Logo Przewdonik Katolicki

Rodzina w centrum

Renata Krzyszkowska
Fot.

O trudach macierzyństwa z prof. Bogdanem Chazanem, dyrektorem i lekarzem naczelnym Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im. Świętej Rodziny w Warszawie, rozmawiaRenata Krzyszkowska

O trudach macierzyństwa z prof. Bogdanem Chazanem, dyrektorem i lekarzem naczelnym Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im. Świętej Rodziny w Warszawie, rozmawia Renata Krzyszkowska

 

Panie Profesorze,  w jakiej kondycji są  matki Polki, z którymi spotyka się Pan w swoim szpitalu?

– Obecnie kobiety rodzące są zdrowsze niż kiedyś. Żyją w lepszych warunkach i lepiej się odżywiają. Również opieka  medyczna podczas ciąży się poprawiła. Współczesne kobiety mają większe szanse na prawidłowy przebieg ciąży i porodu niż kiedyś, czyli nawet 20–30 lat temu. Częstość ciężkich powikłań okołoporodowych jest mniejsza. Są też jednak zjawiska negatywne. W ciągu ostatnich 10–15 lat wiek kobiet rodzących wzrósł. Wbrew temu co sugerują media, większość rodzących kobiet nie jest po trzydziestce. Średni wiek kobiet leżących na oddziałach położniczych wynosi 28 lat. To też niemało. Gdy byłem młodym lekarzem ginekologiem kobiety rodzące po raz pierwszy w tym wieku nazywano starymi pierwiastkami. Dziś taki wiek kobiety rodzącej pierwszy raz nikogo nie dziwi. Kobiety odkładają prokreację na późniejsze lata z wielu powodów. Z punktu widzenia biologii nie jest to jednak korzystne. Im kobieta starsza, tym częściej ma problemy z zajściem w ciążę, jej utrzymaniem i porodem.

 

W jakim wieku zatem najlepiej rodzić?

– Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko względy biologiczne, to najlepszym okresem na macierzyństwo jest wiek 20–24 lata. Poza tym, młode dziewczyny lepiej karmią piersią. Starsze mają już wiele wątpliwości, oczekiwań, niepokojów i lęków. Są bardziej doświadczone życiowo, chcą mieć wszystko bardziej poukładane i pod kontrolą. Często nalegają na cesarskie cięcie. Chcą wiedzieć dokładnie, kiedy urodzi się dziecko, by wszystko lepiej zorganizować. Oczekują, żeby wszystko odbyło się lekko i łatwo. Chcą zaplanować, by dziecko urodziło się na przykład przed albo po weekendzie, w takim a nie innym znaku zodiaku. Obawy, czy wszystko się uda, oraz oczekiwania mogą być przyczyną niepokojów i frustracji, co niekorzystnie może odbić się na ciąży, porodzie i laktacji. Czasem jest to wina także personelu medycznego, który za mało wysiłku wkłada w przystępne i przyjazne przekonanie matek o korzyściach z naturalnego porodu.

 

Dlaczego cesarskie cięcie nie powinno być wykonywane u każdej kobiety, która tego chce?

– Cesarskie cięcie jest dość poważną operacją. Kobieta traci sporo krwi, jak by nie było jest to przecięcie brzucha i macicy. Dla matki wiąże się to z większym ryzykiem niż poród naturalny. Większość przypadków zgonów okołoporodowych dotyczy kobiet rodzących przez cesarkę. W części wynika to z przyczyn, dla których zdecydowano się na tę formę porodu, ale często wynika to z samej operacji. Wbrew obiegowej opinii cesarskie cięcie nie zapewnia dziecku bezproblemowego, delikatnego przyjścia na świat, bo nie musi się ono przeciskać przez kanał rodny i poród trwa krótko. Okazuje się, że dzieci urodzone z planowanego cesarskiego cięcia częściej mają zaburzenia oddychania i muszą być umieszczone na oddziale intensywnej opieki noworodkowej. Start w życie poza łonem matki od początku nie jest prawidłowy. Moja koleżanka neonatolog mówi, że dziecko urodzone przez cesarkę wygląda na zdziwione, że tak wcześnie, niespodziewanie i w tak dziwny sposób  przyszło na świat. Dziecko przeciskając się przez ciasny kanał rodny, mechanicznie oczyszcza płuca i oskrzela z płynu owodniowego i od razu może swobodnie wykonać pierwszy oddech. W czasie cesarskiego cięcia taki fizjologiczny proces nie zachodzi i wszystko trzeba zrobić za pomocą cewnika. Włożenie go do dróg oddechowych zaburza pierwszy oddech i nawet automatyczną funkcję ssania, co może utrudniać potem  karmienie piersią. Poza tym, cesarskie cięcie w pewnym odsetku przypadków może być przyczyną problemów z ponownym zajściem w ciążę.

 

Czy to prawda, że jak raz się urodzi przez cesarkę, to kolejne porody też muszą odbyć się tą drogą, bo w czasie porodu naturalnego blizna po cesarce może pęknąć?

– Ryzyko jest, ale nie jest to reguła. Czasami rzeczywiście może dojść do rozejścia się blizny pooperacyjnej na macicy. Na szczęście następne cięcia cesarskie nie stanowią problemu. Mam teraz pod opieką małżeństwo z Mińska Mazowieckiego, które ma cztery dorodne córki i pani jest w piątej ciąży. Jest to chłopczyk, ma na imię Rysio i – tak jak jego cztery siostry – będzie urodzony przez cesarskie cięcie. Nie wszyscy lekarze jednak wiedzą, że kolejne cesarskie cięcia nie są tak niebezpieczne, jak się powszechnie uważa. Pewna pani ze Śląska przyjechała do nas urodzić już czwarte dziecko przez cesarkę  tylko dlatego, że w jej mieście przy każdej ciąży miała dość wysłuchiwania, jaka to jest niemądra, że ryzykuje, decydując się na kolejne dziecko. Lekarze zamiast wspierać kobiety w ich planach prokreacyjnych, czasami bezpodstawnie budzą niepokój i lęk.

 

A co myśli Pan o znieczuleniu okołoporodowym? Czy powinno być dostępne na żądanie?

– Wiele kobiet nie potrzebuje znieczulenia przy porodzie. U 30–40 proc. bóle porodowe nie są duże. Kolejne 30–40 proc. kobiet – zwłaszcza te, które kończyły szkołę rodzenia – zna ćwiczenia oddechowe, wie, jakie ułożenie ciała jest dla nich najlepsze i są na tyle wzmocnione psychiczne, że także dadzą sobie radę bez znieczulenia. Jest też grupa kobiet, o wyjątkowo niskim progu odczuwania bólu, wyjątkowo dużej drażliwości psychicznej lub po prostu bardzo panikująca, której rzeczywiście trzeba podać znieczulenie. Czasem znieczulenie poprawia przebieg porodu i ułatwia jego fizjologiczne zakończenie. Jednak gdybyśmy znieczulali wszystkie porody, byłoby więcej komplikacji okołoporodowych i potrzeby cięć cesarskich. Znieczulenie ingeruje w naturalny proces porodu, może go niepotrzebnie przedłużać, a więc zwiększać częstość zakażeń okołoporodowych. Znieczulenie jest dobre, ale w wybranych przypadkach. Kobiety, które nie potrzebują znieczulenia, a proszą o nie,  motywując to prawami kobiet i prawem decydowania o sobie, tylko siebie krzywdzą.

 

Czy dlatego cennik szpitala przewiduje opłaty za znieczulenie okołoporodowe?

– Jeśli kobieta domaga się znieczulenia, mimo wskazań medycznych, wtedy musi za nie zapłacić. Pieniądze, jakimi dysponujemy, przeznaczamy na leczenie i ratowanie życia. A jak powiedziałem, u wielu kobiet znieczulenie porodu nie jest potrzebne, może nawet  zaburzać jego przebieg. Pobieramy opłaty, bo nasz kontrakt z NFZ nie pokrywa wszystkich kosztów prowadzenia szpitala, jego wyposażenia, środków opatrunkowych, jedzenia, prania, sprzątania itp. Coraz trudniej nam prawidłowo funkcjonować. Przepisy zabraniają, by pacjenci pokrywali część kosztów terapii, nawet gdyby sami chcieli. Nowe procedury operacyjne są coraz bardziej kosztowne, na przykład operacje z użyciem lasera, płynów przeciwzrostowych czy specjalnych siatek. Sztywne przepisy NFZ hamują postęp w medycynie, utrudniają wprowadzanie nowych technologii. Tak jest w przypadku chirurgicznego leczenia niepłodności metodami stosowanymi w naprotechnologii. 

 

Dużo lekarzy w Polsce kwestionuje skuteczność naprotechnologii. Dlaczego?

– Może dlatego, że jej dobrze nie poznali.  Skuteczność tej metody jest porównywalna ze skutecznością in vitro.  Zasady naprotechnologii nie są niczym nowym. Są w podręcznikach ginekologii od dawna, bo metoda ta polega na obserwacji cyklu, edukacji pacjentek, badaniach hormonalnych, ultrasonograficznych i leczeniu powszechnie stosowanymi środkami. Także zabiegi operacyjne stosowane w tej metodzie są opisane w publikacjach medycznych. Zapomniano o nich, ulegając nadmiernej fascynacji metodami sztucznego rozrodu. Naprotechnologia jest rozwiązaniem dla małżeństw, które nie chcą korzystać z in vitro – metody, w której akt małżeński zastępowany jest manipulacjami laboranta czy lekarza,  tworzy się ludzi, z których duża część umiera podczas procedury, a setki tysięcy zamrożonych czeka przeważnie ten sam los.

 

Od 2004 r. w Pana szpitalu trzykrotnie zwiększyła się liczba porodów, dwukrotnie liczba operacji, czterokrotnie liczba porad ambulatoryjnych. To wymagało od Pana wielkiego talentu menedżerskiego. Ponadto w 2013 r. Pana szpital ma się przekształcić w Centrum Zdrowia Rodziny. Z jakimi zmianami będzie się to wiązać?

– Taka nazwa to konsekwencja profilu naszego szpitala. Kiedyś był to szpital wyłącznie położniczo-ginekologiczny. Obecnie mamy oddział pediatryczny, możliwe, że będzie chirurgia pediatryczna, mamy oddział chirurgii onkologicznej, gdzie leczymy nowotwory u kobiet. Duży nacisk kładziemy na profilaktykę i promocję zdrowia. W naszej szkole rodzenia mamy rocznie 1500 małżeństw. Otwieramy też centrum edukacyjne dla personelu medycznego, matek i całych rodzin. Propagujemy naprotechnologię. Staramy się być przyjaźni rodzinie. Rodzina jest w centrum naszej uwagi, stąd nazwa adekwatna do profilu naszej działalności. Jesteśmy dumni, że tak duża liczba małżeństw wybiera nasz szpital jako miejsce narodzin dziecka, a  osobom chorym staramy się stworzyć atmosferę, w której odzyskiwanie zdrowia będzie przebiegać szybciej.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki