Logo Przewdonik Katolicki

Święta pod biegunem

Jędrzej Majka
Fot.

Tego dnia temperatura na zewnątrz wynosiła minus czterdzieści jeden stopni Celsjusza. O tej porze roku dla mieszkańców blisko czterdziestotysięcznej Inty to nic zadziwiającego. Zwykły zimowy dzień na północno-wschodnim skrawku Europy. Sto kilometrów na północ jest już koło polarne, na wschodzie Ural, a za nim Azja.

 
Podróż pociągiem z Moskwy do Inty zajęła mi blisko dwie doby. To ponad dwa tysiące kilometrów. Latem dzień nie ma tu końca, białe noce nie pozwalają spać. Zimą zaś dzień jest tak krótki, że trwa zaledwie pięć godzin. Jarzeniówki zamontowane w oknach mają być namiastką promieni słonecznych. Wszystko po to, by nie popaść w jeszcze większą depresję. Brak światła w ciągu dnia rekompensuje nocami rozświetlająca niebo turkusowa zorza.
 
Naturalne więzienie
– Tak żyje się na granicy lasu i tundry – powiedział Wiktor. W Incie mieszka od 15 lat. Przyjechał tu z żoną lekarką i rocznym synem Aloszą.
– Dlaczego tu? – spytałem.
– Teść planował przejście na emeryturę. Miał kontakty, to była ostatnia szansa, by wkręcić nas w różne układy. Jako dyrektor znał tu wszystkich. Dlatego opuściliśmy rodzinny Tarnopol i przyjechaliśmy tu, na koniec świata. Tu, gdzie rządzi węgiel.
Inta – w języku rdzennych mieszkańców Komi – oznacza miejsce, gdzie jest dużo wody. W latach 30. odkryto tu pokłady węgla kamiennego. Wówczas rozpoczęto budowę kolei i dróg. Inta to także krwawy punkt na mapie radzieckich gułagów. W latach 30., 40. i 50. ubiegłego wieku w przymusowych obozach pracy tysiące ludzi straciło życie. Ci, których tu zesłano, nie mieli szans na ucieczkę. Jeziora i rzeki otaczają miasto, tworząc wyspy i wysepki. 15 proc. terenu Republiki Komi stanowią bagna. Z tego naturalnego więzienia nie dało się więc uciec. W czasie II wojny światowej na dobre rozpoczęto eksploatację węgla. Kiedy Wehrmacht zajął Zagłębie Donbasu na Ukrainie, pozbawiając radziecką gospodarkę węgla, zasoby Inty stały się ważnym źródłem surowca dla Rosjan. W roku 1943 tutejszy węgiel był dostarczany do oblężonego Leningradu. Obóz INT-ŁAG, z którego pochodził, stanowił część Gułagu. 4 października 1954 r. postanowieniem prezydium Rady Najwyższej ZSRR INT-ŁAG przekształcono w miasto. Szybko ściągnęli więc pierwsi osadnicy, głównie Rosjanie. Tak powstała Inta. Do dziś łączność ze światem zapewnia mieszkańcom kolej. A do pobliskich wsi można się dostać tylko za pomocą helikoptera lub łodzi.
 
Zakłamane muzeum
Wiktor długo wspominał, jak żyło się w Incie, kiedy tu przyjechał. – Teraz to jest bieda – powiedział na zakończenie. Te same słowa słyszałem dzień wcześniej w kopalni, którą, dzięki kontaktom Wiktora, miałem okazję nielegalnie zwiedzić.
– Teraz to jest bieda – zaczął Wołodia, jeden z kopalnianych dyrektorów. – Jeszcze 10
lat temu to przynajmniej dwa, trzy razy w miesiącu latało się do Jałty na Krym. Tam była zabawa.
– Teraz to nuda. Tylko praca – wtórował mu Jura.
– Skąd pochodzą górnicy? – spytałem.
– Większość na kontraktach. Rosjanie z biedniejszych stron. Przyjeżdżają też Ukraińcy, Białorusini, Mołdawianie. Przyjeżdżają na rok, dwa i uciekają. Tu nie ma życia. Zimą mrozy i ciemność, a latem robactwa tyle, że nie można się opędzić – opowiedział Jura.
Latem nad tymi mokradłami wirują całe chmary muszek i innych insektów. Lasy to 70 proc.terytorium Republiki Komi. – A wiesz, że ponad trzydzieści tysięcy kilometrów kwadratowych północnej części Komi to lasy dziewicze? Powstaje tu tlen, którym oddycha cała wasza Europa – z dumą oznajmił Wiktor. Dojechaliśmy do wsi. – Widzisz tych dwóch facetów z saniami? To rdzenni mieszkańcy. To prawdziwi Komi – kontynuował.
Te słowa ośmieliły mnie do wyrażenia opinii na temat muzeum, które odwiedziłem dzień wcześniej. Było to Muzeum Historii Inty. – Gdzie ekspozycja o Komi? Gdzie Gułag? Jedno małe pomieszczenie poświęcone rdzennym mieszkańcom tego terenu. Skromna jurta w kącie, narty i strój to cała opowieść o Komi? A kto zbudował to miasto? Witia, przecież nie ma tam ani słowa o zesłańcach – musiałem opowiedzieć komuś o moim oburzeniu. Przed oczami miałem „bohaterskich” oficerów NKWD i przodowników pracy, których portrety i ordery wisiały na ścianach niekończących się sal muzealnych. W niektórych gablotach umieszczono kawałki węgla i sprzęt górników z dawnych lat.
– Sam widzisz. Inta to węgiel – powiedział ze smutkiem w głosie mój gospodarz.
 
Święty wieczór
Od rana w domu panował jakiś podniosły nastrój. Niby świąteczny, ale bardziej nostalgiczny.
– I znów święta – powiedziała Irina, żona Wiktora – Tęsknię za dawnymi świętami na Ukrainie. Takich świąt nie można mieć tu, na końcu świata.
– Przestań. Święta to święta, wszystko zależy od nas, jakie będą – uspokajał żonę Wiktor.
– Wiem, że my tu mamy pracę, że Alosza chodzi do szkoły, ale w jednej minucie bym się spakowała i stąd wyjechała. Tu nie da się żyć.
Kilka godzin później wszyscy domownicy i zaproszeni goście siedli do świątecznego posiłku. – Za Rożdestwo Chrystowe – wzniósł toast gospodarz. Z Syktywkaru przyjechali teściowie Wiktora. Stół uginał się od jedzenia. Na długich półmiskach leżały ryby, rzeczne z Peczory i morskie z Morza Karskiego. Nie zabrakło misy pełnej czarnego kawioru. Była też kutia.
– Ta kutia przypomina mi dzieciństwo. Ten sam smak – oznajmiła Irina.
– Bo zrobiła ją twoja matka – odpowiedział z uśmiechem jej ojciec, spoglądając na żonę.
– A pamiętacie, jak dziadek nabierał kutii na łyżkę i rzucał nią o sufit? Jeśli do sufitu przyklejało się dużo ziaren, mawiał, że nadchodzi dobry rok, że będzie pomyślny. Wszyscy jedliśmy tą samą łyżką i z tej samej miski.
– Jeśli pozwolisz, to i ja mogę się zamachnąć i rzucić kutią o sufit – zażartował Wiktor.
– To już nie będzie to samo – powiedziała ze smutkiem Irina. – Tamte czasy już nie wrócą.
– Kutia pełna jest symboliki – zaczął tłumaczyć dziadek wnukowi, by zmienić nieco temat. – Pszenica to symbol rodzenia się i życia, mak to symbol snu i śmierci, a miód – dobrobytu.
– Czemu jesteś taki smutny? – spytała Wiktora teściowa.
– Zawsze, kiedy siedzę przy wigilijnym stole, wspominam moich rodziców, którzy odsiadywali tu wyrok po wojnie – odpowiedział. – Ich tu przywieziono siłą, a ja przyjechałem dobrowolnie. Nam naprawdę się tu dobrze powodzi...
 
Blog autora na www.jedrzejmajka.pl
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki