Pewnie niejeden na widok nieporadnych rysunków Nikifora westchnie – przecież i ja bym tak potrafił, albo nawet i lepiej! Tajemnica sukcesu tego artysty tkwi jednak nie w jego warsztatowej doskonałości, ale w szczerości i prawdzie. A obrazy, inspirowane tematyką religijną, mogą stać się świetnym motywem wakacyjnych rozważań: czy potrafimy na świat patrzeć tak jak ten niepozorny artysta, dostrzegając Boga naprawdę wszędzie?
Netyfor
Nikifor to nie było jego prawdziwe nazwisko. To prawdziwe – Epifaniusz Drowniak – zapisano po sądowych rozstrzygnięciach dopiero w 2003 r. Gdyby nie był sławnym malarzem, nikt wiele lat po jego śmierci nie zawracałby sobie głowy nazwiskiem ubogiego syna krynickiej żebraczki Jewdokii – nawet jeśli jego ojcem był, jak głosiła plotka, Aleksander Gierymski. W każdym razie Nikifor przez długie lata posługiwał się tylko imieniem, które w łemkowskim oryginale brzmiało „Netyfor”. Jako dziecko leżał w zawiniątku pod mostem, gdy jego matka szła do pracy. Miał wadę słuchu i przyrośnięty język, co utrudniało mu mówienie. Malował początkowo na czym się dało – na urzędowych drukach, na szkolnych zeszytach, opakowaniach po papierosach, często z oszczędności na dwóch stronach papieru. Był półanalfabetą i tułaczem, a jego szczególną inspiracją był cerkiew.
Źródło
Prawdopodobnie to właśnie w cerkwi syn żebraczki po raz pierwszy zetknął się z prawdziwym malarstwem. Potem często siadywał w pustej cerkwi i patrzył – czasem nawet widywano go, jak udaje, że służy do Mszy św. Niedzielnej Mszy nigdy nie opuszczał – a kiedy po wojnie nie było już cerkwi, przychodził do kościoła katolickiego.
Zafascynowany ikonami sam zaczął malować postaci świętych, ukazując je w sposób charakterystyczny dla prawosławnych ikon – choć często na tle znanej mu rzeczywistości. Czasem przypominają one ikony, czasem kościelne chorągwie albo dekoracje Grobu Pańskiego. Spod ręki Nikifora wyszła też niezliczona liczba obrazków wiejskich kościołów i kapliczek – to najczęściej powtarzający się motyw pośród wszystkich rysunków architektury Nikifora. Oprócz rysowania kościołów z zewnątrz Nikifor malował również ich wnętrza, zwłaszcza ikonostasy, dziś już często nieistniejące, a także obrazy symboliczne, w których rzeczywistość ziemska spotyka się z rzeczywistością niebieską. Widać to wyraźnie na przykładzie Kościoła, gdzie obraz budynku cerkwi zestawiony jest z trwającą „na wysokościach” ucztą eucharystyczną.
Na rysunkach Nikifora pojawiają się też postaci biskupów albo diabłów – a co charakterystyczne, tam gdzie pojawiają się motywy sakralne, nie pojawiają się prości ludzie – jakby Nikifor uważał, że są niegodni przebywania w sferze sacrum.
Przyjaciele
Owa cześć dla świętych, wyrażana w obrazach, zupełnie inaczej wyrażała się w życiu Nikifora. Można powiedzieć, że on sam przyjaźnił się ze swoimi świętymi: kiedy w muzeum oglądał salę z ikonami, radośnie wykrzykiwał imiona tych świętych, których rozpoznawał. Choć ukazywał ich dostojnych i z atrybutami władzy, to czasem na jego obrazach chodzili polnymi drogami, jeździli powożonymi przez anioły bryczkami, podjeżdżali pod cerkwie samochodami albo pływali łódkami.
Niezwykle ciekawy jest modlitewnik (zachował się jeden, prawdopodobnie istniały trzy), który Nikifor sobie sporządził, żeby móc w pełni uczestniczyć w liturgii. Modlitewnik składa się z 42 kartek z 172 rysunkami. Każda strona podzielona jest na dwie części: na górze Nikifor rysował sceny z Pisma Świętego, na dole – sceny ziemskie, będące sądem, kazaniem, liturgią czy spotkaniem, zwykle z dużą liczbą postaci.
Jak zwykle
Większość swojego życia Nikifor spędził jako żebrak, pisząc proszalne listy, zdobione rysunkami. Dopiero w latach 60. XX w. jego pozycja zaczęła wzrastać, organizowano mu wystawy na całym świecie, został honorowym członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków, poprawiła się też jego sytuacja materialna. On sam jednak się nie zmienił – codziennie rysował, co niedzielę chodził do kościoła. Zmarł w 1968 r., pochowany został w Krynicy, w której spędził całe swoje życie.