Logo Przewdonik Katolicki

Zmagania z zimową nadwagą

Bogna Białecka
Fot.

W czasie zimy wielu z nas przestaje dbać o siebie. Pozwalamy sobie na dodatkowe kilogramy, tłumacząc, że jest zimno, więc trzeba porządnie się najeść. Gdy przychodzi wiosna, zaczynamy walczyć ze zbędnymi kilogramami. Jeśli to nam się nie udaje, zaczynamy znów jeść, by się pocieszyć. Dlaczego mamy tak ogromne problemy z utrzymaniem właściwej wagi? Czy jest jakiś sposób na wyjście z tego błędnego koła?

W czasie zimy wielu z nas przestaje dbać o siebie. Pozwalamy sobie na dodatkowe kilogramy, tłumacząc, że jest zimno, więc trzeba porządnie się najeść. Gdy przychodzi wiosna, zaczynamy walczyć ze zbędnymi kilogramami. Jeśli  to nam się nie udaje, zaczynamy znów jeść, by się pocieszyć. Dlaczego mamy tak ogromne problemy z utrzymaniem właściwej wagi? Czy jest jakiś sposób na wyjście z tego błędnego koła?

 

Dlaczego się objadamy?

Dr David Kessler, były przewodniczący Amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków zajął się naukowo powszechnym zjawiskiem folgowania sobie w jedzeniu, a wyniki badań opisał w książce The End of Overeating (Koniec przejadania się).

 

Kessler postanowił zbadać przyczyny, dla których jest nam tak trudno kontrolować co, jak i kiedy jemy. W wywiadzie dla „Wall Street Journal” opowiadał, że zainspirowała go scena z programu Oprah Winfrey, kiedy pewna kobieta zwierzała się, że je zarówno gdy jest smutna, jak i gdy jest szczęśliwa. Nawet nie chodziło tu o obżarstwo, co o sam fakt czucia przymusu jedzenia, gdy się nie jest głodnym.

Kessler odkrył, że od jedzenia, a szczególnie wysoce przetworzonego jedzenia, można się uzależnić w sposób analogiczny do narkomanii czy alkoholizmu. Zatem mniejszym problemem jest jedzenie zbyt dużo, a większym – uzależnienie od konkretnego, niezdrowego jedzenia. Stąd bierze się efekt ping-ponga (jo-jo), kiedy po restrykcyjnej diecie wracamy do starych, niezdrowych nawyków żywieniowych.

 

Współcześnie kupujemy wiele gotowych produktów czy wręcz żywimy się poza domem. Jedzenie to jest smaczne, doskonale się sprzedaje. Gdyby sprawdzić sposób przygotowywania posiłków w restauracji czy budce z hamburgerami, okazałoby się, że w każdej potrawie jest bardzo dużo soli, tłuszczu i  cukrów. Kessler podaje szereg przykładów – np. szpinakowy dip, będący zabarwioną na zielono mieszanką tłuszczów czy typową „sałatkę”, w której jarzyny pełnią rolę dodatku do mocno osolonej mieszaniny bekonu i serów. Jedzenie bogate w tłuszcz, sól i cukier wzmaga wydzielanie przez organizm człowieka „naturalnego narkotyku” – serotoniny. Właśnie serotonina sprawia, że czujemy się dobrze, mamy dobry humor. Dlatego nazywana jest hormonem szczęścia!

 

W ten sposób popadamy w błędne koło uzależnienia. Jedzenie bogate w tłuszcz, sól i cukry sprawia, że poprawia się nam humor. Jednak zdajemy sobie sprawę, że jemy niezdrowo, że od tego tyjemy itp. Pojawia się wtedy silne poczucie winy, obniżony nastrój, poczucie porażki, a nawet depresja. I często pod wpływem obniżonego nastroju znów sięgamy po „śmieciowe jedzenie”.

 

Problem polega na tym, że takie jedzenie świetnie się sprzedaje i jest intensywnie reklamowane. Przez cały dzień jesteśmy bombardowani widokiem smacznego jedzenia – w telewizji, na billboardach, w sklepach. Kupujemy dużo wysoko przetworzonej żywności. W składzie produktów reklamowanych jako „dietetyczne” często następuje proste przesunięcie proporcji – zamiast tłuszczu jest np. więcej cukru. W innym przypadku produkt byłby niesmaczny, a zatem mimo swej „dietetyczności”, słabo by się sprzedawał.

Dr Kessler stwierdza, że bardzo dużo zależy od wczesnych uwarunkowań. Upodobania do konkretnego rodzaju jedzenia powstają już w dzieciństwie. A produkty dla dzieci są np. wręcz nafaszerowane cukrem.

 

Co możemy zrobić?

Pierwsza rzecz to niestwarzanie sobie okazji do objadania się „śmieciowym jedzeniem”. To kwestia wyrobienia sobie odpowiednich nawyków, a walki z niezdrowymi. Być może, aby uniknąć pokusy sięgnięcia po ociekającą tłuszczem zapiekankę w pracy, będzie trzeba wstać 15 minut wcześniej, by przygotować sobie kanapki. Być może przy zakupach w supermarkecie będziemy musieli przed kasą zrobić selekcję rzeczy, które odruchowo wrzuciliśmy do wózka – chipsów, wysokosłodzonych napojów, gotowej mrożonej pizzy itp. Kupujmy produkty jak najmniej przetworzone, i jak najmniej słodkich, tłustych, słonych smakołyków.

 

Warto także zaobserwować, w jakich sytuacjach sięgamy po jedzenie, mimo iż tak naprawdę nie jesteśmy głodni. Często ludzie jedzą z przygnębienia. Źle się czujemy i poprawiamy sobie humor przekąską.

Czasem określony bodziec wywołuje naszą niezbyt świadomą reakcję i np. sięgamy po solone orzeszki za każdym razem, gdy przechodzimy koło otwartej puszki. Dlatego warto pisać dziennik, w którym zanotujemy, przy jakich okazjach coś zjedliśmy, mimo że nie byliśmy naprawdę głodni. Nie chodzi przy tym o obsesyjne liczenie kalorii i zapisywanie każdego skubniętego cukierka. Jak wiedzą osoby prowadzące takie zapiski – liczenie kalorii z reguły wzbudza wyłącznie poczucie winy i bezradności: „Czuję się podle, bo oto pożarłam kawał tortu z bitą śmietaną. Ile to tysięcy kalorii? Jestem beznadziejna!!!”.

Zamiast się katować „wyrzutami sumienia”, prowadźmy dziennik obserwacji i opisujmy sytuacje, w których sięgamy po niezdrowe jedzenie. Dzięki temu możemy zacząć racjonalnie eliminować najbardziej niebezpieczne pokusy.

Dla przykładu – w pobliżu mojego domu jest piekarnia z doskonałym chlebem i równie doskonałymi słodkościami. Gdy wchodzę kupić chleb, widok i zapach smakowitych ciastek paraliżuje mnie. Więc kupuję 30 dag ciastek, mówiąc sobie: „To dla dzieci”. A potem zjadam połowę, bo okazuje się, że dzieci tych właśnie ciastek nie lubią (nie powinny się też nimi objadać), a przecież poznaniance szkoda, żeby się zmarnowało. Warto wyłapać takie umysłowe łamańce, które wyprawiamy, by usprawiedliwić swoje poddawanie się presji „śmieciowego jedzenia”. Potem już możemy wyeliminować największe pokusy. W moim przypadku będzie to kupowanie chleba gdzie indziej lub poproszenie męża o kupno pieczywa.

 

A jeśli pokus nie da się wyeliminować?

Z pewnością jednym z momentów „pokusy”, który zanotujecie, będzie chwila, gdy „wchodzę do kuchni, a tam lodówka, więc ją otwieram i jem”. Niektórzy próbują radzić sobie z tym, opasując ją łańcuchem, zamykając na kłódkę i chowając klucz w trudno dostępnym miejscu. Bardzo utrudnia to życie i jest frustrujące dla całej rodziny.

Zamiast tego, następnym razem gdy staniesz koło lodówki, zadaj sobie pytania: „Jak się w tej chwili czuję? Dlaczego odczuwam potrzebę, by coś zjeść – czy to głód czy coś innego? Czy chęć zjedzenia czegoś nie jest przypadkiem próbą pocieszenia się, bo czuję się zraniona, zmęczona, rozczarowana, sfrustrowana?”.

Kartkę z tymi pytaniami można wręcz powiesić na lodówce i przed jej otwarciem spisać odpowiedzi.

 

Dobrze jest wymyślić inne sposoby poprawy samopoczucia. Jesz, gdy jesteś zły? Może warto porozmawiać z kimś sympatycznym, zamiast tłumić złość jedzeniem? Na zmęczenie może pomóc drzemka, na przygnębienie – aerobik, taniec itp. itd.

 

Oczywiście trzeba być świadomym, że w części przypadków za tyciem stoją problemy natury medycznej czy poważne problemy emocjonalne. Może to być kwestia niewłaściwego metabolizmu, cukrzycy itp. A objadanie się może być wynikiem zaburzeń psychicznych. Zaburzenia żywienia często pojawiają się np. u osób, które jako dzieci były wykorzystane seksualnie. Obżarstwo jest w tym wypadku mechanizmem obronnym. W takich przypadkach sami nie jesteśmy w stanie sobie pomóc – musimy szukać pomocy u specjalisty.

 

 


Czy wiesz, że najnowsze badania w USA wykazały, że aż 72 proc. Amerykanów ma właściwe nawyki żywieniowe, stosuje zbalansowaną dietę i kupuje zdrową żywność? Ponieważ badania opierały się na samoocenie, badacze stwierdzili, że uzyskane wyniki świadczą raczej o potężnej zdolności do samooszukiwania się w sprawie odżywiania!

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki