Logo Przewdonik Katolicki

W drodze do Persepolis

Jędrzej Majka
Fot.

W tym czasie Antioch wracał niesławnie z miast położonych w Persji czytamy w Drugiej Księdze Machabejskiej. Wszedł bowiem do miasta zwanego Persepolis i miał zamiar zrabować świątynię i opanować miasto. Z tego powodu wybuchło wśród tłumów powstanie i pochwycono za broń. Antioch został przez mieszkańców tego kraju zmuszony do ucieczki i do upokarzającego wycofania się (2 Mch 9, 12).

„W tym czasie Antioch wracał niesławnie z miast położonych w Persji” – czytamy w Drugiej Księdze Machabejskiej. – „Wszedł bowiem do miasta zwanego Persepolis i miał zamiar zrabować świątynię i opanować miasto. Z tego powodu wybuchło wśród tłumów powstanie i pochwycono za broń. Antioch został przez mieszkańców tego kraju zmuszony do ucieczki i do upokarzającego wycofania się” (2 Mch 9, 1–2).

Dziś nie jest łatwo wyobrazić sobie, jak potężne i wspaniałe było to miasto. Niewiele zostało z pałaców czy skarbca, ale nawet ich ruiny są uznawane za wielkie dzieła sztuki. Pół dnia klęczałem przed płaskorzeźbami wykutymi w kamiennych płytach. Fotografowałem postać za postacią. Umieszczone wzdłuż ścian i schodów były wówczas ozdobą pałacu.

 

Nauczyciel literatury

Rejsowym autobusem z Sziraz dojechałem do Marwdaszt. Było to niecałe 50 kilometrów. Autobus jechał o wiele za długo, ale swojska atmosfera w środku rekompensowała tę niedogodność. Widok turysty w autobusie nie jest tu zbyt częsty. Niezwykle tanie paliwo powoduje, że turyści podróżują taksówkami.

W małej zatoczce autobusowej stałem w oczekiwaniu na kolejny środek transportu. Od czasu do czasu podchodził do mnie taksówkarz i proponował kurs. Gdyby nie nieznośny upał, najchętniej poszedłbym pieszo. Do celu pozostało już tylko 10 kilometrów.

– Persepolis? – spytał mężczyzna w samochodzie, który zatrzymał się obok.

– Tak – odpowiedziałem.

– Wsiadaj.

– Za ile? – spytałem profilaktycznie.

– Za nic – odpowiedział z uśmiechem i zaproponował, żebym usiadł z przodu.

 

Tylne siedzenie zajmowała jego żona z małym dzieckiem na kolanach. Hadi był nauczycielem literatury. W czasie drogi opowiadał o dawnej Persji i o dzisiejszym Iranie. – Wyliczono – mówił – że Aleksander Wielki potrzebował 10 tysięcy mułów i 5 tysięcy wielbłądów, by wywieźć skarby z Persepolis.

Aleksander Wielki zdobył Persepolis w 330 r. przed Chrystusem. Miało ono wówczas prawie 200 lat. Założył je Dariusz Wielki. Władca mieszkał tu tylko wiosną i jesienią. Teraz, w sierpniu, upał był nie do wytrzymania. Droga do Persepolis zajęła nam ok. 10 minut. Na miejscu pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę.

Z całego świata

Persepolis, założone w 522 r. przed Chrystusem, rozwijało się pod rządami kolejnych władców. Aż do czasu przybycia Aleksandra Wielkiego. Wkrótce wielki pożar zniszczył miasto. Niektórzy historycy uważają, że to sam Aleksander spalił miasto w odwecie za splądrowanie przez Persów ateńskiego Akropolu.

Persepolis służyło królewskim uroczystościom. Król i jego rodzina mieli tu prywatne apartamenty. Najważniejsze jednak były komnaty audiencyjne. Najwięcej przeczytać można o sali Dariusza Wielkiego. Sala w kształcie kwadratu o boku 61 metrów mieściła sześć rzędów kolumn wysokich na 18 metrów. Wyliczono, że mogła pomieścić nawet 10 tysięcy ludzi. Aż trudno sobie wyobrazić, że wcale nie było to największe pomieszczenie. Komnata tronowa Kserksesa, następcy Dariusza, znana jako sala stu kolumn, była jeszcze większa. Jej boki liczyły po 73 metry. W pozostałym do dziś budulcu przeważa wapień, lecz kiedyś znajdowały się tu jeszcze drewniane kolumny i dachy oraz zdobienia, do których użyto jaskrawych farb, płytek ceramicznych, złota, kości słoniowej i marmuru.

Za rządów Kserksesa w murze wybudowano bramę zwaną Bramą Wszystkich Ludów. Strzegły jej rzeźby skrzydlatych byków o ludzkich twarzach. Zachowała się inskrypcja zapisana pismem klinowym w trzech językach: elamickim, babilońskim i staroperskim, głosząca, że „sala wejściowa jest dziełem Kserksesa I, następcy Dariusza”.

O wielkości i randze Persepolis do dziś świadczą płaskorzeźby wzdłuż ścian i schodów przedstawiające postaci idące w procesji. Obok szlachetnie urodzonych obywateli imperium możemy oglądać galerię zagranicznych wysłanników, którzy szukali u króla posłuchania lub uczestniczyli w uroczystościach, składając przed nim dary. Są to Baktrowie, prowadzący dwugarbnego wielbłąda czy ubrani w dhoti Hindusi, trzymający w rękach topory. Zaś w komnatach prywatnych sportretowano na przykład służące, asystujące przy królewskiej kąpieli, trzymające ręczniki i perfumy, a także packi na muchy.

 

Od Persji do Iranu

Po kilku godzinach zwiedzania Persepolis miałem dość. Otwarta przestrzeń, silne słońce i nadmiar wrażeń spowodowały, że marzyłem o odpoczynku. Usiadłem więc w miejscowej kafejce, by ugasić pragnienie zimną wodą. Obok grupka chłopców sączyła przez rurki pepsi z lodem. Przy sąsiednim stoliku irańska rodzina rozkładała jedzenie. Ojciec przeglądał w aparacie zrobione przed chwilą zdjęcia, a matka rozpakowywała z reklamówek jedzenie. Ich synek, miał z dziesięć lat, znużony upałem, położył na stole głowę. Z jego zachowania wynikało, że nie ma ochoty już na nic. Nawet na jedzenie.

Scenka ta przypomniała mi wydarzenie sprzed kilku dni. Byłem w Yazd, w jednym z najstarszych miast na świecie. Cały dzień włóczyłem się po labiryncie ulic. Wreszcie zgłodniałem. – Poproszę to – palcem pokazałem nazwę. Na czarnej tablicy białą kredą wypisane było menu. Każda pozycja to zlepek szlaczków i haczyków nie do zrozumienia. Tylko przy niektórych potrawach dopisane były angielskie słówka. Wśród nich lamb. Siedziałem i wyobrażałem sobie pyszne kawałki grillowanej jagnięciny, które zaraz znajdą się na moim talerzu. Po 15 minutach otrzymałem zamówione danie. Ciapa na talerzu okazała się  jagnięcym... móżdżkiem. Spróbowałem. Był okropny. W dodatku niedoprawiony. Nagle uświadomiłem sobie, że wszystkie oczy znad sąsiednich talerzy wpatrują się we mnie. Patrzyli mężczyźni, kobiety i dzieci. Wszyscy przyjaźnie uśmiechali się w moją stronę, zachęcając do jedzenia. Nie chcąc nikogo urazić, zjadłem wszystko. Popiłem zieloną herbatą i szybko opuściłem lokal.

Na podróż przeznaczyłem dużo czasu, przemierzyłem więc Iran wzdłuż i wszerz. Byłem na południu w Buszer nad Zatoką Perską i na północy w Ramsar nad Morzem Kaspijskim. Wszędzie spotykałem się z wielką życzliwością Irańczyków. Jedno, co mnie niemile zaskoczyło, to fatalna jakość jedzenia w ulicznych barach. Wszędobylskie fast foody wyparły tradycyjną kuchnię perską. A co stawiano na stołach w czasach Dariusza? To już zupełnie inna opowieść.

 

Blog autora na www.jedrzejmajka.pl


 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki