„Polska szkoła w poszukiwaniu własnej tożsamości” – to temat kolejnej dyskusji w ramach spotkań, które zainicjował w Bydgoszczy kilka lat temu bp Jan Tyrawa. Tym razem w Wyższym Seminarium Duchownym gościł prof. Aleksander Nalaskowski.
Dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, wybitny specjalista w dziedzinie wychowania, zaznaczył, że oświata łączy w sobie różne sfery – od polityki społecznej, przez przekrój intelektualny parlamentarzystów, na finansach kończąc.
Szkoła uczniowskich swobód
Profesor powiedział, że dwadzieścia lat temu jego środowisko było przekonane o posiadaniu w zasięgu ręki niebywałego instrumentu, którego zastosowanie wyniosłoby „szkołę rozumianą jako dobro i jako system” na wyżyny skuteczności, a może i mądrości. – Niestety z tego instrumentu nie skorzystaliśmy, a szkoła nie osiągnęła tak potrzebnych wyżyn. I dzisiaj zmagamy się nie tyle z wredną rzeczywistością, która nie chce nas posłuchać i się zmienić, ale z błędami, dla których po dwóch dekadach realny socjalizm może być tylko częściowym wytłumaczeniem – powiedział.
Mając na uwadze „metodę odwrotności”, naukowiec zauważył, że to, co było diagnozą jego środowiska, która wydawała się gotowym przepisem na reformującą się szkołę, w istocie było negatywem szkoły socjalistycznej. – W poprzednim ustroju podmiotem prowadzącym szkołę było państwo z jego instytucjami kontrolnymi. Teraz funkcja ta miała przypaść rodzicom i uczniom, i – w mniejszej już mierze – nauczycielom. Socjalistyczna szkoła opresyjna, która stosowała przemoc faktyczną i symboliczną, dość szybko zamieniła się w szkołę uczniowskich swobód. Zamiast tworzyć szkołę odwrotną do socjalistycznej, należało szukać szkoły nowej. Tak się nie stało. Głód zamieniliśmy w obżarstwo, zamiast poszukiwać zupełnie innej diety – dodał.
Nieodrobione lekcje
Prof. Nalaskowski zwrócił m.in. uwagę na „klęskę w niepublicznym szkolnictwie wyższym”. Podkreślił, że po raz pierwszy w historii Polski masowo wypuszcza się „analfabetów funkcjonalnych z dyplomami uczelni wyższych”. Gość seminarium powiedział, że „dwadzieścia lat temu nadzieje wyprowadziły wiele osób na manowce”. Liczono, że stara kadra oświatowa odsunie się w cień i będzie można skonstruować nową szkołę. – Wydawało się, że wystarczy ze szkoły wygonić komunizm, wprowadzić religię i to uruchomi pokłady zapału. Tak się nie stało i szkoła tkwi w tym samym miejscu, co dwadzieścia lat temu. Być może jest jeszcze gorzej, bo liczba „nieodrobionych lekcji” znacząco przez ten czas wzrosła – powiedział.
Według profesora minione dwudziestolecie to „brak znaczących ruchów reformujących polską szkołę”, którą – podobnie jak pedagogikę akademicką – czeka rodzaj „detoksu”, odtrucia, pozbycia się złudzeń i skłonności do chadzania po manowcach. – To praca na dziesięciolecia. Wątpię, aby moje pokolenie zdążyło się tym cieszyć – dodał.
Brak wartości
Według bp. Jana Tyrawy polska szkoła spotyka się z tak dużą krytyką, dlatego że nie jest zdolna zadośćuczynić wszystkim oczekiwaniom, które są kierowane pod jej adresem. – Funkcjonujemy rzekomo w społeczeństwie pluralistycznym, nie wszyscy muszą podzielać wartości chrześcijańskie, które – jak wydawało nam się do tej pory – są jedynymi fundamentami szkoły przedwojennej i powojennej. W imię tego pluralizmu zgubiliśmy owe wartości i okazuje się, że w ich miejsce nie mamy żadnej alternatywy. Bardzo często na szkołę zrzucamy to, co powinna spełniać rodzina. Na szkołę spada podwójne zadanie. W konsekwencji, kiedy dziś o niej myślimy, nie wiemy, czym jest i czym powinna – powiedział hierarcha.