Logo Przewdonik Katolicki

Pogrzeb, wulkan, geopolityka

Marek Magierowski
Fot.

Rosjanom należy się szczere spasiba, ale przyjaźń między naszymi narodami nie może być przyjaźnią ślepą.

Rosjanom należy się szczere „spasiba”, ale przyjaźń między naszymi narodami nie może być przyjaźnią ślepą.

Któż mógł przewidzieć, że pewnego dnia będziemy rozpatrywać geopolityczną przyszłość Polski w kontekście… chmury pyłu wulkanicznego.

Tragiczna śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego Małżonki i 94 uczestników katyńskiej delegacji wywołała falę współczucia i zainteresowania Polską na całym niemal świecie. Uroczystości pogrzebowe w Krakowie były kulminacją tego niezwykłego zjawiska, które śledziliśmy nad Wisłą z mieszaniną dojmującego żalu po śmierci głowy państwa i patriotycznej dumy. Nad trumną prezydenta RP miało się spotkać kilkudziesięciu przywódców państw zachodniej Europy, krajów byłego bloku sowieckiego, Rosji i Stanów Zjednoczonych, a także najważniejszych instytucji międzynarodowych.

Jednym z priorytetów prezydentury Lecha Kaczyńskiego było wprowadzenie Polski do elitarnej grupy G20. Jego marzenie miało się ziścić, niestety pośmiertnie, choć w formie wyjątkowo dostojnej i symbolicznej. W najśmielszych przecież snach nikt nie mógł się spodziewać szczytu z udziałem Obamy, Miedwiediewa, Sarkozy'ego i Merkel, na polskiej ziemi, rozpoczętego katolicką mszą w jednym z najpiękniejszych kościołów w tej części starego kontynentu.

Lista obecności
Niestety, siły natury sprawiły, że szczyt ogólnoświatowy stał się zjazdem sąsiadów i najwierniejszych przyjaciół Polski. Zamknięte niebo nad Europą zatrzymało w Waszyngtonie Baracka Obamę, wizytę odwołali Nicolas Sarkozy, Angela Merkel, Silvio Berlusconi, hiszpańska para królewska. Podziw wzbudził wyczyn Micheila Saakaszwilego, który przeleciał przez pół globu, by dotrzeć do Krakowa, a także przywódców krajów bałtyckich, podróżujących na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego kilkanaście godzin samochodem. Dziwił zaś brak podczas ceremonii najważniejszych polityków Unii Europejskiej i sekretarza generalnego NATO.

Nad grobem polskiego prezydenta spotkali się zatem ci, którzy doceniali jego osobiste zaangażowanie w idee wolności i solidarności wśród narodów ciemiężonych niegdyś przez sowiecki reżim. Przyjechali także przedstawiciele krajów, dla których Kaczyński był raczej politycznym przeciwnikiem niż przyjacielem. Obecność Dmitrija Miedwiediewa była nie tylko ładnym gestem nowego otwarcia w stosunkach polsko-rosyjskich, lecz także wyrazem szacunku dla człowieka, który potrafił bez ogródek, ostro, często zbyt ostro, krytykować współczesną Rosję. Angela Merkel zaś podkreślała po śmierci prezydenta RP, iż był on wielkim patriotą i walczył o interesy swojego państwa, co, jak się nagle okazało, nie jest w Europie niczym karygodnym.

Jednak nieobecność Jose Manuela Barroso, Hermana Van Rompuya czy Andersa Fogha Rasmussena była rzeczywiście przykrym zgrzytem. Pojawiły się w tym kontekście komentarze, w których słowo „policzek” było określeniem najłagodniejszym. Wielu Polaków mogło uznać absencję najwyższych urzędników Unii Europejskiej i Paktu Północnoatlantyckiego za kolejny dowód na to, iż Polska nie jest traktowana po partnersku, i że nawet w tej szczególnej sytuacji nie można liczyć na wsparcie zachodnich sojuszników. Dużo było w owych opiniach przesady, spotęgowanej żałobnym nastrojem, a także zwykłej, staropolskiej megalomanii, lecz zachowanie unijnych i natowskich liderów na pewno nie przyczyniło się do poprawy wizerunku tych instytucji w Polsce.

Cele polskiej dyplomacji
Nie dajmy się jednak ponieść emocjom: chwilowe uniesienia i urazy, nawet w tak dramatycznych okolicznościach, czy skrupulatna analiza listy obecności w Bazylice Mariackiej, nie powinny być czynnikiem wpływającym na sposób prowadzenia polskiej polityki zagranicznej. Zastanawianie się nad długofalowymi konsekwencjami tragedii smoleńskiej dla geopolitycznej pozycji Polski jest oczywiście uzasadnione, ale nie powinno nas prowadzić ku radykalnym, pochopnym wnioskom.

Nic się w tym względzie nie zmieniło: celem polskiej dyplomacji powinno być umacnianie naszej roli w Unii Europejskiej (nawet jeśli nie spodobało nam się zachowanie Jose Manuela Barroso), szeroka współpraca z najważniejszymi partnerami politycznymi i gospodarczymi w Europie: Niemcami i Francją (nawet jeśli w Krakowie nie pojawili się Angela Merkel i Nicolas Sarkozy), i intensywna praca nad utrzymaniem więzi transatlantyckich – przede wszystkim militarnych (nawet jeśli prezydent USA w czasie pogrzebu Lecha Kaczyńskiego grał w golfa). Na Wschodzie natomiast w interesie Polski jest mozolne budowanie obszaru demokracji i kapitalizmu – także w ramach Partnerstwa Wschodniego, projektu, który w ostatnich miesiącach znalazł się w stanie śpiączki – oraz pogłębianie związków gospodarczych, głównie w kontekście bezpieczeństwa energetycznego Polski (nawet jeśli będzie się to kłócić z interesami Rosji).

Czy da się połączyć te wszystkie priorytety z nową, bardziej przyjazną polityką wobec naszego największego i najważniejszego sąsiada po wschodniej stronie Buga?

Stosunki polsko-rosyjskie
W ostatnich dniach słyszeliśmy setki pełnych optymizmu, niekiedy wręcz entuzjastycznych wypowiedzi o polsko-rosyjskim pojednaniu, o otwarciu nowego rozdziału w stosunkach między dwoma zwaśnionymi od setek lat narodami. W istocie, tego nagromadzenia miłych gestów w stosunku do Polski, ze strony zarówno Kremla, jak i zwykłych Rosjan, nie można lekceważyć. Ponadto widać także ostrożną zmianę podejścia władz Rosji do polityki historycznej. Słowa prezydenta Miedwiediewa o odpowiedzialności „Stalina i jego sługusów” za zbrodnię dokonaną na polskich oficerach czy dwukrotny pokaz „Katynia” Andrzeja Wajdy w rosyjskiej telewizji to sygnały nie do przecenienia.

Pamiętajmy jednak, że „zadekretowana przyjaźń”, którą chcą nam narzucić niektórzy politycy i komentatorzy, może się Polakom kojarzyć bardzo źle. Owszem, Rosji i Rosjanom należy się w tych dniach szczere „spasiba”, gdy jednak spojrzymy chłodnym okiem na geopolityczne interesy Polski i Rosji, dostrzeżemy całą masę rozbieżności. Wszak dzień przed katastrofą prezydenckiego tupolewa prezydent Miedwiediew uroczyście inaugurował budowę gazociągu Nord Stream. Kilka miesięcy wcześniej odbyły się wielkie rosyjsko-białoruskie manewry wojskowe, w których jednym z państw wrogich miała być Polska. A jeszcze wcześniej, gdy negocjowaliśmy z Amerykanami kwestię instalacji systemu antyrakietowego w Polsce, z Kremla docierały do nas złowrogie pogróżki, przypominające sowiecką retorykę z czasów zimnej wojny.

Jak ma zatem wyglądać to polsko-rosyjskie pojednanie? Czy w imię „zadekretowanej przyjaźni” czeka nas teraz reorientacja naszej polityki wobec Gruzji czy Estonii, dwóch krajów, z które są na kremlowskiej „czarnej liście”. Czy zmieni się stosunek polskiego rządu do gazociągu północnego? Czy gesty Putina i Miedwiediewa wystarczą, byśmy przyłączyli się do niemiecko-francuskiej polityki wciągania Rosji w europejską orbitę za wszelką cenę? Czy zaczniemy, podobnie jak wielu członków UE, przymykać oko na łamanie praw człowieka i wolności słowa w Rosji? Czy przestaniemy zadawać pytania o prawdziwych mocodawców zabójstwa Anny Politkowskiej i Aleksandra Litwinienki?

Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że polski rząd i nowy polski prezydent wykorzystają ocieplenie na linii Warszawa-Moskwa, by, ujmując rzecz najprościej, realizować z większą skutecznością interesy naszego państwa na Wschodzie. Ta przyjaźń nie może być przyjaźnią ślepą.


 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki