoleńsk…

– Jest to oczywiście wydarzenie przekraczające swoim znaczeniem wszystkie codzienne problemy. Smoleńsk jest tragicznym momentem historycznym, rzeczywiście porównywalnym z Katyniem i największymi tragediami w dziejach Polski i na pewno tak zostanie zapisany w historii.

Ale jest to również zdarzenie, które najbardziej bezlitośnie obnażyło kompletną bezradność i  niesprawność instytucji państwa polskiego – pomijając już nawet pytanie o przyczyny tej katastrofy – zarówno w kwestii przygotowania prezydenckiej wizyty, jak i tego wszystkiego, co stało się po katastrofie. Często powtarza się nam, że ten bałagan miał jakoby wynikać z faktu, że to było w  Rosji, a Rosjanie nie mają żadnych normalnych procedur, tylko jakieś azjatyckie zachowania. Problem jednak w tym, że nasze instytucje, od MSZ, przez BOR, prokuraturę, aż po samego premiera, wykazały w tej sprawie takie same azjatyckie standardy – bo na pewno nie były to standardy europejskie.

 

Tymczasem oficjalny komunikat głosił: „Państwo polskie nie zawiodło”. Dziś brzmi to jak kiepski żart.

– Powstaje więc fundamentalne pytanie: skoro to państwo nie potrafiło stanąć na wysokości zadania w tak ważnej kwestii jak katastrofa smoleńska, to czy będzie umiało poradzić sobie w drobnych sprawach, takich jak nagły atak zimy, czy –  nie przymierzając – opady deszczu na Stadionie Narodowym? 

Nawiasem mówiąc, wielka szkoda, że irytacja społeczeństwa objawia się właśnie w takich nieistotnych kwestiach jak stadionowy dach, a nie dotyczy fundamentalnych przejawów niewydolności państwa.

 

Tak, to rzeczywiście dość symptomatyczne…

– I bardzo dla mnie dziwne. W Smoleńsku działy się rzeczy straszne i niedopuszczalne, a jednak nie wywołało to w zasadzie żadnych głębszych reakcji większości polskiego społeczeństwa – podkreślam większości, bo wiele osób  po 10 kwietnia 2010 r. zachowało się wspaniale. Zabrakło poważnej refleksji, uświadomienia sobie, że tego rodzaju zdarzenie wymaga również od nich pewnych działań, pewnej odpowiedzialności, czy myślenia w ogólniejszych kategoriach niż tylko dobro prywatne, nowy odcinek autostrady, albo mistrzostwa w piłce nożnej. Zabrakło po prostu patriotyzmu. I to jest niezwykle przygnębiający wniosek, który wskazuje na ogromną słabość narodową.

 

Nic jednak nie bierze się z powietrza. 

– Faktycznie, oprócz niesprawności systemowej organów państwa jest jeszcze nieodpowiedzialność ludzi, którzy temu państwu przewodzą i którzy swoje sukcesy ostatnich lat zawdzięczają czynnikom od nich niezależnym: zapobiegliwości polskiego społeczeństwa i  transferowi unijnych pieniędzy. Tutaj nie ma żadnej dalekowzrocznej, sprawnej polityki państwowej. Rząd puścił wszystko na żywioł  i skoncentrował się głównie na reklamowaniu samego siebie.

Ale to jest możliwe tylko dlatego, że polskie społeczeństwo jest tak bardzo podatne na propagandę. I to sprawia, że demokracja staje się fikcyjna, ponieważ ten najważniejszy podmiot demokratyczny, demos, rezygnuje w gruncie rzeczy ze swoich funkcji kontrolowania władzy i odwoływania jej w imię dobra wspólnego. Bo po Smoleńsku nic takiego się nie stało.

 

Powiedział Pan kiedyś, że to tylko nam się wydaje, że jesteśmy bliżej Francji niż Ukrainy.

– Mam wrażenie, że po Smoleńsku staliśmy się krajem wschodnim, nie tyle nawet w kategoriach geograficznych, ile właśnie mentalnych. W części społeczeństwa zaczął obowiązywać swoisty kult premiera Donald Tuska, niemal kult jednostki, podtrzymywany przez różne zagrywki piarowe, w rodzaju gospodarskich wizyt w terenie czy doniesień, że premier wściekł się na ministrów, wezwał ich do siebie i zażądał wyjaśnień. To są rzeczy, z których Polacy jeszcze niedawno się śmiali, a dzisiaj stały się smutną rzeczywistością.

Po drugie, zła kondycja mediów, które w większości przypadków przestały spełniać swoje funkcje. Wiadomości przestały być wiadomościami, a dziennikarskie standardy rzetelności zostały zastąpione przez propagandę. Do tego dochodzi cały ten klientelistyczny system władzy, który się ujawnił przy okazji afery taśmowej – rozmaite nieformalne związki oligarchiczne, ta cała „elita”, która czuje się powołana do dzielenia stanowisk i korzyści płynących ze sprawowania władzy.

 

No, ale żeby od razu „Ukraina”?

– Jest wreszcie rzecz najważniejsza, czyli aspekt międzynarodowy. Katastrofa smoleńska pokazała bowiem całkowitą bezsilność, podległość i w gruncie rzeczy niesuwerenność Polski w stosunku do Rosji. Jeżeli w niewyjaśnionych okolicznościach zginął prezydent kraju, a nasz rząd cały czas  nie robi nic, żeby dojść prawdy – i to mimo coraz bardziej niepokojących informacji wychodzących na światło dzienne – świadczy to najdobitniej, że jesteśmy tam, gdzie Ukraina.

Ta słabość przejawia się zresztą także w relacjach z Unią Europejską oraz z naszym zachodnim sąsiadem, ot choćby w kwestii Gazociągu Północnego, który, jak wiadomo, będzie blokował port w Świnoujściu. Co prawda minister Sikorski wielokrotnie oświadczał, że ta sprawa jest już rozwiązana, że Niemcy obiecali położenie rurociągu głębiej, ale okazywało się, że tak nie jest. Zupełnie to samo co z wrakiem Tu-154, który już, już ma wrócić do kraju i jakoś cały czas nie wraca.

 

Zapytam wprost: czy my jeszcze uprawiamy samodzielną politykę zagraniczną?

– Oczywiście nie, my uprawiamy jedynie propagandę sukcesu. Weźmy najświeższy przykład, czyli ostatni szczyt UE, na którym rzekomo – jak ogłoszono w Polsce – Donald Tusk starł się ostro z brytyjskim premierem Davidem Cameronem. Tylko że na to nie ma żadnych śladów, nie czytałem na ten temat żadnych doniesień w prasie zachodniej. To jest moim zdaniem wymyślony epizod, tego po prostu nie było albo zostało absurdalnie wyolbrzymione.

My tak naprawdę w ogóle nie wiemy, co się odbywa w czasie brukselskich szczytów. Tymczasem w Niemczech kanclerz Merkel przed każdym takim spotkaniem informuje Bundestag o planach szczytu, przedstawia stanowisko rządu, potem przeprowadzane są rozmaite analizy, toczy się debata, wypowiada się opozycja. To samo po powrocie ze szczytu. Tego wszystkiego w Polsce nie ma. Są tylko doniesienia o bohaterskich zabiegach premiera, moim zdaniem produkowane jedynie po to, żeby ukryć fakt, że żadnej samodzielnej polityki nie prowadzimy.

 

A przecież wbrew obiegowej opinii w Unii toczy się cały czas podskórna gra narodowych interesów.

– O tak, spójrzmy na przykład na obecny spór francusko-niemiecki dotyczący nadzoru bankowego. Niemcy, które bardzo forsują to rozwiązanie, jednocześnie robią wszystko, żeby ów nadzór nie objął również ich kas oszczędnościowych.

Istnieje więc europejska rywalizacja, która na szczęście jest dziś pokojowa, ma głównie charakter ekonomiczny i polityczny, ale jest to rywalizacja bardzo zacięta. A nas nie ma w tej grze.  Obecna władza ogranicza się tylko do mamienia społeczeństwa i prowadzenia polityki zgodnej z tzw. głównym nurtem europejskim. Bo jeśli nawet premier ogłasza polskie stanowisko przed wyjazdem na szczyt, to potem okazuje się, że „przypadkowo” jest ono zbieżne z tym, co ogłosiła wcześniej kanclerz Merkel. Można to zresztą bardzo łatwo sprawdzić na wielu konkretnych przykładach.

 

To wszystko nie składa się na jakąś pocieszającą diagnozę.

– Tak naprawdę znajdujemy się w sferze przejściowej. Rodzi się więc pytanie: czy będziemy szli dalej w stronę Ukrainy, a może nawet Białorusi, czy też uda nam się obronić suwerenność i wzmocnić ją na tyle, żeby być gospodarzem we własnym domu – bo dziś powoli przestajemy nim być. I to jest najważniejsze zadanie na teraz.

A zatem na podstawie tego, co zostało zbudowana po 1989 r., musimy dokonać jakiegoś ogromnego wysiłku modernizacyjnego, który pozwoli nam stać się poważanym państwem europejskim, dysponującym własną siłą gospodarczą, własną siłą militarną i własną siłą kulturową. Ta modernizacja musi dotyczyć w zasadzie wszystkich sfer naszego życia publicznego. Chodzi o reformy na skalę tych, jakie dokonują się dziś po części na Węgrzech.

 

Czyli generalny remont generalnego remontu?

– Nie ma innego wyjścia, choć oczywiście wszystkiego nie da się zrobić od razu. To wymaga systematyczności, wytrwałości i starannego planowania. Ale nie jest niemożliwe. Spójrzmy na Niemcy: w 1945 r. ich miasta leżały w ruinie, obce armie okupowały podzielony na kilka części kraj, mający na sumieniu ogromne winy. Wszystko wydawało się skończone, postulowano nawet, żeby zaorać całe państwo i zamienić je w kraj rolniczy. A jednak w ciągu 2 3 pokoleń Niemcy odbudowali swój kraj i to tak, że jest dziś najsilniejszym państwem Europy. Dlaczego więc nie miałoby się to udać także nam, startującym ze znacznie lepszej pozycji gospodarczej, politycznej i moralnej?

   

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki