Logo Przewdonik Katolicki

Obrazy polskich Żydów

Natalia Budzyńska
Fot.

Portrety modlących się Żydów, uliczki polskiego sztetla i awangardowe malarstwo różne obrazy można zobaczyć na wystawie prezentującej sztukę polskich Żydów w Space Gallery w Krakowie. Cezurą stał się wybuch II wojny światowej po niej nie odrodziło się już żydowskie życie artystyczne w Polsce.

 

Portrety modlących się Żydów, uliczki polskiego sztetla i awangardowe malarstwo – różne obrazy można zobaczyć na wystawie prezentującej sztukę polskich Żydów w Space Gallery w Krakowie. Cezurą stał się wybuch II wojny światowej – po niej nie odrodziło się już żydowskie życie artystyczne w Polsce. 
  
Nie istnieje coś takiego, jak „żydowskie malarstwo”. Wystawa mająca swój wernisaż podczas 21. Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie dobitnie pokazuje, że można co najwyżej wyodrębnić twórczość polskich malarzy żydowskiego pochodzenia. Należeli do różnych grup artystycznych, w swoim malarstwie podejmowali różną tematykę, wielu z nich dość wcześnie wyjechało z Polski i tworzyło w Paryżu, Monachium i innych miastach. Część była wciąż związana z kulturą diaspory, inni byli całkowicie zasymilowani, jeszcze inni przechodzili na katolicyzm lub protestantyzm. Jedni pogłębiali swoje życie religijne, inni nawet nie mówili w jidysz. Połączyło ich doświadczenie Holokaustu. Na wystawie w Space Gallery zebrano niemal 400 płócien artystów – polskich Żydów, którzy tworzyli od XIX do XX w. Kilkadziesiąt nazwisk, w tym bardzo znane i znaczące dla polskiej sztuki, jak Maurycy i Leopold Gottliebowie, Eugeniusz Zak, Roman Kramsztyk, Artur Nacht-Samborski. Kultura żydowska staje się coraz bardziej znana, jednak trzeba przyznać, że najłatwiej do zmysłów odbiorcy dociera muzyka – liczne festiwale kultury żydowskiej są jej pełne. Większego wysiłku od odbiorcy wymaga malarstwo. Czekając na duży przegląd współczesnego malarstwa artystów żydowskiego pochodzenia, warto zapoznać się z tymi, którzy przeminęli, a tworzyli w poprzednich stuleciach.
 
Bracia z Drohobycza
Podobno podczas mowy inaugurującej rok akademicki 1882/1883 Jan Matejko pogroził palcem żydowskim studentom i przestrzegał „uczniów hebrajczyków” przed zaniechaniem „szlachetniejszych dla kraju naszego uczynków”. Nie wiadomo właściwie o co mu dokładnie chodziło, fakt jest jednak taki, że po tym incydencie o ponad 80 proc. spadł odsetek żydowskich studentów krakowskiej uczelni artystycznej. A przecież to właśnie w szkole Matejki studiowało wielu Żydów: Hirszenberg, Markowicz, Trębacz, Buchbinder. I to oni uformowali na przełomie wieków środowisko, które podjęło zagadnienia żydowskiego odrodzenia narodowego. Poza tą jedną niefortunną wypowiedzią żydowskie środowisko nie miało Matejce nic do zarzucenia. Jego ulubionym uczniem był Maurycy Gottlieb, najwybitniejszy polski malarz żydowskiego pochodzenia. Urodził się w Drohobyczu, podstaw malarstwa uczył się we Lwowie, Wiedniu, a wreszcie w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie, której dyrektorem był Matejko. Żył krótko – zmarł w wieku 23 lat, ale to, co do tego czasu stworzył, wystarcza, aby uznać go za malarza wybitnego. Pod wpływem Matejki podejmował tematy łączące historię Polski z wątkami żydowskimi: „Jestem Polakiem i Żydem i chcę dla obu, gdy Bóg da, pracować”. Jednak najpiękniejsze jego obrazy to te, które wchodzą w skład cyklu Chrystusowego. Przedstawiał Chrystusa jako żydowskiego nauczyciela reformatora, następcę proroków. Jacek Malczewski tak pisał o sztuce Gottlieba w 1933 r.: „To był Żyd, który przeszedł w sobie całą ewolucję od żydostwa do idei Chrystusowej. To był natchniony myśliciel, epigon proroków, rzucony zrządzeniem Boga w wir krótkiej, a tak tragicznej walki artystycznego żywota. Nie spotkałem nigdy drugiego Żyda o takiej głębi przeżyć jak Gottlieb! Wielesz nocy spędziliśmy na rozmowach natchnionych wieszczymi ideami tego człowieka”. Maurycy uważany był za ojca założyciela żydowskiego malarstwa. W jego ślady poszedł jego młodszy brat – Leopold. Nigdy się nie poznali. Leopold Gottlieb studiował w Krakowie u Jacka Malczewskiego, potem wyjechał do Monachium, Palestyny i wreszcie do Paryża. Wstąpił do Legionów Polskich, których epopeję uwiecznił w setkach rysunków. Malował kompozycje o tematyce żydowskiej, niestety zaginione. Później widziano w jego obrazach wpływy El Greca i ewangeliczny mistycyzm. Na jego obrazach Chrystus nie był przede wszystkim żydowskim prorokiem, ale żebrakiem, ubogim, obrazem Wiecznego Tułacza. Często podejmował temat Miłosiernego Samarytanina. Zresztą podobne idee przyświecały żydowskim ekspresjonistom z łódzkiej grupy „Jung Idysz”, którzy uznawali żydowskiego Chrystusa za symbol narodowego odrodzenia.  Chrześcijaństwo było akceptowalne za średniowieczny mistycyzm, za gotyk i za takich malarzy jak El Greco.

 

 

Paryskie losy
Obok Leopolda Gottlieba w Paryżu zamieszkali i tworzyli także Melania Mutermilch, Eugeniusz Zak i Mojżesz Kisling. Ten ostatni zyskał nawet przydomek „księcia Montparnasse’u”, stał się przecież najsławniejszym z polskich paryżan. Do Paryża wysłał go jego krakowski profesor, Józef Pankiewicz. Syn krakowskiego szewca stał się bliskim znajomym Modiglianiego i Picassa. Mimo że większą część swojego życia spędził na emigracji, zawsze podkreślał swoją polskość. Był uważany za jednego z najważniejszych przedstawicieli École de Paris, poddał się wpływom Cézanne’a, a później kubizmu. W trakcie II wojny światowej wyjechał do Nowego Jorku – wśród kolekcjonerów amerykańskich był już bardzo znany. Eugeniusz Zak również nie podejmował tematyki żydowskiej, nie brał też udziału w żydowskich ekspozycjach. Lecz krytycy sztuki widzieli w jego obrazach elementy i wrażenia właściwe dla żydowskiej sztuki. Co to właściwie jest? „Nostalgiczny niepokój”, „patos smutku”, „obsesyjna potrzeba ucieczki i niemożliwego do osiągnięcia zaspokojenia”. Zak był współzałożycielem grupy „Rytm”, do której należał inny malarz żydowskiego pochodzenia, Roman Kramsztyk. Pochodził ze znakomitej rodziny warszawskich Żydów, także studiował w Krakowie i Monachium, mieszkał we Francji, lecz nie uciekł przed przeznaczeniem – wybuch wojny zaskoczył go w Warszawie.  Natrafiamy na niego we wspomnieniach Władysława Szpilmana: „W pewnym momencie wypatrzyliśmy Kramsztyka, który szedł w naszym kierunku. (…) Był przygaszony i ogarnięty najczarniejszymi myślami. Przed chwilą dowiedział się ze sprawdzonego źródła, że nie uda się tym razem uniknąć czekającego nas wysiedlenia z getta”. Kramsztyk swoje żydostwo spotkał w getcie – zginął podczas wielkiej akcji likwidacyjnej w 1942 r. Inaczej potoczyły się losy jego kolegi Henryka Haydna, syna bogatego warszawskiego kupca. Na Montparnassie wszedł w krąg kubistów, wiele podróżował, był przyjacielem Erika Satie i Samuela Becketta. Hayden przeżył wojnę we Francji, czynnie uczestnicząc w życiu artystycznym Paryża.
 
Piętno Holokaustu
 Szczególne miejsce na wystawie zajmują pejzaże polskich miasteczek, żydowskich dzielnic, ciasnych uliczek – świata nieistniejącego, do którego malarze powracali. Ich atmosferę świetnie oddaje opis przedwojennej wystawy malarstwa Jankla Adlera, którego prace można zobaczyć w Space Gallery: „Mamy tu atmosferę getta małych miasteczek polskich czy rosyjskich, ów osobliwy świat, żyjący jeszcze resztkami średniowiecza, z jego biedą, smutkiem i swoistym mistycyzmem. Ów świat zastygły zostaje wszakże ujęty w formy późnej sztuki zachodniej, poddany stylizacji i deformacjom, które są wynikiem przesytu formami tradycyjnymi, reakcją przeciw kanonom dotychczasowym”. Alicja Halicka, Żydówka z Krakowa osiadła w Paryżu, jest autorką serii gwaszy z krakowskiego Kazimierza. Żydowscy malarze chętnie uwieczniali na płótnach Kazimierz Dolny, w którym widzieli model żydowskiego sztetł, twierdząc, że miasteczko to jest miniaturowym zwierciadłem życia polskich Żydów.
Wszystkich połączyły losy II wojny światowej. W getcie łódzkim zginął z głodu Maurycy Trębacz, w getcie warszawskim zastrzelony został Roman Kramsztyk, zamordowani zostali bracia Seidenbeutlowie, Stanisława Centnerszwerowa, Józef Śliwniak, Adolf Berman, Jan Gotard, Mojżesz Ryniecki, Wincenty Brauner, Bruno Schulz. Wielu, którym udało się jakoś „urządzić” w getcie, skończyło swoje życie w Treblince. Niewielu udało się przeżyć. Wśród nich był Jonasz Stern i Artur Nacht-Samborski, którzy po wojnie wychowali wiele roczników polskich artystów. Ale także tych, którzy przeżyli wojnę na Zachodzie nie ominęło piętno Holokaustu, czemu dawali wyraz w swoich obrazach.
Wystawa, którą można oglądać w Krakowie do końca lipca, mogła odbyć się dzięki kolekcjonerom prywatnym, którzy udostępnili swoje zbiory. Ocalona została ważna cząstka naszej kultury, bez której przedwojenny obraz artystycznej Polski byłby niepełny.
 
Cytaty pochodzą z książki Artura Tanikowskiego, Malarze żydowscy w Polsce, Warszawa 2007.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki