Nie ma tęczy

Święty Michał Archanioł uczy, że istnieje tylko dobro albo zło, i po którejś ze stron trzeba się opowiedzieć.
Czyta się kilka minut

 
Pod koniec stycznia abp Józef Kowalczyk będzie się modlić w Warszawie w 100. rocznicę śmierci bł. Bronisława Markiewicza, założyciela zgromadzenia księży michalitów. W „Przewodniku” już dziś rozmawiamy z jedynym michalitą w archidiecezji gnieźnieńskiej, ks. Tadeuszem Gerlachem CSMA, który przyjechał z Warszawy do Gniezna jako sekretarz i kapelan abp. Kowalczyka.
 
Z diecezji do księdza Bosco
– Michalici to jedyny w historii zakon, poświęcony św. Michałowi Archaniołowi, a historia jego założyciela jest niezwykle ciekawa – opowiada ks. Gerlach. – Ks. Bronisław Markiewicz (ur. 1842) był kapłanem diecezji przemyskiej, profesorem i ojcem duchownym w seminarium duchownym, ale szukał wciąż czegoś więcej. Marzył o zakonie, postanowił więc wyjechać do Włoch i wstąpić do teatynów, zakonu o bardzo surowej regule. Uzyskał pozwolenie od swojego biskupa i ruszył w drogę. Podczas podróży zatrzymał się w Turynie. Tam wielką sławą cieszył się wówczas ks. Jan Bosco – kiedy ks. Markiewicz go poznał, postanowił nie szukać już niczego więcej i został salezjaninem. Złożył śluby zakonne i przez kilka lat jako salezjanin pracował we Włoszech. Wtedy jego plany pokrzyżowała ciężka choroba – gruźlica. Lekarze uznali, że jedynym ratunkiem będzie dla niego powrót do rodzinnego klimatu, przełożeni skierowali go więc z powrotem do Polski.
 
W salezjańskiej sutannie
Ks. Bronisław Markiewicz osiadł w Miejscu, które potem nazwał Miejscem Piastowym. Za nim przyjechali również dwaj polscy chłopcy z Turynu, kolejnych podopiecznych ks. Markiewicz znajdował w okolicy. Katechizował tych, którzy paśli w polu krowy, gromadził ich na plebanii i tak powstawał zakład salezjański. Po roku chłopców była już ponad setka, później – trzystu. Zakład wychowawczy się rozwijał, a ks. Markiewicz jak magnes przyciągał kolejnych ubogich chłopców. Salezjanie przysyłali mu do pomocy kleryków z Włoch, a w końcu sami przełożeni przyjechali z wizytacją, osobiście zapoznać się z owocami salezjańskiej pracy w Miejscu. Wydawało się, że zachwycało ich wszystko: wielka akademia, w której nauczano w pięciu językach, wspaniały program artystyczny: ks. Markiewiczowi i jego współpracownikom nie można było niczego zarzucić.
 
Trzeba inaczej
Dopiero kiedy przyszły postanowienia powizytacyjne, okazało się, że Włosi nie zrozumieli niczego z polskich warunków życia. Nie do pojęcia było dla nich galicyjskie ubóstwo, w którym normą było, że profesorowie siadali do stołu razem z wychowankami i jedli to samo co oni. Włosi nakazali wprowadzenie oddzielnych jadalni i jadłospisów dla kadry, urządzenie dla nich specjalnych mieszkań, a nawet – podawanie na stół wina! Na opory ks. Markiewicza tłumaczącego, że wino jest nie do zdobycia, odpowiedzieli, każąc podawać mu na stół piwo. To, co było naturalne w warunkach włoskich, w Polsce mogło tylko dziwić i gorszyć. Kiedy ks. Markiewicz, próbując wypełnić postanowienia przełożonych, przywiózł do zakładu wychowawczego pierwszą beczkę piwa, wielu twierdziło, że zwyczajnie pomieszało mu się w głowie. On sam również szybko doszedł do wniosku, że to nie ma sensu. Po długim namyśle doszedł do wniosku, że trzeba zbudować nowe zgromadzenie. Salezjanie zwolnili go z zakonnych ślubów, a on poprosił biskupa przemyskiego o zgodę na założenie nowego zakonu. Okazało się jednak, że nie jest to proste. Biskup wprawdzie wyraził zgodę, ale za kilka miesięcy ją odwołał. Księża, którzy chcieli przyłączyć się do Markiewicza, odchodzili widząc, że nie ma nadziei na nowe zgromadzenie. Część jednak wciąż czekała. Około roku 1900 pierwsi z nich zaczęli wyjeżdżać na studia do Rzymu. Wtedy też rozpoczął się wśród nich silny kult św. Michała.
 
Proroctwa i bój
Potrzebę takiej właśnie pobożności i takiego kultu widział ks. Markiewicz, który z niepokojem obserwował zagrożenia czyhające na Kościół. O zagrożeniach tych pisał m.in. w dramacie Bój bezkrwawy, pełnym wizji wyniszczających wojen, ale również wieszczącym: „Polacy, Bóg was najwyżej wyniesie, kiedy dacie światu wielkiego papieża”. – To nie było proroctwo, które można różnie interpretować: to było powiedziane wprost – mówi ks. Gerlach. – Kiedy Jan Paweł II stanął w Miejscu Piastowym i czytał wymalowane tam proroctwo, miał łzy w oczach.
Markiewicz jednak nie chciał, by nazywano go prorokiem – o sobie mówił, że jest realistą. Nie lubiano go specjalnie na dworach, gdzie namawiał do porzucenia broni i tłumaczył, że najważniejszą bronią chrześcijan jest „Ojcze nasz”. W parafii, w której pracował, po pięciu latach zamknęły działalność wszystkie karczmy, wcześniej rozpijające mieszkańców Miejsca. Jego walka ze złem pod orężem św. Michała nie była tylko teoretyczna – on zło zwalczał w praktyce.
 
Dzieło, które przeżyło
Jego marzenie o założeniu zgromadzenia było wciąż żywe, jednak ks. Markiewicz widział, że szanse na jego szybkie założenie są niewielkie. Wówczas postanowił założyć świeckie towarzystwo, którego celem będzie praca wychowawcza i wydawnicza, i które przechowa idee ks. Markiewicza tak długo, jak będzie to potrzebne. Tak powstało „Powściągliwość i Praca” – świeckie stowarzyszenie, zatwierdzone przez Urząd Namiestnikowski we Lwowie, do którego wstępowali zarówno świeccy, jak i kapłani. Czas pokazał, że ks. Markiewicz miał rację. Umierając w styczniu 1912 r. nie miał nadziei na to, że wymarzone przez niego zgromadzenie nabierze wreszcie realnych kształtów. Powstało ono dopiero 11 lat później, w 1921 r. – na bazie założonego przez ks. Markiewicza towarzystwa „Powściągliwość i Praca”, które przez wiele lat prowadziło zakłady wychowawcze i kontynuowało myśl swojego założyciela. „Powściągliwość i Praca” to dziś tytuł jednego z miesięczników, wydawanych przez michalitów. W czasach komunizmu kierujący nim bp Jan Chrapek, również michalita, pomagał przetrwać wielu dziennikarzom, przyjmując do pracy tych wszystkich, których państwowe media wyrzucały z wilczym biletem.
 
Serdecznie i prosto
Pytany o to, skąd u niego pobożność do św. Michała i pomysł ze wstąpieniem do tego małego zgromadzenia (liczącego niewiele ponad 300 osób), ks. Gerlach tłumaczy: – Mój rodzinny dom znajduje się 12 km od Miejsca Piastowego. Tak naprawdę wahałem się między michalitami a jezuitami – do nich miałem 10 km, a brat mojej babci był jezuitą. Uczciwie jednak chciałem poznać jednych i drugich, i najpierw pojechałem do michalitów. Pojechałem – i już tam zostałem. Spotkałem się tam z tak niezwykłą serdecznością, a zarazem prostotą życia, że już dalej nie szukałem. Potem przez długie lata pracowałem w największej michalickiej parafii na Bemowie: pozornie trudnej, bo powstającej 25 lat temu na osiedlu dla milicji, wojska i UB – ale dziś bardzo mocno związanej z kościołem, który powstawał równolegle z osiedlem. Mieszkałem tam nawet wtedy, gdy bp Jan Chrapek skierował mnie do pracy w nuncjaturze. Miało być na trzy lata – a zostało na dłużej, aż po Gniezno.
 
Wracać do Michała
– Do św. Michała trzeba wracać. Coraz więcej diecezji powraca do przedsoborowej modlitwy o jego opiekę, która odmawiana jest też we wszystkich michalickich parafiach – tłumaczy ks. Gerlach. – Do mnie w św. Michale najbardziej przemawia jego radykalizm. Zawołanie „Któż jak Bóg” mieści w sobie całe Pismo Święte i całą teologię. Takiego właśnie radykalizmu potrzeba nam na nasze czasy – takiego chrześcijaństwa, które zdecydowanie i jednoznacznie opowie się za Bogiem. Potrzeba tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej: dziś, kiedy chce się nam wmówić, że grzech nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to nie wiadomo, co nim jest. Św. Michał uczy nas, że tu nie ma tęczy możliwości: jest albo dobro, albo zło, i po którejś ze stron trzeba się opowiedzieć.
 
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 2/2012