Logo Przewdonik Katolicki

Siostra jak mama

Kamila Tobolska
Fot.

− Nasza mama to była dobra kobieta, nie było drugiej takiej wspomina prawie 90-letnia Franciszka Janicka. Kiedy w czasie wojny zmarli jej rodzice zdecydowała jednak, że spróbuje ją zastąpić i wychowa pięcioro swojego młodszego rodzeństwa. Miała wówczas niewiele ponad 20 lat i myślała o wstąpieniu do klasztoru. Zrezygnowała ze swoich planów. Do benedyktynów wstąpił za to jeden z jej braci.

− Nasza mama to była dobra kobieta, nie było drugiej takiej – wspomina prawie 90-letnia Franciszka Janicka. Kiedy w czasie wojny zmarli jej rodzice zdecydowała jednak, że spróbuje ją zastąpić i wychowa pięcioro swojego młodszego rodzeństwa. Miała wówczas niewiele ponad 20 lat i myślała o wstąpieniu do klasztoru. Zrezygnowała ze swoich planów. Do benedyktynów wstąpił za to jeden z jej braci.

 

Całe swoje życie Franciszka Janicka spędziła w maleńkim Polesiu pod Zaniemyślem, leżącym między Środą Wielkopolską a Śremem. Przed laty, tak jak teraz, na jednej krótkiej ulicy mieszkało tutaj kilkanaście rodzin. − Polesie przed wojną było jak jedna wielka rodzina. Wiele tu było pokrewieństwa. Mieszkańcy się zgadzali, każdy każdym się interesował, odwiedzało się chorych – wspomina pani Franciszka. Jej domek to mały pokoik, kuchnia i sień. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś żyło w nim 8 osób. − Mieszkamy tutaj od przed wojny – mówi, krzątając się po kuchni i gotując obiad. Przyznam zresztą, że dawno nie jadłam tak pysznego rosołu jak ten, przygotowany przez tę sędziwą gospodynię.

 

Pomyślałam, że z nami już koniec

Rodzice pani Franciszki, Katarzyna i Tomasz, również urodzili się w Polesiu. − Mama zawsze chorowała, odkąd pamiętam. Pomagaliśmy jej więc, gdy na świat przychodziły kolejne dzieci – opowiada pani Franciszka, dodając, że troje z jej rodzeństwa niestety zmarło w niemowlęctwie, a dwoje urodziło się martwych. Problemy ze zdrowiem miał także ojciec, po tym, jak na początku wojny pobili go gestapowcy. Jego stan stopniowo się pogarszał, aż dostał wylewu. − Po tym przyszedł paraliż. Pamiętam, że ojciec od czwartku już nie mówił, a w sobotę zmarł. To było 23 grudnia 1944 r. – wspomina. Mama pani Franciszki zmarła pięć miesięcy wcześniej, podobnie jak mąż w wieku 48 lat. Po śmierci rodziców młodziutka, 22-letnia Franciszka podjęła się opieki nad rodzeństwem: młodszą od niej o rok Antoniną, 18-letnią Pelagią, 16-letnim Leonem, 10-letnim Kazimierzem i 7-letnim Franciszkiem. − Nikomu nie życzę stracić rodziców w jednym roku. Gdy widziałam, że tata umiera, to pomyślałam, że z nami już koniec. Ale Bóg miał nas w opiece – zauważa, przyznając, że po śmierci taty, aby pocieszyć rodzeństwo, starała się wciąż uśmiechać. − Siostra mnie nawet wyzywała, czemu się tak ciągle śmieję. A ja pobeczałam się w nocy. Prawie co noc mocno płakałam. Aż kiedyś we śnie przyszedł do mnie tata i powiedział, że mam już nie płakać. I od tego czasu przestałam − wyznaje.

 

W ogródku mam jak w raju

Moja rozmówczyni nie ukrywa, że w jej rodzinnym domu nigdy się nie przelewało, a po śmierci rodziców zapanowała straszna bieda. − W sieni stał piec do chleba i do gotowania. Mama nauczyła nas piec chleb i my go potem sami piekli. Bywało, że musiałam wstać o 3 rano, bo chleb, kiedy o 7 szłam na pole do roboty, musiałam już mieć upieczony – tłumaczy, dopowiadając jednak, że często jedli suchy chleb, bo nie było go czym posmarować. – Cieszyli my się, kiedy było można polać chleb śmietaną i posypać cukrem – wspomina z uśmiechem. Osierocone dzieci ubierały się w robione przez starsze dziewczyny wełniane swetry i skarpety. Kupowały też kawałki materiału. Nie mieli jednak swojej maszyny do szycia więc zanosili je do krawcowej, żeby coś uszyła. – Do dziś całą zimę robię skarpety. Robię je każdemu. A jak na dworze jest ciepło, to chodzę do lasu. Mogłabym tam siedzieć cały dzień. Albo pracować w ogródku. Latem to mam w moim ogródku jak w raju, bo wszystko jest, a najwięcej kwiatów. Bardzo lubię kwiaty – wymienia pani Franciszka.

 

Kiedy przyjeżdża Kaziu

W tym małym raju bardzo lubi ją odwiedzać jej Kaziu − o. Kazimierz Janicki, benedyktyn. − Kiedy przyjeżdżam do siostry, to ona mi zaczyna gotować obiad z dwoma daniami. Mówię wtedy do niej: Ty się sprzeniewierzasz rodzicom i nam wszystkim. Tego nigdy w domu nie było, więc bardzo proszę nie rób tego więcej – żartuje. O. Kazimierz znany jest zresztą z poczucia humoru. − Pytają mnie czasami, skąd się to u mnie bierze. A ja się modlę po prostu: Boże, zrób wszystko, żebym nigdy nie był pesymistą. Ale trzeba też pracować nad sobą − stwierdza. O. Kazimierz w latach 1977–1985 był opatem w Tyńcu. Podobnie jak przed, także po zakończeniu kadencji, zajmował się sprawami materialnymi klasztoru, w tym jego odbudową. Obecnie wiedzie, jak przyznaje, spokojne życie w klasztorze sióstr benedyktynek w Krzeszowie na Dolnym Śląsku. − Było ze mną źle, gdy Kazia mieli wyświęcać i modliłam się, żebym mogła być chociaż na jednej Mszy przez niego odprawionej. A tu proszę, minęło już 50 lat! – zauważa pani Franciszka.

 

Wcale nie żałuję

Razem z bratem wspominają, że ich matka była wyjątkowo pobożną kobietą. − Pamiętam taką rozmowę z mamą w kuchni, kiedy wszyscy byli w pracy w majątku, a najmłodszy brat gdzieś biegał. Mówiła mi, że Niemcy zabierają rodzicom dzieci i że nas może to też spotkać. Prosiła więc tylko, żebym zawsze pamiętał zmówić pacierz – opowiada o. Kazimierz i dodaje, że później, w domu prowadzonym przez Franciszkę o modlitwie dużo nie trzeba było mówić. − Każdy z nas po prostu wiedział, że ma klękać do pacierza i chodzić do kościoła – zauważa. Rodzeństwo ustaliło między sobą, że jedna z sióstr będzie chodziła w niedzielę wcześnie rano na Mszę św., a po niej zajmie się ogarnięciem mieszkania i ugotowaniem obiadu. − W tym czasie pozostałą piątką szliśmy razem polem i lasem 3 km do kościoła do Zaniemyśla – wspomina o. Kazimierz.

Z uśmiechem mówi też o tym, jak „chłopaki dobijały się do Frani całą masą”. − Ale ona powiedziała, że widzi, że dzieciaki sobie nie dadzą bez niej rady i zrezygnowała z zamążpójścia – tłumaczy. – I wcale nie żałuję – dodaje szybko jego siostra.

Kiedy dzieci poszły już w świat, w ich maleńkim domku z panią Franciszką została jej siostra Pela, która zmarła 3 lata temu. Wcześniej, bo 11 lat temu, zmarła ich siostra Antonina, a jeszcze przed nią brat Leon. − Umówiliśmy się pozostali troje, że obowiązkowo dożyjemy do mojego jubileuszu 50-lecia kapłaństwa. Będę go obchodził już niedługo, bo 10 czerwca w Zaniemyślu. A potem to już możemy umierać – żartuje o. Kazimierz.

 

„Przewodnik” czytam od zawsze

Ściany pokoju pani Franciszki zdobią rodzinne zdjęcia, wśród których najwięcej upamiętnia kapłańską drogę jej brata. Na regaliku natomiast stoi duża figura Maryi przywieziona przez gospodynię w latach 50. z Częstochowy, a na jego niższych półkach leży mnóstwo egzemplarzy... „Przewodnika Katolickiego”. W różnych innych miejscach domu również poukładane są stosy archiwalnych numerów naszego pisma. Na pytanie od kiedy je czyta, moja rozmówczyni odpowiada: „od zawsze” i zaraz wyjaśnia, że przed wojną rodziny nie było stać na kupno gazety, pożyczała ją więc od siostry taty, wiernej czytelniczki. – Jak brat był w klasztorze w Lubiniu u benedyktynów (w 1956 r. – przyp. red.), to powiedział mi, że „Przewodnik” będzie znowu wydawany. Od tego czasu ciągle go bierzemy. To bardzo dobra gazeta, teraz żadnej innej nie kupuję – zauważa pani Franciszka. Miło to usłyszeć od tak dobrej i dzielnej kobiety.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki