Logo Przewdonik Katolicki

Duchowe uniesienia

Natalia Budzyńska
Fot.

Dead Can Dance, zespół, który rozwiązał się w 1998 roku, powraca na światowe sceny z nową płytą i trasą koncertową. Grupa koncertuje od początku sierpnia, a w październiku da jedyny koncert w Polsce. Bilety zostały wyprzedane w ciągu jednego dnia.

Dead Can Dance, zespół, który rozwiązał się w 1998 roku, powraca na światowe sceny z nową płytą i trasą koncertową. Grupa koncertuje od początku sierpnia, a w październiku da jedyny koncert w Polsce. Bilety zostały wyprzedane w ciągu jednego dnia.

 

Niewielu miłośników zespołu Dead Can Dance wierzyło w możliwość reaktywacji grupy. Lisa Gerrard i Brendan Perry zajęci byli solowymi projektami i choć odwiedzali Polskę, to jednak wszyscy tęsknili za ich wspólnym koncertem. W roku 2005, w siedem lat po zakończeniu działalności zespołu, muzycy wyruszyli w trasę po Europie. Na pierwszym i jedynym występie w Warszawie dali niezapomniany, wspaniały koncert. Wydawało się, że ostatni, bowiem muzycy podkreślali w wywiadach, że dla ich grupy czas się już skończył. Tymczasem wiosną tego roku media obiegła wiadomość o nagrywaniu zupełnie nowego materiału i planowanym tournée. Album Anastasis ukazał się w sklepach w połowie sierpnia, a Lisa i Brendan rozpoczęli World Tour w Vancouver. W Europie zagrają 22 koncerty, na większość z nich bilety zostały wyprzedane już w pierwszym dniu. Przez kolejne osiem miesięcy zespół odwiedzi cztery kontynenty.

 

Muzyka uduchowiona

Jeśli ktoś pokusiłby się o opisanie muzyki zespołu Dead Can Dance jednym słowem, to na pewno byłby to przymiotnik „uduchowiona”. Muzyka tej grupy to zjawisko niepowtarzalne, niedające się z niczym porównać mimo tak wielu inspiracji. Perry i Gerrard sięgali i do muzyki średniowiecznej, i renesansowej, ballad francuskich trubadurów, chorałów gregoriańskich i muzyki elżbietańskiego dworu, a także do muzyki ludowej różnych części świata. Te inspiracje nie tworzą jednak jakiejś eklektycznej mieszanki charakteryzującej wiele grup z tzw. nurtu world music, ale oryginalną całość przyprawiającą o zachwyt i nierzadko duchowe uniesienia. Brendan Perry i Lisa Gerrard poznali się w 1979 r. w Melbourne – może wydawać się dziwne, że muzycy, którzy tak świetnie rozumieją tradycję muzyczną starego kontynentu, wychowali się w Australii. W Wielkiej Brytanii, dokąd wkrótce wyjechali, szybko poznał się na ich twórczości szef kultowej w latach 80. wytwórni 4AD. Pierwsza płyta idealnie wpasowała się w modne wówczas klimaty cold wave. Jednak wydana w 1985 r. płyta Spleen And Ideal to już dojrzały styl zespołu: zamiast gitar fortepian, skrzypce, wiolonczele, puzony, kotły i dzwony. Uwidoczniły się wtedy inspiracje muzyką europejską, zwłaszcza dawną, a nawet średniowieczną oraz muzyką tradycyjną z różnych stron świata. Trzecia płyta Within The Realm Of A Dying Sun z 1987 r. stała się niekwestionowanym numerem 1 i sprawiła, że zespół zyskał wiernych do dziś fanów. W tych czasach zespół był wciąż duetem, który angażował muzyków tylko na trasy koncertowe lub sesje nagraniowe. Perry kupił własne studio w wiejskim domu w irlandzkim hrabstwie Cavan. Tam została nagrana kolejna płyta, na której wręcz „słychać” zielone łąki i przestrzenne pejzaże. Perry i Gerrard sięgnęli niemal wyłącznie po średniowieczną i renesansową muzykę zachodnioeuropejską. Oprócz własnych utworów znalazły się na płycie dwie perełki: opracowany z wielkim pietyzmem czternastowieczny taniec włoski Saltarello i szesnastowieczna katalońska pieśń The Song Of The Sybil. O tej ostatniej niektórzy znawcy mówią, że jest lepsza niż w wykonaniu zespołu Jordi Savalla. Z kolei wydana w 1996 r. płyta była najbardziej folkowa ze wszystkich. Znajdziemy na niej wpływy muzyki brazylijskiej, chilijskiej czy haitańskiej, a Lisa Gerrard znów zadziwiała grą na chińskim instrumencie yang t’chin znanym od 2500 lat. To właśnie jego brzmienie stało się charakterystyczne dla zespołu. Jednak od kiedy Lisa wyprowadziła się do Australii, kontakt między muzykami stał się utrudniony. Każdy żył własnym życiem i własnymi projektami. Lisa pisała muzykę do filmów (m. in. do filmu Gladiator, a w tym roku do pięknego poetyckiego obrazu Samsara) i występowała solo oraz w projekcie z Klausem Schulze. Perry przeniósł swoje studio do pustego starego kościółka w Irlandii, zajął się prowadzeniem szkoły perkusyjnej i nagrał dwa albumy solowe. Nikt już nie przypuszczał, że po latach życia w oddali muzycy znów stworzą coś wspólnie.


Anastasis

„Jesteśmy bardzo podekscytowani wspólną pracą w studiu. Teksty zaczęliśmy pisać wiosną 2011 r., ostatnie nagrania zrealizujemy w Ouivvy Studios w Irlandii na początku tego roku. To będzie wiosenny album, który zbiegnie się w czasie z naturalnym przebudzeniem wynikającym z reaktywacji grupy” – oświadczył pod koniec 2011 r. Brendan Perry. Informacja ta bardzo ucieszyła fanów Dead Can Dance na całym świecie, a jest ich niemało. Rzadko się zdarza, żeby bilety na koncerty zniknęły w ciągu pierwszego dnia sprzedaży. Tak się stało w kilku miastach w Europie, w tym w Warszawie, gdzie grupa zagra 15 października. Album Anastasis sprzedaje się bardzo dobrze i zbiera świetne opinie. Nie zawiodą się ci, którzy oczekiwali klimatów dawnego Dead Can Dance. Słychać wpływy klasyczne i orientalne, muzykę Bliskiego Wschodu, muzycy eksplorują także rejony Maghrebu i północnej Afryki. Mało elektroniki, za to sporo smyczków i bębnów oraz oczywiście yang t’chin, spokojny głos Brendana i anielski wokal Lisy. Październikowy koncert powinien zaspokoić gusta najbardziej wybrednych słuchaczy oczekujących duchowej uczty. 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki