Logo Przewdonik Katolicki

Trudna sztuka wychowania

Anna Michalska
Fot.

Młode wino zawsze rozsadza stare bukłaki. Choć sformułowanie to znane jest nie od dziś, dla wychowawców każdorazowo jest zaskoczeniem. Nie ma innej recepty, jak tylko szukanie nowych bukłaków.

Młode wino zawsze rozsadza stare bukłaki. Choć sformułowanie to znane jest nie od dziś, dla wychowawców każdorazowo jest zaskoczeniem. Nie ma innej recepty, jak tylko szukanie nowych bukłaków.

 

Nowy rok szkolny przyniósł stare problemy, z którymi trzeba się zmierzyć. Zanim odpowie się na pytanie, jak wychowywać młode pokolenie, warto zastanowić się nad tym, kogo chcemy wychować i opierając się na jakich wartościach.

Kryzys rodziny i  szkoły w tym względzie to już slogan. O tym, że „jedno ogniwo wychowawcze” zrzuca odpowiedzialność  na drugie, nie trzeba już nikogo przekonywać.

Nie można jednak usiąść z założonymi rękami, twierdząc, że nic w tej sprawie nie da się zrobić.

 

Realizować siebie

Etymologiczne znaczenie słowa „wychowanie” (e-ducare), czyli wydobywanie na zewnątrz z człowieka jego „ja”, odkrywanie, kim jest naprawdę, sprowadza się – według modnych dziś modeli – do chwytliwego hasła samorealizacji. „Musisz się zrealizować, inaczej nie odnajdziesz sensu życia i nie będziesz szczęśliwy” – to bodaj współcześnie najczęściej powtarzane zdanie w poradnikach. Tyle tylko, że ta „realizacja siebie” według świata to tak naprawdę droga donikąd. Realizowanie własnych możliwości nie wystarcza. Potrzebna jest jeszcze konfrontacja z drugim człowiekiem.

„Uczmy się człowieka, obcując z ludźmi (...) uczmy się ludzi, aby pełniej być człowiekiem poprzez umiejętność «dawania siebie»: być człowiekiem «dla drugich». (...) taka antropologia znajduje swój niedościgniony szczyt w Jezusie z Nazaretu” – przekonywał bł. Jan Paweł II.

Formacja chrześcijańska nie jest bowiem czymś nieprzystającym do procesu wychowania, ale przeciwnie, stanowi jego integralna część. Nawet w środowiskach ludzi niewierzących wychowanie dzieci nie odbywa się bez odwołania do jakiejś tajemnicy, do szukania czegoś głębszego. Dzięki temu człowiek uczy się zadawać pytania i szukać na nie odpowiedzi, zaczynając od tego najważniejszego – pytania o Boga.

Powszechnie mówi się, że pokolenie młodych jest dziś bardziej wyzwolone, spontaniczne, zaznajomione z dobrodziejstwami techniki, jak żadne inne dotychczas. Bo też nie może być inaczej, skoro główną rolę w procesie wychowania przejęły media. Mamiący obrazami telewizor, grające radio, kuszące i uzależniające komórki, mp3, mp4, smartfony, laptopy, tablety i inne gadżety to dziś nieodłączni towarzysze dzieciństwa i młodości, zresztą bardzo wygodni dla wiecznie zajętych rodziców. W kontakcie z nimi młodzi nie tworzą więzi międzyludzkich, ale zamykają się w sobie, kreując wewnętrzny, wyimaginowany świat, do którego nikt nie ma dostępu. Ludzie wychowani przez media kierują się w życiu dość infantylnymi kategoriami: jeśli coś jest sympatyczne, przyjemne i ładne, to jest dobre, jeśli jest przykre, wymagające i brzydkie, to jest złe. Tak pojmowane dobro i zło zastępują dziś kategorie moralne. Cywilizacyjnej rzeczywistości mediów nie jesteśmy w stanie już zmienić, możemy jednak próbować złagodzić jej negatywne skutki.

„Nie jesteśmy w stanie skutecznie powstrzymać negatywnych tendencji obecnych w niektórych środkach społecznego przekazu. Możemy natomiast zrobić jedno – wychować dzieci i młodzież do dojrzałego odbioru mediów” – czytamy w materiałach przygotowanych z okazji II Tygodnia Wychowania.

 

Młode wino i stare bukłaki

Św. Jan Bosco pisał, że wychowanie jest sprawą serca. „Prawdziwy wychowawca to człowiek, który próbuje najpierw dotrzeć do serca wychowanka, podjąć refleksję nad tym, co kryje się w jego wnętrzu, by wreszcie pomóc w wydobyciu tego, co w nim dobre i szlachetne” – napisali biskupi polscy w liście pasterskim przed tygodniem wychowania. Taką propozycję daje formacja chrześcijańska. Dlaczego więc z niej nie skorzystać?

Młode wino zawsze rozsadza stare bukłaki. Choć sformułowanie to znane jest nie od dziś, dla wychowawców: rodziców, nauczycieli, katechetów, każdorazowo jest zaskoczeniem. Nie ma innej recepty, jak tylko szukanie nowych bukłaków. Jakie mają one być?

Prostych odpowiedzi nie ma, ale zawsze warto zaczynać od początku. Młodzi poszukują dziś – tak samo jak dawniej – mistrzów, ale nie niedościgłych wzorców. Nie wierzą już w tzw. autorytety, ludzi, którzy posługują się fachowym, niezrozumiałym językiem. Bardziej imponuje im ktoś bliski, bezpośredni, niewymuszający dystansu, ludzki, ktoś kompetentny, autentyczny, ktoś, kto się nawet myli, ale umie przyznać się do błędu. Gromadzą się wokół tych, którzy mają umiejętność słuchania, bez pochopnego oceniania; którzy stawiają wymagania, ale towarzyszą w ich realizacji; którzy poświęcają im czas i dzielą się doświadczeniem bez zbędnego mentorstwa. Młodzi szukają dziś bardziej przewodnika i świadka, a nie wszechwiedzącej encyklopedii czy niezdobytej twierdzy.

Nie ma idealnych wychowawców, tak jak nie ma idealnych rodziców, i nowe pokolenie też ich nie przyniesie. Jest jednak jedna prawidłowość, jeśli ktoś chce formować innych, sam najpierw musi poddać się formacji. Nie inaczej jest z wychowaniem. Nie można wychowywać drugiego człowieka, nie dając mu przykładu, nie można wymagać od innych, jeśli nie wymaga się od siebie i nie można uczyć innych, by żyli według wartości, jeśli samemu się w nie nie wierzy. Innej drogi po prostu nie ma.

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki