Logo Przewdonik Katolicki

Po pierwsze interesy

Jacek Borkowicz
FOT. STEFFEN KULGER/PAP-DPA

Spotkanie Angeli Merkel z Władimirem Putinem to nie spotkanie dwojga przyjaciół. To pragmatyczna próba zakreślenia pola niezbędnej współpracy dwóch mocarstw, mających różne interesy. Ale w 1922 r. w Rapallo również nie spotkali się przyjaciele.

Układ z Rapallo zawarty tam pomiędzy Niemcami a Rosją Sowiecką nie niwelował różnic ustrojowych pomiędzy tymi państwami, jednak to właśnie on skutecznie wyprowadził proklamowany niebawem ZSSR z międzynarodowej izolacji politycznej. I również on, podobnie jak niedawne spotkanie w Mesebergu, dokonany został z pominięciem pozostałych zachodnioeuropejskich partnerów Niemiec. Co więcej, zainicjowana tam era niemiecko-rosyjskiej współpracy ponad głowami przywódców innych państw Europy, po siedemnastu latach zakończyła się fatalnym w skutkach paktem Ribbentrop-Mołotow.
Brzmi to może jak histeryczny antyniemiecki straszak, ale takie są fakty. Dyplomacja to sztuka stawiania kroków. A sojusz Berlina z Moskwą, zawarty w sierpniu 1939 r., był przecież – mimo ustrojowej zmiany demokratycznej Republiki Weimarskiej w totalitarną Trzecią Rzeszę – finałem długiego procesu dyplomatycznej współpracy, którego pierwszy krok stanowił właśnie układ w Rapallo. Mówiąc w wielkim, ale nie fałszującym prawdy skrócie, gdyby nie Rapallo, nie byłoby sojuszu Hitlera ze Stalinem. I o tej historycznej przestrodze należy pamiętać, analizując dziś, na chłodno, możliwe rezultaty szczytu w Mesebergu.
 
Związane ręce pani kanclerz
Trzeba przyznać, że kanclerz Niemiec, jak mało który z innych europejskich polityków, rozumie, czym w istocie jest antydemokratyczny styl rządzenia prezydenta Rosji. Jako osoba urodzona po wschodniej stronie żelaznej kurtyny świetnie się też orientuje, w jaki sposób niemiecko-rosyjskie projekty, pozornie czysto ekonomiczne, mogą zagrażać suwerenności krajów naszego regionu Europy.
Cóż z tego, skoro Angela Merkel w swoich realnych poczynaniach ma ręce związane interesami wielkich niemieckich korporacji. Obecnie prowadzi to do pełnej akceptacji jednego z najbardziej cynicznych układów, jakie kiedykolwiek zawarto w ramach Unii Europejskiej. Nord Stream 2, niezależnie od tego, czy określi się go projektem „absolutnie apolitycznym” (jak głosi strona rosyjska), czy też półgębkiem przyzna – jak zrobili to Niemcy – że jednak ma on jakieś polityczne znaczenie, jest zdecydowanym krokiem w kierunku dalszego uzależnienia UE od dostaw rosyjskiego gazu. Krokiem idącym w poprzek uzasadnionemu postulatowi dywersyfikacji dostaw energii oraz uderzającym w sam rdzeń idei europejskiej solidarności. Angeli Merkel będzie teraz znacznie trudniej apelować o ducha ogólnoeuropejskiego współdziałania, jak robiła to w latach 2015–2016, inicjując napływ do UE milionowej fali migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Po Mesebergu wysoki ton jej humanitarnych apelów do unijnych sąsiadów mocno traci na wiarygodności.
Za błąd też należy ocenić jej próbę zachowania twarzy w postaci opowiedzenia się po stronie ekonomicznych interesów Ukrainy. Rosyjski gaz nadal, także po otwarciu gazociągu Nord Stream 2, będzie płynął przez jej terytorium na Zachód ­– to kanclerz Merkel obiecał Władimir Putin, skwapliwie przy tym dodając, że o wielkości tego tranzytu decydować będzie rachunek ekonomiczny. W praktyce oznacza to, że na ukraińskim odcinku Moskwa będzie mogła przykręcić gazowy zawór prawie do końca.
 
Naprawi sprawca, zapłacą Niemcy
Podobnie groźnie brzmią słowa komunikatu, zapowiadające dalszą współpracę Rosji i Niemiec w rozwiązaniu konfliktu w Donbasie. Berlin i Moskwa będą mianowicie zabiegać o zainstalowanie tam sił pokojowych ONZ. Pozornie jest to rozwiązanie racjonalne. Czy ktoś jednak widział jakiekolwiek siły ONZ, operujące na obszarze postsowieckim (a jest ich kilka), w których skład nie wchodziliby w praktyce wyłącznie Rosjanie? Moskwa, nawet jeśli zgodziłaby się na wejście do Donbasu międzynarodowego kontyngentu, z pewnością nie dopuści, aby nie zasilili go – i to w przeważającej mierze – rosyjscy żołnierze. W ten sposób Rosja, która sama wywołała ten konflikt, osiągnie wreszcie to, czego nie mogła dotąd uczynić w trakcie trwania całej wojny hybrydowej: w sposób legalny i międzynarodowo uznany zaznaczy swoją militarną obecność na wschodniej Ukrainie. Czy naprawdę o to chodzi w „pokojowym rozwiązaniu” tego konfliktu?
Dziwnie wygląda też perspektywa współpracy w rozwiązaniu konfliktu syryjskiego. Berlin do tego się nie pali, ale zmuszony jest do wprowadzania restrykcyjnej polityki antyimigracyjnej, gdyż przybyszów z zagrożonych wojną rejonów świata już jest w Niemczech zbyt dużo. Wobec zapowiadającej się ofensywy sił prezydenta Asada na Idlib, ostatni skrawek wolnej Syrii, kolejny milion uchodźców ruszyć może niebawem w kierunku Europy. „Potrafię ich zatrzymać na miejscu” – twierdzi Putin, sugerując jednak, że potrzebne mu do tego będą niemieckie pieniądze. Ale przecież powszechnie wiadomo, że Asadem zdalnie steruje sam rosyjski prezydent!
 Zatem Putin, ni mniej, ni więcej, zaproponował Merkel, żeby zapłaciła mu za to, że nie wygoni na terytorium Niemiec kolejnej fali migrantów. Brzmi to jak zawoalowany szantaż, a jednak niemiecka kanclerz na serio wzięła tę propozycję pod rozwagę.
 
Zawiniliśmy sami, ale tylko trochę
Czy Polska miała jakikolwiek wpływ na decyzję o odbyciu, jak również na sam przebieg tego „nowego Rapallo”? Mówiąc inaczej: czy gdyby nie było tego całego antyniemieckiego wątku polityki zagranicznej naszego obecnego rządu, gdyby nie nasz sprzeciw wobec projektu przyjmowania uchodźców, nasze spóźnione pretensje do wojennych reparacji – polityka Berlina wobec Moskwy w większym stopniu uwzględniłaby interesy Polski? Wydaje się że tak, ale byłby to stopień minimalny. Pani kanclerz, jak obiecała to w 2006 r., zapewne sama pofatygowałaby się do Warszawy, by wyjaśnić Polakom, że porozumienie w Mesebergu nie jest skierowane przeciwko nim. W obecnej sytuacji dyplomatycznego ochłodzenia Angela Merkel zapomniała o swojej obietnicy, kierując do Polski swojego ministra spraw zagranicznych, który i tak w kluczowych sprawach rozmów przywódców Niemiec i Rosji nie miał nam nic do powiedzenia.
Tak czy inaczej, ustaleń zawartych pomiędzy panią Markel a Putinem w żadnym stopniu by to nie zmieniło. Ekonomiczne interesy są dla rządzącej Niemcami ekipy znacznie ważniejsze niż cykliczne wahania nastrojów na linii Berlin-Warszawa. I tej, fatalnej dla nas, zbieżności niemiecko-rosyjskich interesów nie była w stanie zapobiec ani „przyjazna” wobec Berlina polityka Donalda Tuska, ani też „suwerenne” wobec Niemiec gesty Jarosława Kaczyńskiego.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki