Logo Przewdonik Katolicki

Krajobraz po boeingu

Marek Magierowski
Fot.

W mojej ocenie, po zestrzeleniu malezyjskiego boeinga w relacjach Zachodu z Rosją nastąpiła wyraźna zmiana. Pytanie tylko, czy Rosja przestraszy się coraz ostrzejszych sankcji?

Holenderscy eksperci, którzy mieli zająć się badaniem miejsca wypadku boeinga malezyjskich linii lotniczych z 17 lipca z powodu intensywnych walk musieli opóźnić swój przyjazd na Ukrainę. Przypomnę, że w katastrofie zginęło blisko 200 obywateli tego kraju, a rząd w Hadze oficjalnie przejął prowadzenie śledztwa w tej sprawie. Z kolei czarne skrzynki samolotu będą badać eksperci z brytyjskiej Komisji do spraw Badania Wypadków Lotniczych w Farnborough. Jest coraz mniej wątpliwości  co do rzeczywistych przyczyn tragedii. Kolejne rozmowy separatystów przechwycone przez SBU wskazują jednoznacznie na ich odpowiedzialność, zaś pierwsze oględziny zniszczonego kadłuba potwierdzają, że maszyna została zestrzelona rakietą ziemia-powietrze. Stacja telewizyjna CBS News podała w niedzielę, że podobne wnioski płyną z zapisów na czarnych skrzynkach. Według jednego z rozmówców CBS News „kadłub został kilkakrotnie uderzony odłamkami eksplodującej rakiety, a w efekcie miała nastąpić potężna dekompresja”.

 

Czy wyślą komandosów?

Tymczasem nadal trwały gorączkowe rozmowy między premierami Holandii, Australii i Malezji w sprawie koordynacji śledztwa i badania miejsca wypadku. Dostęp do wrakowiska wciąż był utrudniony. Według niektórych źródeł rządy tych dwóch pierwszych krajów chcą wysłać w rejon katastrofy nie tylko nieuzbrojonych ekspertów, lecz również oddziały komandosów, którzy mieliby ich ochraniać. Byłby to pierwszy przypadek pojawienia się żołnierzy NATO (czyli holenderskich) na Ukrainie w czasie obecnego konfliktu, w dodatku tuż przy granicy z Rosją. Krok ryzykowny, bo reakcja Kremla będzie zapewne nader gwałtowna.

Już teraz jednak i NATO, i Unia Europejska wyraźnie tracą cierpliwość do Putina i jego polityki wobec Ukrainy. W minionym tygodniu unijni liderzy rozszerzyli listę osób i instytucji objętych sankcjami: liczy już sobie ona 87 pozycji. W tym tygodniu Unia miała też ogłosić sankcje sektorowe. Miałyby one dotknąć konkretnych branż, m.in. wojskowej i energetycznej. Prawdopodobnie wprowadzony zostanie zakaz eksportu do Rosji wysokich technologii, a także produktów tzw. podwójnego zastosowania – militarnego i cywilnego. Nie trzeba było długo czekać na reakcję rosyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych: „Dodatkowa lista sankcji to bezpośredni dowód na to, że kraje UE obrały kurs na ograniczanie współpracy z Rosją w sprawie międzynarodowego i regionalnego bezpieczeństwa” – oświadczyło ministerstwo w specjalnym komunikacie.

 

Odebrać mundial  

Jeszcze niedawno Frank-Walter Steinmeier, minister spraw zagranicznych Niemiec, naciskał na prezydenta Ukrainy, by ten powstrzymał swoją operację antyterrorystyczną i zasiadł do rozmów z separatystami. Przestrzegał jednocześnie przed zbyt ostrymi sankcjami wobec Kremla, które mogłyby odbić się niekorzystnie na gospodarce całej Unii Europejskiej. Angela Merkel próbowała ocieplić stosunki z Władimirem Putinem podczas brazylijskiego mundialu. A wcześniej holenderska para królewska oraz premier Matk Rutte świetnie się bawili, kibicując swoim łyżwiarzom na zimowych igrzyskach w Soczi.

Śmierć ponad 200 Europejczyków wywróciła do góry nogami strategię „obłaskawiania” rosyjskiego prezydenta. Rząd Donalda Tuska podjął decyzję o odwołaniu Roku Rosji w Polsce, dochodząc do wniosku, że w obecnej sytuacji organizowanie tego typu imprez byłoby dyplomatyczną niezręcznością. Coraz głośniejsze są także nawoływania, by odebrać Rosji piłkarskie mistrzostwa świata w 2018 r. „Taka decyzja byłaby bardzo symboliczna” – stwierdził wicepremier Wielkiej Brytanii Nick Clegg. „Jeżeli istnieje coś, na czym Władimirowi Putinowi bardzo zależy, to na pewno status globalnej potęgi. Być może powinniśmy mu teraz przypomnieć, że nie sposób utrzymać tego statusu, jeśli się ignoruje zasady obowiązujące cały świat”. Apel Clegga ma jednak małe szanse powodzenia. Po pierwsze następny mundial ma się odbyć dopiero za cztery lata, a do tego czasu układ geopolityczny może się jeszcze zmienić wiele razy. Po drugie zaś taką decyzję musiałaby podjąć FIFA, a w to raczej trudno uwierzyć.

Tak czy inaczej Zachód powoli zaczyna rozumieć, w jakiej grze uczestniczy i jak groźny jest jego przeciwnik.

 

Walki coraz bardziej zacięte

Tymczasem dla wschodniej Ukrainy sierpień zapowiada się wyjątkowo gorąco. Nie wygląda na to, by walki w Ługańsku czy w Doniecku miały się szybko skończyć. Wojska rządowe prowadziły przez cały ubiegły weekend ofensywę przeciwko oddziałom prorosyjskich separatystów, odbijając kolejne miejscowości i zbliżając się do Doniecka. W tej milionowej metropolii sytuacja była bardzo napięta – po ulicach przemieszczały się czołgi, które ostrzeliwały m.in. budynki mieszkalne. Na dwóch pojazdach powiewały ukraińskie flagi, mające zapewne zamaskować ich prawdziwe pochodzenie. Według władz w Kijowie była to jaskrawa prowokacja ze strony rebeliantów. Z drugiej strony pojawiły się informacje o śmiertelnych ofiarach wśród cywilów, po ostrzelaniu z wyrzutni Grad miejscowości Gorliwka organizacja Human Rights Watch oskarżyła o ten atak ukraińską armię. Jednak rzecznik ukraińskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Andrij Łysenko zapewniał, że „w miejscach, które wskazuje Human Rights Watch, nasza armia nie ma tego typu broni”. Jednocześnie przez rosyjsko-ukraińską granicę nadal przerzucane było uzbrojenie dla separatystycznych bojówek, a Rosja znów zaczęła gromadzić w tym regionie swoje wojska, w odpowiedzi na – jak stwierdził kilka dni temu Władimir Putin – „wzmożoną aktywność NATO w Europie Środkowo-Wschodniej”. Mało tego: ukraiński wywiad SBU ujawnił kolejne rozmowy dowódców oddziałów rebeliantów, którzy prosili o wsparcie rosyjską artylerię. Amerykańskie zdjęcia satelitarne potwierdziły, że do ostrzału z terytorium sąsiedniego państwa rzeczywiście doszło. Kreml, rzecz jasna, wszystkiemu zaprzecza, ale dowodów na bezpośrednie zaangażowanie Rosji w pomoc separatystom jest już tyle, że nie sposób ich ukryć ani przemilczeć.

„To realna walka o suwerenność Ukrainy” – mówił w sobotę prezydent Petro Poroszenko. „To nie jest konflikt wewnętrzny, to nie jest wojna domowa. Ukraina walczy z zagranicznymi najemnikami, z bandytami i z terrorystami”. Wojska rządowe powoli odzyskują utracony teren, a separatyści stosują taktykę spalonej ziemi, niszcząc m.in. infrastrukturę w zajmowanych przez siebie dotychczas miastach. 

 

Jak odpowie Rosja

Restrykcje mogą być szczególnie dotkliwe dla kilku dużych, rosyjskich koncernów naftowych i energetycznych, które już zostały – częściowo – odcięte od amerykańskiego rynku kredytowego, a wkrótce być może będą miały także problemy, by finansować swoją działalność w Europie. W przyszłym roku niektóre z nich (m.in. Rosnieft czy Novatek) mają do spłacenia zobowiązania sięgające dziesiątków miliardów dolarów. Zaskakująco stanowczo wypowiedział się na temat unijnej polityki wobec Kremla niemiecki szef dyplomacji. Dotąd zazwyczaj wstrzemięźliwy i ostrożny, tym razem zaapelował o „jak najszybsze wprowadzenie sankcji”. Z kolei Radosław Sikorski przewidywał w wywiadzie dla brytyjskiej telewizji Channel 4: „Z pewnością Rosja odpowie na przygotowywane obecnie nowe sankcje i należy liczyć się ze stratami dla gospodarek krajów UE, ale rosyjskie władze nie dały nam żadnej innej opcji. W Europie wiemy, że zapłacimy cenę za sankcje, ale są one konieczne, by pokazać, że oceniamy negatywnie i nie tolerujemy pewnego typu zachowań”.

Rośnie też nacisk na Francję – m.in. ze strony Wielkiej Brytanii i USA – by rozwiązała w jakiś sposób problem z dostawą Mistrali, zamówionych przez Rosję nowoczesnych helikopterowców. Wspomniane wcześniej embargo na dostawy uzbrojenia miałoby dotyczyć jedynie nowych kontraktów, a zatem nie objęłoby Mistrali. Ale Paryż i tak ma kłopot, tym bardziej że w porcie w Saint-Nazaire do jesieni odbywać się będą szkolenia dla 400 rosyjskich marynarzy. Dla jednego z najważniejszych państw członkowskich NATO to sytuacja co najmniej dwuznaczna.

Umowa opiewa na około 1,2 mld, gdyby Francuzi jej nie dotrzymali, straty byłyby niebagatelne. W dodatku francuski rząd obawia się, że zostałby nadwerężony wizerunek kraju jako solidnego partnera handlowego. A Francja należy przecież do największych eksporterów uzbrojenia w świecie. Tylko czy w świecie, w którym rządzi pieniądz, mogą zwyciężyć inne racje niż twardy rachunek finansowych zysków i strat?

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki